Ogień, który wybuchł po uderzeniu pioruna, błyskawicznie pochłonął stodołę, gdzie mieszkało czternaście potężnych koni rasy śląskiej. W tej samej chwili Marcel, będąc w domu, zerwał się z miejsca, wybiegł na podwórze i z całych sił walił pięściami w drzwi stodoły, by ostrzec zwierzęta przed niebezpieczeństwem. Wszystko rozgrywało się w nienaturalnym milczeniu drzewa wokół wiły się niczym wijące się węże, a powietrze drażniło nozdrza zapachem dymu i ozonu.
Matka Marcela, Bożena Nowak, powtarzała później: Myślę, że gdyby nie on, nie byłoby nas tutaj. Śniło jej się, że jej syn wielokrotnie wbiegł do płonącego domu, jakby śmierć bała się go tknąć. Wszyscy biegali w kółko jak postaci z dawnych legend, a Marcel wydawał się wyższy niż rzeczywiście był.
Nagle ziemia drgnęła, a w oknach pojawiły się dziwaczne odbicia stary zegar w kącie domu zaczął wybijać godzinę odwrotną, a porcelanowy serwis na stole zatańczył. Wstrząs rozlał się po domostwie nie tylko rodziny Nowaków, ale i całej wsi. Jednak mimo tych zjawisk żadnych poważnych szkód czy rannych nie odnotowano.
Nasza wieś nie pamięta trzęsienia ziemi, które by chociaż w połowie dorównywało temu. Może nigdy się takiego tu nie zdarzyło? mówiła Iwona Jankowska z Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego, próbując poustawiać na nowo przewrócone filiżanki.
Dzięki odwadze Marcela udało się wyprowadzić wszystkie konie na zewnątrz zwierzęta, choć przestraszone, znalazły drogę przez półotwarte drzwi, na których rysowały się dziwaczne cienie. Stodoła nie spłonęła doszczętnie; gdy świt rozjaśnił krajobraz, pozostały po niej tylko ciepłe mury, nad którymi jeszcze unosił się lekki zapach spalenizny i dziwnego snu.



