Sąsiedzi postanowili pokazać, kto tutaj rozdaje karty. I to zupełnie bez powodu.
To było pięć lat temu. Już wtedy z Zbyszkiem mieliśmy dwóch szkrabów, a wszyscy upychaliśmy się w jednym małym pokoju, przyprawionym wspólną szafą i jednym krzesłem. Z oczywistych względów, żyliśmy z nieustanną myślą, że czas rozciągnąć nieco te nasze cztery kąty. Ale zamiast działać, tylko debatowaliśmy przy herbacie.
Wszystko się zmieniło, gdy dowiedzieliśmy się, że za kilka miesięcy do naszej brygady dołączy trzecia Zosia. Zrobiło się naprawdę ciasno i musieliśmy zbierać manatki i kombinować jak zdobyć większe mieszkanie. Jedyna opcja? Sprzedać jedną kawalerkę i dorzucić trochę ciężko uskładanych złotówek, żeby na obrzeżach Warszawy kupić wymarzone, przynajmniej trzypokojowe lokum.
Tak też zrobiliśmy. Po sprzedaży starego mieszkania wypatrzyliśmy w nieco leciwej kamienicy prawdziwy rarytas. Mieszkanie było tak wyremontowane, że tylko meble wstawiać i czekać na szczęście.
No niestety, szczęście trwało krótko, bo sąsiedzi z góry stworzyli własną, bardzo zgraną koalicję i uznali, że to oni tu rządzą, a my mamy znać swoje miejsce w szeregu.
Zaczęło się nieustanne marudzenie i narzekanie.
Dlaczego drzwi do klatki schodowej były tak długo otwarte?
No, wnosiliśmy kanapę, wózek, dziecięce bajery trzeba było się pomęczyć z drzwiami.
Czemu parkujesz samochód pod moim oknem?
Parę złotych wydałem na własny samochód i parkuję pod swoim oknem, a to, że twoje jest piętro wyżej, cóż telekinezy nie praktykuję.
Skargi linii produkcyjnej nie miały końca.
Twoje dzieci po przedszkolu zachowują się jak stado dzikich koni! Przeszkadzają mi! A potem puszczacie im bajki!
Halo, sąsiadko, jak mogą ci przeszkadzać, skoro mieszkasz NAD nami? Lewitują?
Ostatnia skarga wyprowadziła mnie z równowagi. Sąsiedzi postanowili odwiedzić moją ciężarną żonę, Ewę, akurat gdy byłem w pracy. Wpadły dwie sąsiadki, krzyk, narzekania, typowo po polsku żadnej kawy, za to dużo pretensji.
Przyszliśmy porozmawiać.
No, to słucham?
Pani mąż wychodząc na dymka wpuścił na klatkę obcego faceta! Chodził potem i proponował dorabianie kluczy do domofonu!
Mój mąż nie pali! (Serio, nie palę, nawet grilla nie odpalam na balkonie.) Jeszcze potem dodały: bo jak ten pan dorobi klucz, to może wejść, kiedy chce.
Jak się o tym dowiedziałem, wróciwszy do domu, to zagotowałem się bardziej niż czajnik na herbatę. Poszedłem do sąsiadów i dość dosadnie wytłumaczyłem, żeby sobie odpuścili takie przedstawienia
Od tamtej pory żyjemy w zadziwiającej zgodzie znaczy, nie mówią nam już dzień dobry, ale przynajmniej nie obrzucają skargami. Polska sąsiedzka sielanka, pełna podejrzliwej ciszy i głośnych westchnień na klatce.



