Mam czterdzieści cztery lata wraz z żoną. Miesiąc i pół temu po raz kolejny zostaliśmy rodzicami. Do tej pory mieliśmy pięciu synów, a teraz, wreszcie, pojawiła się w naszym domu córka!
Nasza relacja z żoną zaczęła się bardzo wcześnie, już podczas liceum w Krakowie. Tak się złożyło, że pierwszego syna żona urodziła w wieku szesnastu lat. Nie wpłynęło to negatywnie na naszą miłość, wręcz przeciwnie zbliżyło nas do siebie jeszcze mocniej i szybko zdecydowaliśmy się pobrać.
Moi rodzice zawsze stali przy nas, wspierali nas w trudnych chwilach i radościach. Gdy w wieku dwudziestu lat dowiedzieliśmy się, że spodziewamy się drugiego dziecka, cała rodzina świętowała razem z nami.
Mama w pewnym momencie wyznała mi, że sama chciała mieć przynajmniej dwoje dzieci, lecz życie potoczyło się inaczej. Dlatego ogromną radość sprawia jej opiekowanie się wnukami.
Bycie ojcem to nie tylko śmiech i radość; są też trudne momenty, kiedy dzieci chorują, czasem pojawiają się między nami rodzinne sprzeczki, a innym razem wspólne żarty, które rozluźniają atmosferę. Te doświadczenia nie osłabiają mojej miłości ani do dzieci, ani do żony. Uważam, że dopóki mamy możliwość, powinniśmy sprowadzać dzieci na świat. Czujemy się szczęśliwi i razem postanowiliśmy, że nie zamierzamy się zatrzymywać marzymy o większej rodzinie.
Czy to podejście jest słuszne? Dziś, patrząc na moją rodzinę, na nasze mieszkanie w Krakowie, na pełne stoły podczas niedzielnych obiadów i uśmiechy naszych dzieci, wiem, że największym bogactwem są relacje, miłość oraz ciepło rodzinnego domu. Warto słuchać serca i żyć zgodnie z własnymi wartościami.



