Maria Oleksandrowna budzi się o trzeciej w nocy, czując uporczywe wibracje starego telefonu komórkowego leżącego na nocnym stoliku.
Przeciera oczy, jeszcze nie do końca rozumiejąc, kto może dzwonić o takiej porze. Bierze telefon do ręki, patrzy na wyświetlacz i nagle serce zaczyna jej bić szybciej dzwoni syn.
Halo… Dymuś, co się stało?! pyta przestraszona Maria Oleksandrowna. Czemu dzwonisz tak późno?
Mamo, przepraszam, że Cię obudziłem. Wiesz, wracałem właśnie z pracy do domu… tłumaczy się chaotycznie Dymitr. I potem… Sam nie wiem, co robić…
Co potem, synku? No mów, nie milcz! Chcesz żebym z nerwów zawału dostała?
No, bo ona tu… leży na drodze. Doradź mi, proszę, bo ja pierwszy raz mam taką sytuację. Trochę się pogubiłem.
Przez chwilę oboje milczą.
Zaraz… chcesz powiedzieć, że potrąciłeś kogoś na drodze? Na śmierć? przeraża się Maria Oleksandrowna i ledwie nie wypuszcza telefonu z rąk, które zaczęły drżeć.
Nie, chyba nie śmiertelnie odpowiada Dymitr. Zresztą to nie ja ją potrąciłem. Ktoś inny. I to nie był człowiek.
Nie człowiek? To kto?
Pies… chyba owczarek niemiecki. Jeszcze oddycha, ale ciężko. Co mam robić, mamo? U nas w mieście nie ma całodobowej lecznicy. A Ty przecież masz lepszą rękę do zwierząt niż ja.
Dymitr patrzy na psa, który leży przy poboczu. W świetle reflektorów dobrze widać, jak brzuch zwierzęcia delikatnie się unosi i opada. Oddycha z trudem, a w jego oczach jest smutek, jakby pogodził się z losem.
“Najważniejsze, że oddycha… Czyli nie jest tak źle” myśli chłopak, przyciskając telefon mocniej do ucha.
*****
Trzy dni wcześniej.
Znowu swoje, mamo? Nie masz już innych zajęć? Po co Ci te koty? mówi Dymitr, wpadając do matki na chwilę i widząc, jak karmi koty pod blokiem. Kiedyś nie miała takiego serca do zwierząt.
A odkąd przeszła na emeryturę, nagle miłość do kotów rozkwitła z całą mocą. I to wręcz szalona miłość. Normalni ludzie się tak nie zachowują jeszcze przy wszystkich.
Cześć synku Maria Oleksandrowna prostuje się i macha do niego. Czemu nie uprzedziłeś, że wpadniesz? Przygotowałabym coś pysznego.
Patrząc na to, widzę, że już wszystko pyszne rozdałaś swoim kotom śmieje się Dymitr.
Nie rozumiał, po co matka wydaje pieniądze, czas i siły na karmienie bezdomnych zwierząt. W domu miała już cztery koty, które zabrała z ulicy w ciągu niecałego roku.
Wydawałoby się, że już dość a ona wciąż to robi.
Przede wszystkim Maria Oleksandrowna pomagała kotom, bo kochała je bezgranicznie.
Ale i psom nie odmawiała wsparcia. Nawet dla gołębi przy śmietniku zawsze miała coś drobnego.
Sąsiedzi w bloku zaczęli zwać ją Matką Teresą.
Dymitrowi było przykro, gdy widział, jak sąsiedzi patrzą na matkę, pokazują ją palcami, uśmiechają się ironicznie, a niektórzy nawet pukają się w czoło, sugerując, że coś z nią nie tak.
Synku, niech myślą co chcą mówiła Maria Oleksandrowna, widząc jego nerwowy wzrok. Jest tak mało dobra na świecie, że chcę, żeby było go choć trochę więcej.
Patrzyła z zamyśleniem na koty zajęte jedzeniem karmy.
Powiedz sam, co one mają na tej ulicy dobrego? Nic. A ja chcę im podarować trochę czułości. Żeby wiedziały, że komuś są potrzebne. Bo to straszne, mieć świadomość, że istniejesz, a nikomu na tobie nie zależy. Pamiętasz, jak twoja babcia mówiła?
