Zachowanie mojej siostrzenicy stało się powodem niepokoju dla całej rodziny. Rodzice rozpieszczali ją tak bardzo, że dziś jest przekonana, iż jest prawdziwą księżniczką. Wszystkich traktuje jak swoich osobistych lokajów nawet ukochanego kota, który chyba tylko dla świętego spokoju nie protestuje. Sytuacja robi się coraz bardziej napięta, bo mała lada chwila zaczyna szkołę, a wciąż jej największym atutem w matematyce jest liczenie na palcach.
Cały ambaras zaczął się już w dniu, kiedy przyszła na świat. Wtedy wszyscy członkowie naszej szacownej familii poczuli się w obowiązku, by stać się jej prywatnymi opiekunami. Teściowa przysłowiowo poświęciła się najbardziej, wprowadzając się do ciasnego M-3 swojego syna, by tylko nadzorować rozwój wnuczki. Niestety, zamiast rozsądnie ją wychowywać, wszyscy spełniali każdy, nawet najbardziej absurdalny jej kaprys. Mała bardzo szybko nauczyła się, że jeżeli dobrze rozkręci repertuar płaczu i krzyku, świat stanie przed nią otworem.
Już w wieku sześciu miesięcy potrafiła zmanipulować dorosłych wokół siebie. Efekt? Zawsze bałagan w domu, bo w końcu księżniczki nie sprzątają, a inne dzieci i dorośli mogli liczyć co najwyżej na ochłap uwagi. Syn w końcu nie wytrzymał i wyprowadził się, ale nawet po rozwodzie rozpieszcza córkę na dystans. Zalewa ją falą sukienek, lakierów do paznokci i bucików, jakby obsadzał ją w roli Kopciuszka na królewskim balu.
Jakiekolwiek próby nauczycieli czy opiekunów, by nieco ostudzić zapał księżniczki i przywrócić ją do świata śmiertelników, kończą się buntem i scenami godnymi najlepszych telenowel. Edukacja mojej siostrzenicy to śmiesznie smutna parodia jest tak skupiona na swojej królewskości, że zupełnie nie interesują ją podstawowe umiejętności życiowe. Do pierwszej klasy odlicza już na palcach, poza tym jakoś jej umknęło, że w szkole przydałoby się umieć posługiwać językiem polskim poza poziomem komunikacji królewskich rozkazów.
Rodzice wyznają zasadę wychowania opartego na całkowitej wolności wyboru, oczywiście pod warunkiem, że wybory te zawsze spełniają fantazje ich córki. Nauczycielka natomiast jest zdania, że może odrobina skromności i podstawowa znajomość zasad życia społecznego nikomu by nie zaszkodziła.
My, opiekunowie najczęściej spotykani w rodzinnych progach, dla własnej higieny psychicznej postanowiliśmy ograniczyć kontakty z małą królową. Zgodnie uznaliśmy, że rodzice powinni wreszcie wziąć się do roboty i przekazać swojej pociesze choćby minimalne zasady i wartości, zanim szkoła nie dostosuje się do jej bajkowo wygórowanych standardów. Czas najwyższy pokazać jej, że życie to nie ciągła gala, a polskie złote zdecydowanie nie rosną na drzewach!



