Na końcu świata. Śnieg wciskał się w kozaki, szczypał skórę. Rity nie przekonały filcowe buty – wola…

Na końcu świata.
Śnieg wciskał się do kozaków, szczypał skórę.
Ale kupić filcowe buty? Ewa nawet nie zamierzała. Już prędzej wysokie kozaki, lecz w tej zapomnianej wiosce wyglądałaby w nich jak bohaterka kiepskiej komedii. Poza tym tata zablokował jej kartę, a złotówki z portfela rozpłynęły się szybciej niż śnieg na kaloryferze.

Ty serio zamierzasz tu żyć? zapytał tata, wykrzywiając wargi w grymasie, jakby właśnie włożył do ust wędlinę z dyskontu.

Ojciec nie znosił wsi, ogrodów, i każdej chwili bez dostępu do miejskich wygód. Adam był podobny dlatego Ewa uciekła do wioski. Nie żeby marzyła o życiu na drewnianej ławce pod gruszą. Owszem, wyprawy pod namiot i gotowanie zupy na ognisku miały swój urok, ale na dłuższą metę? Bez przesady. Ojcu jednak powiedziała co innego.

Chcę. I będę tu mieszkać.

Nie pleć głupot. Co ty tu będziesz robić, obierać ziemniaki z babcią Marią? Sądziłem, że latem będziecie się z Adamem żenić. Już zacząłem planować wesele…

Wesele… Tata podsuwał jej Adama niczym zleżały kompot. Niby nie obrzydzał, nawet był całkiem przyjemny: prosty nos, błyszczące oczy pod eleganckimi brwiami, włosy starannie ułożone, sylwetka w sam raz na plakaty. Był prawą ręką ojca, papciał z nim wszystko. Od pewnego czasu tata nie przesypiał nocy bez planów, jak tu wydać córkę za tak cnotliwego chłopa.

Ewa Adama nie trawiła. Drażnił ją jego monotonny ton, paluchy jak parówki, którymi ciągle coś kręcił, a opowieści o tym, ile kosztuje jego garnitur, zegarek czy auto, przyprawiały ją o mdłości.

Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Jakby mieli w głowach kalkulator zamiast serca. Ewa pragnęła miłości takiej, przez którą zapominasz oddychać, jak w romansach z kiosku. Do tej pory czuła się jak bohaterka drugoplanowa, bo tęskniła raczej za szramami niż słodkim wyciszeniem Adama. Dlatego praca w wiejskiej szkole wydawała jej się genialnym planem. Adam za nią na wieś nie ruszy. Adam w życiu nie przeżyje bez Wi-Fi i ciepłej wody.

Ewa wybrała zresztą wioskę, gdzie nie ma ani internetu, ani wodociągu, a o kanalizacji rozmawia się jak o UFO. Dyrektor początkowo nie chciał jej przyjąć, powątpiewał, czy podoła dzieciom, ale poprzednia nauczycielka już była “po drugiej stronie”, a Ewa nie odpuszczała aż dotarła do powiatu, wymachując certyfikatami i dyplomami.

I co taki młody, ambitny pedagog będzie tu robić? zapytała urzędniczka z rudą czupryną.

Uczyć dzieci! wypaliła Ewa, z miną, jakby właśnie ogłaszała bal przebierańców.

Tak oto Ewa mieszkała w domku bez ciepłej wody i kanalizacji, sama paliła w piecu. Jak się spodziewała, Adam wpadł na jedną noc, popatrzył przerażony na piec, po czym zwiał. Dzwonił, przekonywał, że to przejdzie jej za miesiąc, tak samo jak tacie, który twierdził, że Ewa przechodzi fazę buntu.

Na początku Ewie się tu podobało. Ale gdy przyszła zima, dom trzymał temperaturę jak karton po butach. Nawet pod kołdrą temperatura była jak na lodowisku. Noszenie drewna do pieca miało w sobie wdzięk siłowni w taniej subskrypcji. Miała już ochotę wrócić, tylko nie potrafiła się poddać. Zwłaszcza że odpowiadała za kogoś więcej za dzieci.

