Wiesz co, ostatnio mama wyszła z domu jak zwykle, nic specjalnego, zwykły poranek. Wysłała mi rano SMS-a, chciała się upewnić, czy zjadłam śniadanie. Odpisałam po prostu tak, pogadamy później i wróciłam do pracy. Nie była chora, nie trafiła do szpitala, żadnych zmartwień, żadnego pożegnania. Ot, jeden z tych zwykłych dni, o których myślisz, że nic nie zmienią.
O szesnastej zadzwonił do mnie nieznany numer. Odebrałam, a to sąsiadka pani Ewa, z drugiej klatki. Mówi: Twoja mama miała wypadek. Pytam, gdzie jest, ona podaje mi adres przychodni na ulicy Kopernika. Wyskoczyłam natychmiast. Kiedy weszłam, powiedzieli mi, że mama upadła na chodniku, uderzyła się w głowę, i niestety nic nie dało się zrobić. Tak po prostu bez zamieszania, bez ostatnich słów.
Nie było pożegnania, nie było tych wyczekiwanych zdań. Nie było tulenia. Nie było czasu na cokolwiek. Stałam tam i gapiłam się w białą ścianę, gdy tłumaczyli mi dokumenty, podpisy, całą procedurę. Zadzwoniłam do braci Piotra i Krzysztofa głos mi się łamał, a z ust wybrzmiało najtrudniejsze zdanie w życiu: Mama nie żyje.
Prawdziwy cios spadł na mnie nie w przychodni, ale gdy weszłam sama do jej mieszkania, żeby zabrać rzeczy. Otwieram szafę a tam wciąż jej ubrania, które miała zamiar wyprać. Sandały leżą przy drzwiach, portfel wisi na krześle, zakupy nie do końca schowane. Wszystko zatrzymało się dokładnie w tej samej chwili, kiedy zatrzymało się jej życie.
Wzięłam jej ulubioną bluzkę, chciałam spakować ją do torby, poczułam zapach jej mydła. Zamarłam, zostałam z ubraniem w rękach, nie mogłam się ruszyć. Usiadłam na łóżku i długo patrzyłam na podłogę. Czułam gniew.
Potem przyszły te małe rzeczy, które bolą najbardziej: wybierasz jej numer z przyzwyczajenia, a dopiero potem uświadamiasz sobie, że już go nie ma; wracasz po pracy, a nikt nie pyta, czy dotarłaś bezpiecznie; mijasz jej blok, ale już nie skręcasz. Nikt cię nie przygotowuje na tę ciszę.
Wszyscy mówią: Taka była kolej rzeczy, Bóg wie, co robi, Teraz odpoczywa. Ale ja nie czuję żadnego spokoju. Czuję pustkę. Czuję, że zabrała się z tego zwykłego dnia, bez pytania, bez uprzedzenia, bez słowa, które choć trochę ukoiłoby moje serce.
I to boli najbardziej nie było pożegnania. Była tylko nagła, brutalna pustka.



