Wiesz co, jak już przeszłam na emeryturę, to mieszkałam sama w dużym, dwupokojowym mieszkaniu. Naprawdę, w naszym bloku większość emerytów miała za dużo miejsca w stosunku do potrzeb. Jak dzieci są małe i cała rodzina żyje razem, to taki metraż jest czystą koniecznością. Ale potem, jak każdy idzie w swoją stronę, to te puste pokoje robią się przygnębiające. Sama przestrzeń tylko potęguje poczucie samotności… No i umówmy się, to mało praktyczne, bo mieszkanie do remontu, a ani sił, ani pieniędzy, żeby się za to zabrać emerytury w Polsce to nie kokosy, tylko raptem starcza na opłaty i życie.
Już same rachunki, te wszystkie czynsze, prąd, gaz pochłaniały mi prawie połowę emerytury, chociaż praktycznie nie korzystałam z połowy mieszkania. A ta cała robota mycie okien, podłóg w trzech pokojach, ogarnianie tej przestrzeni już mnie kompletnie przerastała i męczyła.
Wiedziałam, że powinnam się przenieść do czegoś mniejszego, ale odwlekałam to jak mogłam. No bo to jednak moje miejsce, tyle lat tutaj, wszystko znane, sąsiedzi znajomi, cała paczka moich przyjaciół… Całe życie tu spędziłam! I tak się biłam z myślami, ale w końcu stwierdziłam, że nie utrzymam już dużego mieszkania ani finansowo, ani fizycznie. Lata już nie te, zdrowie też.
Na szczęście nie byłam sama córka Martyna i zięć Marcin mi bardzo pomogli. Pomogli mi znaleźć nową kawalerkę, ogarnęli remont i przeprowadzkę, bo sama bym sobie po prostu nie poradziła. I wiesz co? Nawet przez sekundę nie żałowałam tej decyzji.
Dla samotnej emerytki kawalerka to idealna sprawa. Opłaty za czynsz, prąd i wodę mniejsze o połowę, a i sprzątanie trwa może godzinę. Potem codziennie tylko szybkie ogarnięcie, max dziesięć minut i mam spokój.
Nie czuję się tu ograniczona wszystko, co potrzebne, się mieści. Meble, sprzęty Jeszcze mam zapas miejsca. Jeszcze poprzedni właściciele zostawili mi wielką narożną szafę, która teraz jest moją podręczną garderobą. Kilka rzeczy wylądowało na balkonie, jak się okazało, że nawet tam się coś zmieści.
Zostawiłam tylko najbardziej potrzebne rzeczy kanapa, stolik kawowy, segment, biurko na dokumenty. Cała reszta, to co latami tylko zbierałam, a już dawno nie używałam, po prostu oddałam, sprzedałam albo wyrzuciłam. W nowym miejscu i tak nie byłoby na to miejsca i wiesz, jak się potem okazuje, wcale ich nie potrzebuję.
Wielu ludzi uważa, że kawalerka jest za mała, żeby wygodnie żyć. Może i tak, jeśli ktoś często gości rodzinę czy znajomych na nocleg. Ale ja nie mam takich gości i nawet bym nie chciała przez lata wyrobiłam sobie własny rytm dnia, nawyki, swoje święte miejsce, a ktoś obcy na noc tylko by mi to zakłócił. Córka Martyna z rodziną mieszka dwie ulice dalej, jak przyjdą do mnie na herbatę, to na wieczór wracają do siebie. Koleżanki też przychodzą, ale spać u mnie się nie zatrzymują nie czuję się komfortowo, gdy ktoś obcy nocuje w tym samym pokoju.
Każdy na starość ma swój pomysł na życie jedni trzymają się swojego miejsca, nawet jeśli jest już za duże, inni jak ja, wolą mniejsze i wygodniejsze. Dla mnie duże mieszkanie już nie ma sensu. Chociaż wiem, że gdybym miała zdrowie jak dawniej i lepszą sytuację finansową, to może bym nie zmieniała.
Ważne, jak się decydujesz na zmianę, żeby zwracać uwagę nie tylko na metraż, ale przede wszystkim na lokalizację: czy jest apteka, sklep, przychodnia blisko, żebym nie musiała daleko chodzić. No i fajnie, gdy dzieci czy wnuki są pod ręką, łatwo się spotkać bez wielkich wypraw. A jak jeszcze jest park albo ryneczek na spacer, to już w ogóle niczego więcej nie trzeba.