Klasa była malutka, dwanaście osób. Na początku Ewa była w szoku: dzieciaki z Ośrodka Kultury były bystre, utalentowane, a tu… Można było pomyśleć, że trafiła do rezerwatu. Trzecia klasa, a czytają ledwie po sylabach. Zadania domowe nieznane zjawisko. Hałas na lekcji standard. Ale potem Ewa ich pokochała.

Szymek wycinał zwierzęta z drewna nie jakieś koślawe bryły, tylko lisy i kuny, zające i niedźwiedzie, za które nie wstyd byłoby wystawić je w Empiku. Zuzia pisała białe wiersze, Wojtek zawsze sprzątał klasę po lekcjach, a Irenka miała baranka, który zgarniał ją do szkoły jak na smyczy.

A z czytaniem sobie radzili, tylko trzeba było dać im inne książki, nie te oficjalne, do których dorwać się można było tylko w powiatowej bibliotece, bo internet tu raczej nie istniał.

Nie mogła Ewa znaleźć podejścia tylko do jednej uczennicy. I właśnie jej ojca Władysława zobaczyła, gdy z rozdartym od śniegu obliczem i ramionami obładowanymi drewnem wracała do domu.

Dzień dobry pani Ewo zatrzymał się trzy kroki od furtki.

Trochę go się bała twarz miał… konkretną. Jak z serialu kryminalnego. Nie uśmiechał się nigdy. A serce Ewy waliło wtedy tak, że myślała: zaraz mu się wyładuje cała prawda o jej lękach. Albo nie lękach?

D-dzień dobry.

Głos miała o oktawę za wysoki.

Czemu u Tosi same jedynki?

Bo nie robi zadań.

To ją pani zmobilizuje. Kto jest nauczycielem ja czy pani?

No, Ewa nauczycielem była. Ale do zmuszania miała wstręt. Dziewczynka prawdopodobnie miała autyzm i tu przydałby się inny specjalista.

Zawsze tak miała? spytała.

Władek się zamyślił.

Nie zawsze. Kiedyś robiła wszystko z Olką.

A Olka to kto?

Wykrzywił się, jakby jemu też śnieg wpadł do buta.

Jej mama.

Wiadomo już było, że nie warto drążyć, ale Ewa zaryzykowała:

Gdzie jest teraz?

Na cmentarzu.

No i zagadka rozwikłana, jakby to powiedział tata.

Stanie z drewnem w ramionach było niezręczne. Powiedzieć coś głupio. Gdy z góry spadło polano prosto na stopę, Ewa zrzuciła stos, wymuszając uśmiech, bo łzy ścisnęły gardło. Tyle tego na oczach dorosłego… Przecież ona też jest dorosła, co jej się robi?

Daj, pomogę zaproponował Władek.

Nie trzeba, dam radę sama…

No widzę, jak radzisz.

Doniósł drewno, drewnianym polanem poprawił futrynę, drzwi przestały się zacinać.

W razie czego, śmiało proszę rzucił i zniknął.

I po co przyszedł? Myśli, że za kilka hałd drewna podwyższę Tosia ocenę? W życiu…

Sprawa dziewczynki nie dawała Ewie spokoju. Kilka dni próbowała do niej dotrzeć: i pedagogicznie, i z litością. Odwiedziła nawet wicedyrektorkę.

Oj tam, już się tym nie przejmuj. Jedynki wpiszemy, latem przeniesiemy ją do specjalnej szkoły.

Jak to?

Da się. Na komisję pójdzie, dostanie orzeczenie. Cóż, taki los, jak dziecko inne.

Jej ojciec twierdzi, że kiedyś…

Kiedyś to już nie teraz! Matka się nią zajmowała, on? Nie da sobie rady. Lepiej nie słuchaj tych bajek…

Nie lubi go pani? zgadła Ewa.

Wicedyrektorka wzruszyła ramionami:

Nie jest nawet piernikiem, żeby go lubić. Ale dziecku trzeba pomóc.

Ale Ewę to nie satysfakcjonowało. Nie była pewna, czy Tosia musi do specjalnej szkoły. Zadzwoniła do swojej metodyczki pani Lidii wypiła uspokajającą herbatę z rumiankiem, choć za nią nie przepadała (mama piła zawsze, mówiła, że koi nerwy). Mama Ewy też nie żyła, więc cała sprawa mocno ją dotknęła.

