Dziennik, 14 października
Mam na imię Kazimierz. Od lat obserwuję sąsiadkę, panią Genowefę, która codziennie, niezależnie od pogody, spaceruje po parku Kościuszki w naszym mieście starym, cichym Opolu. Genowefa ma już 67 lat, ale każdego ranka uparcie trzyma się swojego zwyczaju. Dziś jednak zauważyłem w jej oczach ciężki smutek. Kiedy siadła na ławce pod kasztanem, zamyśliła się głęboko, wspominając dawne czasy, kiedy wszystko wydawało się jeszcze proste i szczęśliwe. Wtedy jej rodzina była dumą całego osiedla: syn Marek robił karierę w dużej firmie we Wrocławiu, a mąż, pan Antoni, stał za nią murem.
Jednak los bywa przewrotny. Jeden telefon odebrał jej wszystko. Najpierw Marek utonął podczas wyjazdu służbowego nad Mazury. Do dzisiaj nikt dokładnie nie wie, jak to się stało, cała sprawa była pełna niedopowiedzeń. Antoni, nie mogąc unieść tej tragedii, popadł w depresję. Coraz częściej znikał na długie godziny, aż pewnego dnia zdarzył się wypadek samochodowy śmiertelny. Genowefa została sama, wdowa w wieku pięćdziesięciu lat, bez rodziny, na którą mogłaby liczyć. Emerytura pozwalała jej na godne życie, ale samotność przygniatała ją każdego dnia. Na szczęście stale odwiedzał ją chłopiec z sąsiedztwa, młody Pawełek. Był zawsze pełen energii i nigdy nie zapominał zapytać, czy nie potrzebuje czegoś ze sklepu.
Pewnego popołudnia, wracając z zakupów, Genowefa zauważyła karetkę pod swoim blokiem. Na klatce zebrał się tłum ciekawskich i zaniepokojonych sąsiadów. Wśród nich Pawełek, skulony obok noszy, trzymał mamę za rękę i błagał ją, by się obudziła. Policjant, który spisywał notatki, szukał kogoś, kto mógłby się zająć chłopcem. Wtedy Genowefa zgłosiła się na ochotnika. Funkcjonariusz zapisał jej dane i wyjaśnił, że lada moment sprawą zajmie się opieka społeczna.
Minął miesiąc, zanim przyszła komisja z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Przez ten czas Genowefa z Pawełkiem bardzo się do siebie przyzwyczaili. Chłopiec zaczął traktować ją jak drugą babcię, ona zaś gotowała mu obiady i śpiewała kołysanki na dobranoc. Gdy pracownicy socjalni przyszli i zaczęli wypytywać o jej wiek i stan zdrowia, Genowefa, mimo wszystko, powiedziała otwarcie, że chciałaby się zająć chłopcem na stałe. Urzędnicy mruczeli coś o przepisach i podeszłym wieku, wyraźnie dając do zrozumienia, że to nie będzie łatwe.
Dziś, patrząc wstecz, zrozumiałem, że nawet najgorszą samotność może uleczyć obecność drugiego człowieka. Genowefa odzyskała sens życia pomagać Pawełkowi. Nauczyło mnie to, że dobroć nie zna wieku i czasem los daje drugą szansę tam, gdzie się jej nie spodziewamy.