Ale przecież masz już cztery koty w domu. To za mało? dziwi się Dymitr.
To nie kwestia ilości, synku. Gdyby mieszkanie było większe, a emerytura wyższa, przygarnęłabym jeszcze więcej. Ale na tyle mi pozwalają warunki. Reszta musi dostać choć trochę wsparcia. I nawet jeśli mają mnie za wariatkę nie przestanę tego robić. Trzeba dawać dobry przykład.
Dobry przykład?
Właśnie. Może ktoś się zastanowi i zacznie też pomagać. Odpowiadamy za tych, których oswoiliśmy. A jesteśmy ludźmi powinniśmy pomagać słabszym. Bo nikt inny tego nie zrobi.
Dymitr starał się zrozumieć matkę. Naprawdę się starał. Ale nie potrafił.
Uważał, że aż taka dobroć to przesada. Jeszcze mógłby zrozumieć, gdyby pomagała biednym ludziom na miarę swoich możliwości. Ale tu chodziło o zwierzęta…
Nie miał nic przeciw kotom i psom na ulicy, po prostu uważał, że nie należy przesadzać.
A jednak trzy dni po tej rozmowie coś odmieniło jego podejście do zwierząt.
Tego dnia wracał z pracy wyjątkowo późno.
Zazwyczaj był wcześniej w domu, ale tego dnia wydarzył się w pracy prawdziwy armagedon, więc musiał zostać dłużej.
Może to i lepiej. Dawno już nie jeździł nocą samochodem po mieście.
Zawsze jeździł ostrożnie, przestrzegając przepisów, ale dzisiaj…
…dzisiaj pozwolił sobie na trochę prędkości. Kiedy jednak zauważył na drodze leżącego psa, zdołał cudem wyhamować.
Kilka minut siedział bez ruchu, mocno ściskając kierownicę białymi z wysiłku knykciami. Gdy wreszcie się opanował, wyszedł z samochodu i podbiegł do psa.
Wystarczyło jedno spojrzenie pies został potrącony przez jakiegoś nocnego rajdowca, może nawet pijanego.
Ale teraz to nieważne. Ważne było jedno jak pomóc temu psu?
Dymitr był zupełnie bezradny. Co miał zrobić chłopak, który nigdy nie miał psa?
Dlatego zadzwonił do matki. Do nikogo innego nie mógł.
*****
Halo… Dymuś, co się stało?! pyta zdenerwowana Maria Oleksandrowna, odbierając telefon o trzeciej nad ranem. Czemu dzwonisz tak późno?
Mamo, przepraszam, że Cię budzę. Wróciłem z pracy… potem… nie wiem co robić…
Co potem, synku? Mów, nie milcz!
Leży tu na drodze… Możesz coś poradzić?
Milkną na chwilę.
Potrąciłeś kogoś? Zabiłeś? Maria Oleksandrowna prawie upuszcza telefon ze strachu.
Nie, nie zabiłem. I nie ja ją potrąciłem. To nie człowiek.
To kto?
Pies, chyba owczarek niemiecki, bezpański. Jeszcze żyje, ale ciężko, mamo. Co robić? U nas chyba nie ma przez całą dobę czynnych weterynarzy. Do kogo się zwrócić? Ty masz lepsze podejście do zwierząt.
Dymitr jeszcze raz zerka na leżącego psa.
W światłach samochodu widać, jak pies z trudem oddycha, a w oczach widać rezygnację.
“Najważniejsze, że oddycha… Jeszcze mamy szansę” myśli i mocniej przyciska telefon do ucha.
Mamo, co robić? Może masz jakiegoś znajomego weterynarza?
Nie mam niestety. I rzeczywiście, nie mamy gabinetu czynnego całą dobę. Zawieźć do innego miasta nie dasz rady, może nie przeżyć drogi. Wiesz co, przywieź go do mnie.
Do Ciebie? Serio?
Oczywiście. Zdziwiony? Boisz się, co powiedzą sąsiedzi?
Nie. Tylko przecież masz cztery koty w mieszkaniu. Jak zniosą przybycie psa? Nie będzie gorzej?
Synku, mam koty, nie krokodyle. Będzie dobrze. Nie trać czasu, ostrożnie połóż psa na tylnym siedzeniu i przyjeżdżaj. Ja przygotuję, co się da. Pomoc trzeba dać, jak można.