Władek nie ucieszył się na wizytę.

My raczej nie przyjmujemy gości burknął.

Ewa się spięła jak wicedyrektorka i stwierdziła, że wychowawczyni MUSI skontrolować warunki domowe.

Pokój Tosi był cudowny. Różowe tapety, pluszaki, sterta książek. Ewa przez chwilę poczuła zazdrość tata był minimalistą, a u niej wszystko w beżach i brązach.

Pierwsza wizyta była słaba. Ewa pytała, jakie książki Tosia lubi, dotykała kartek, szukała kredek. Tosia milcząc przyniosła kredki, o książkach nic nie powiedziała. Dopiero na końcu, gdy Ewa spytała, jak się nazywa różowy królik, odpowiedziała:

Proszka.

Następnym razem Ewa przyniosła Proszce sweterek. Mama nauczyła ją dziergać, i dla pamięci zawsze coś robiła na drutach. Robótka wyszła koślawo, bo gruba włóczka nie chciała współpracować. Ale ku zdziwieniu Ewy Tosia się ucieszyła, założyła sweterek i powiedziała:

Ładny.

Ewa zaproponowała, żeby Tosia narysowała Proszkę w sweterku. Tosia narysowała. Ewa podpisała, specjalnie z błędem. Tosia poprawiła.

Nie była żadnym “upośledzonym”.

Będę do Tosi przychodzić trzy razy w tygodniu powiedziała Władkowi.

Nie mam za dużo pieniędzy skrzywił się.

Nie chcę pieniędzy obruszyła się Ewa.

Tak się dogadali.

Gdy wicedyrektorka się o tym dowiedziała, wybuchła:

Samowolka! Nie wolno się wyróżniać! Bez sensu, takich dzieci przerabiałam!

Ja też przerabiałam przerwała jej Ewa. I wiem, że nie trzeba od razu stawiać krzyża.

Dziewczynka była nietypowa: prawie nie mówiła, nie patrzyła w oczy, wolała rysować niż pisać. Ale liczyła nieźle, a zasady ortografii łapała lepiej niż niejeden. Pod koniec semestru nie było już jedynek, zasłużenie.

Wyjeżdża pani na święta? zapytał Władek, unikając spojrzeń zupełnie jak Tosia.

Nigdzie nie jadę odparła, czując rumieniec.

Tosia chce panią zaprosić.

Ciekawe. Tosia sama nic nie mówiła. Może rzeczywiście? Głupio byłoby dziewczynkę zawieść. Ale święta z obcymi? Hm…

Dziękuję, przemyślę to odpowiedziała.

W nocy spała nie najlepiej. Myśli jak reklamy przy wyborach. Pracuje z Tosią, i dziewczynka już się otworzyła. O to jej chodziło? Co z tego, co myśli Władek…

Tak rozmyślając, zasnęła.

Rano zadzwonił Adam.

Kiedy przyjedziesz?

Słucham?

No, na sylwestra? Nie będziesz przecież świętować tu, na końcu świata.

A właśnie, że będę!

Ewa… może już wystarczy? Tata ma skoki ciśnienia, rozumiesz?

Tata nigdy nie dzwonił.

Niech pójdzie do lekarza odcięła Ewa.

Czyli poważnie nie przyjedziesz?

Bardzo poważnie.

Cholera. I co teraz?

Rób co chcesz!

Sądziła, że Adam jednak nie przyjedzie. Ale przyszedł z szampanem, sałatkami i prezentami.

Jak góra nie idzie do Mahometa…

Ewa była w szoku, ale wcale nie złym. Adam preferował imprezy w restauracji z konkursami i zespołem jazzowym. Tu nie było nawet telewizora.

Dobrze. Najważniejsze, że jesteś.

Ewa wyczuwała podstęp, lecz nie mogła go znaleźć. “Może się myliłam?” pomyślała.

On jeszcze bardziej ją zdziwił, gdy wśród prezentów znalazła swoje ulubione potrawy, a w paczuszce książki o pedagogice, projektor i nauczycielski kalendarz.

