Podczas gdy polskie mamy zasypują internetowe fora pytaniami o to, co zabrać do apteczki podróżnej i czy z wózkiem wpuszczą je do kabiny, inni pasażerowie przygotowują się do nerwowych lotów obok nich. Od jakiegoś czasu sytuacja jest jasna. Kiedyś wystarczyło, że ktoś próbował zawstydzać głośne dzieci mówiąc, że trzeba je kochać, a dziś coraz częściej pojawiają się głosy, by linie lotnicze wprowadziły osobne strefy, które oddzielą rodziców z dziećmi od reszty pasażerów. Kiedy to się właściwie stało?
Życzę udanego lotu!
Kiedy dokładnie zrobiło się modne, by nie zamykać się w domu po narodzinach dziecka? Pracujemy, nie rezygnujemy ze spotkań towarzyskich ani z podróży, niezależnie od wieku naszego dziecka. Nasze mamy nie miały takich luksusów i nie myślały o tym w ten sposób. Trudno mi sobie wyobrazić mamę z niemowlęciem w eleganckiej restauracji w latach 60., a nawet później. Wtedy taki widok byłby sensacją i chyba słusznie.
Jakby ktoś bardzo się nie starał uciec przed tym faktem, podróż z małym dzieckiem na dłuższy dystans to stres zarówno dla niego, jak i dla rodziców. Jeśli chcemy, by wszystkim było wygodnie, musimy się naprawdę wysilić czego wiele osób wcale nie chce robić. Wybierając się na urlop, Polacy wreszcie chcą odsapnąć i zostawiają dzieci samym sobie, przez co są zdani na łaskę otoczenia.
A przecież wszyscy chcą lecieć w komforcie. Nikt nie ma ochoty nawet dwóch godzin siedzieć w hałasie, skoro za bilet zapłacił spore pieniądze, często kilkaset złotych. Pasażerowie krytykują zbyt mały odstęp między fotelami, żeby można było rozprostować nogi a tu na tylnym siedzeniu pięciolatek bawi się fotelem i sprawdza, jak bardzo może go rozhuśtać. Nie przypominam sobie, żebym widziała kogoś, kto reagowałby na to uśmiechem i traktował dziecko jak koziołka.
Wygasająca przedszkolność
Kiedyś chciałam być uprzejma. Kiedy obok mnie usiadła kobieta z dzieckiem, które ledwo skończyło kilka miesięcy, od razu wstrzymałam oddech. Szybko się jednak przekonałam, że tylko na tym się nie skończy. Okazało się, że cała rodzina złożyła się z kilku dzieci! Siedzieli z przodu, za mną i po bokach, otoczyli mnie rzeczami, głośno rozmawiali, wymieniali się butelkami, smoczkami, przewijali dzieci przez oparcia. Brakowało tylko, żebym ja została adoptowana. Bez ogródek powiem: było to nieprzyjemne uczucie. Proszono mnie, żebym trzymała to i tamto bez żadnego proszę, a kilka razy niemal zostałam oblana wrzątkiem z termosu. Super! Uciec w tym momencie można było tylko przez okno.
Innym razem, w pociągu, zobaczyłam coś podobnego. Mama czteroletniej dziewczynki zabawiała ją przez całe 26 godzin jazdy. Kobieta ewidentnie próbowała zrobić wszystko, by córeczka nie przeszkadzała innym. Ale jak to wyszło w rzeczywistości? Cały wagon słyszał: Córeczko, chodź tu, Córeczko, teraz tam, Może popatrzymy przez okno?, Może coś narysujemy?, a potem 40 minut głośnego kolorowania kredkami wszystkich możliwych piesków i kotków. Nie wiem, co gorsze.
Nie dziwię się, że w głowie pojawia się myśl, by dzieci zostawały w domu aż dorosną. Jeśli dziecko jest tak spokojne, że przez trzy godziny cicho koloruje i potem zasypia z głową na niepokolorowanym psie w porządku. Ale czy istnieją takie dzieci?
I nie wspominam nawet o niemowlakach, które płaczą przy starcie, lądowaniu i w każdej innej sytuacji. Dawniej zdarzało się to może raz na cały samolot, dziś czasem trzy albo pięć razy do tego radosne rodzeństwo, które bryka i piszczy w przejściu. Wychodzisz z takiej kabiny mniej więcej w tym samym tempie, z jakim samolot lądował.
Żeby nie było nie jestem zadeklarowaną childfree. Mam za sobą podróże z małym dzieckiem nie powiem, żebym to lubiła. Po prostu nie mam nerwów, żeby obsłużyć dziecko na wakacjach. Zaczęłam zabierać córkę, gdy była tyle duża, że na palcach obu rąk można było jej pokazać i w zasadzie już stanowczo powiedzieć: Siedź tutaj i nie dotykaj niczego. Bez malowania i zabaw po całym przedziale. Większość matek tak jednak nie myśli pakują całą torbę rozwojowych zabawek, biegają za dzieckiem, bo ruch jest ważny dla zdrowia i taki to mamy układ.