*****
Pół godziny później Dymitr wnosi psa na czwarte piętro do mieszkania matki.
Ubrudził cały samochód, ubrania także, ale pierwszy raz w życiu było mu to zupełnie obojętne. Jedyne, o czym myślał, to by pies nie zdechł. Naprawdę martwił się o jego życie, jakby to był człowiek, nie zwierzę.
Tutaj go połóż, delikatnie mówi Maria Oleksandrowna, wskazując sofę w salonie przykrytą starymi prześcieradłami.
Maria nie była weterynarzem, nawet nie asystentką, ale przez częste wizyty u weterynarza wiele zobaczyła i zapamiętała. No i na coś się to przydało.
Dymitr nie siedział bezczynnie znalazł w internecie, jak można pomóc psu na miejscu.
On miał przecież nowoczesny telefon, w przeciwieństwie do mamy, więc miał internet.
Udało im się, choć nie od razu, zatamować krwawienie. Psowi było trochę lepiej.
Nie uwierzycie, ale nawet koty zaangażowały się w leczenie.
Na początku były nieufne, ale szybko zrozumiały sytuację i położyły się przy psie na kanapie, mrucząc cicho, jak elektryczne silniczki. Pies nawet zasnął. Nie stracił przytomności, tylko po prostu zmorzył go sen.
To dobrze do rana nie czuł bólu. Kocie łapki zrobiły swoje, działając niczym magiczne kompresy.
Mamo, myślisz, że wszystko z nim będzie dobrze? spytał Dymitr, głaszcząc psa po łbie.
Jestem pewna, że tak zmęczona, ale pogodna uśmiechnęła się Maria Oleksandrowna. Rany nie wyglądają na groźne. A wiesz co spojrzała synowi w oczy jeśli ten cudowny pies obudził w Tobie współczucie dla zwierząt, to pewnie nie spotkał Cię przypadkiem.
Mamo, przecież nie zostawiłbym go samego na drodze szepcze Dymitr zmieszany. To byłoby nieludzkie.
O to chodzi, synku. Trzy dni temu nie rozumiałeś, po co karmię koty na dworze, a dziś nie śpisz przez całą noc przy psie. Coś mi mówi, że nie wyrzucisz go teraz na ulicę. Mam rację?
Chyba masz… jeszcze bardziej zawstydzony Dymitr. To nowe uczucie, ale jakie miłe.
Miło jest czuć się człowiekiem…
*****
Wczesnym rankiem Dymitr zawozi psa do lecznicy. Przychodzi na samo otwarcie, a ludzie stojący już w kolejce ustępują mu miejsca, widząc, że wnosi zwierzę na rękach. Nikt nie musi go o to prosić wszyscy rozumieją.
Właśnie w tej chwili Dymitr czuje, jak wielkie znaczenie ma być dobrym i troszczyć się o żywe istoty. Tacy ludzie stają się lepsi. Życzliwsi. Bardziej ludzcy.
Rudolf (tak Dymitr nazwał psa) dochodzi do siebie, a teraz Dymitr co weekend przyjeżdża do mamy i wychodzą razem na spacer. Właściwie nie we trójkę, tylko w piątkę, a czasem i w szóstkę…
Rudolf, Dymitr, Maria Oleksandrowna i koty, które także zaczęły wychodzić z nimi na spacery. Same zapragnęły, nikt nie miał nic przeciwko.
Mieszkańcy bloku patrzą na to osobliwe towarzystwo, wymieniają spojrzenia i kiwają głowami z niedowierzaniem ale Dymitr już się tym nie przejmuje.
To dzięki Rudolfowi, który pojawił się niespodziewanie w jego życiu. I dzięki mamie, która nauczyła go dobrego przykładu.
A także dzięki ludziom z kolejki pod lecznicą. Za to, że nie byli obojętni. Wtedy Dymitr naprawdę pomyślał, że świat choć trochę stał się lepszy.
I cokolwiek teraz mu powiedzą, on podobnie jak mama zamierza pomagać każdemu, kto potrzebuje pomocy. Niezależnie, czy to kot, pies czy człowiek…
Ot, taka historia.