Dziękuję wzruszyła się. Myślałam, że znów dostanę jakieś kolczyki, albo smartfon.

Adam uśmiechnął się łagodnie.

Ewa, zrozumiałem, że jesteś najcenniejsza w moim życiu. Chcesz być na wsi? Będę z tobą! Klejnoty też mam.

Wyjął welurowe pudełko. Od razu wiadomo było, co w środku.

Mogę nie odpowiadać teraz? zapytała Ewa.

Adam nie miał pretensji.

Bałem się odmowy. Poczekam.

Ewa nie wiedziała, co myśleć, schowała pudełko do kieszeni.

Władek miał jej numer, ale zadzwonił na stacjonarny.

Zastanowiła się pani? spytał.

Przepraszam, mam gościa…

Rozumiem.

Rozłączył się.

Ewa poczuła się dziwnie, jakby go zawiodła. A czemu on się obraża? Przecież nic nie obiecała! Ale pewnie chodziło mu o Tosię. Dziecku nie wypada odmawiać: które dziecko chce, żeby dorosły go ignorował?

Ewa myślała, myślała a Adam dalej próbował złapać internet, by włączyć sylwestrową komedię.

Ewa usłyszała gwizdnięcie. Tak się woła psa. Władek gwizdał tak samo. Wyjrzała Władek stał z Tosią przy furtce.

Rumieniec uderzył jej w twarz.

Kto to? burknął Adam.

Uczennica pisnęła Tosia. Zaraz wracam!

Ewa miała przygotowany prezent: różową króliczkęprzyjaciółkę dla Proszki. Ojciec nazwałby to kiczem.

Władkowi zrobiła swój własny prezent. Nie była pewna czy powinna, ale podarowała rękawiczki, które wydziergała.

Chwyciła paczki i wybiegła bez czapki, z bosymi nogami, śnieg aż wyłaził z kozaków, ale co tam.

Tosiunia, witaj! zagadnęła z uśmiechem wypranym z pewności siebie. Wesołego Nowego Roku! Zobacz, co dla ciebie mam!

Wręczyła jej paczkę. Tosia wyciągnęła króliczka i przytuliła, patrząc na ojca. Władek wyjął dwa prezenty: większy i mniejszy. Tosia najpierw rozwinęła ten duży zeszyt z komiksem, w rysunkach natychmiast rozpoznała własne obrazki.

Dzięki, cudny komiks!

W mniejszej paczce była broszka, złoty koliberek. Ewa spojrzała na Władka on w ziemię, a Tosia mówi:

Po mamie.

Ewie ścisnęło się gardło.

No, idziemy mruknął Władek.

Jasne! Dobrego Nowego Roku!

I pani też…

Ewa chciała Tosię przytulić, ale nie śmiała dziewczynka tylko mocniej trzymała zabawkę.

Przy drzwiach Ewa obejrzała się. Dwie sylwetki z daleka, a serce jakby zaciśnięte. Przez chwilę, zanim weszła do domu, musiała mocno mrugać i pociągać nosem.

I co tam? rzucił Adam z niechęcią.

Ewa spojrzała na komiks i na zaciśniętą broszkę. Przypomniała sobie o rękawiczkach. I słowa Tosi, że to po mamie… I jaka u Władka jest ta rozbrajająca, rzadka, ojcowska mina, gdy patrzy na córkę. W środku wszystko się plątało, zamiast Adama myślała tylko o nich.

Wyjęła z kieszeni pudełko, podała Adamowi i powiedziała:

Jedź do domu. Przepraszam, nie mogę za ciebie wyjść. Przepraszam powtórzyła.

Adam pobladł. Nie był przyzwyczajony do “nie”.

Przez moment Ewa myślała, że wymknie się tragedia rodem z telenoweli. Ale Adam schował pudełko, chwycił kluczyki i wyszedł bez słowa.

Ewa szybko spakowała sałatki do pojemników, złapała rękawiczki dla Władka i pobiegła za tymi, którzy byli jej teraz najbliżsi choć jeszcze do wczoraj wydawali się kimś obcym.

Rate article
Fajna Tajna
Na końcu świata. Śnieg wciskał się w kozaki, szczypał skórę. Rity nie przekonały filcowe buty – wola…