To ci opowiem coś, co usłyszałam kiedyś od mojej koleżanki, która przez wiele lat pracowała jako nauczycielka w podstawówce. To wydarzyło się jeszcze pod koniec lat 80., dokładnie w 1986 roku, w jednej z mniejszych miejscowości na Mazowszu. Sprawa nie wyszła nigdy poza klasę, bo dzieci nic nikomu nie powiedziały, a i rodzice, nawet jeśli się domyślili jak było naprawdę, nie robili żadnych problemów nauczycielce. Zresztą, nikt w sumie nie zgłaszał żadnych pretensji.
Dowiedziałam się o tym dopiero po latach, od samej nauczycielki która, choć to była drobnostka z zewnątrz, całe życie czuła ogromne wyrzuty sumienia i nie mogła się z tym pogodzić. Często do tego wracała w myślach, a od momentu, gdy przyjechała do Płocka, wszystkie te emocje wróciły ze zdwojoną siłą.
W tamtym czasie do szkoły właśnie po studiach pedagogicznych na UW trafiła świeża, młodziutka wychowawczyni, wtedy miała ledwo 22 lata. Mówiła, że czuła się jeszcze dzieciakiem, bez żadnego doświadczenia, jedynie z zapałem, żeby w końcu dostać swój pierwszy klasowy wychowawstwo i pokazać wszystkim i sobie na co ją stać. I powiem ci, szło jej całkiem nieźle, zwłaszcza że dostała grupę całkiem wyselekcjonowaną, bo druga klasa miała wtedy w szkole charakter eksperymentalny.
Większość dzieci była zaangażowana, ambitna, a do tego nie sprawiała większych problemów wychowawczych. Ale jak to zawsze bywa, wśród tych trzydziestu kilku dzieciaków znalazło się kilku, którzy postanowili ją sprawdzić czy się nadaje, czy da sobie z nimi radę. No ale ona nie miała z tym dużego problemu: z częścią dzieci szybko potrafiła nawiązać dialog, zwłaszcza z tymi bardziej krnąbrnymi zainteresowała ich, nawet wciągnęła ich mocniej w życie klasy, nauczyła współdziałać. Ale był wśród nich jeden, który nie dawał jej żadnych szans
Chłopak nazywał się Romek Wiśniewski. Był z niepełnej rodziny, mama ledwo się nim interesowała; miała swoją pracę, obowiązki, a dziecko byle nakarmione, byle ubrane, i już. Więc Romek rósł samopas. Nie dość, że nie miał ochoty z nikim rozmawiać czy się integrować, to jeszcze ewidentnie nie potrafił ani z dorosłymi, ani z dziećmi.
Nauczycielka, powiedzmy że nazywała się pani Jadwiga Zielińska, robiła co mogła, żeby do niego dotrzeć, i na początku nawet wierzyła, że po czasie jej się uda. Ale wszystko na nic. Romek wszystko robił na przekór potrafił cały dzień siedzieć pod ławką i robić do dzieci głupie miny, żeby rozśmieszyć klasę. Był przy tym niesamowicie głośny, rzucał przekleństwami, których nauczył się nie wiadomo gdzie, obrażał kolegów, zwłaszcza dziewczyny, do płaczu, nie bał się postawić każdemu, kto mu zwrócił uwagę. Gdy ktoś coś powiedział, wywracał oczy i zaczynał prowokować: A co mi zrobisz?.
Ale najgorsze było to, że Romek pluł na inne dzieci. Każde z tej klasy choć raz dostało od niego takim obrzydliwym pluciem w twarz albo w plecy, a on przy tym śmiał się i czuł najwyraźniej wielką satysfakcję. Rozmawiała z nim, tłumaczyła, prosiła, groziła nic. Romek tylko się nakręcał, robił to z jeszcze większą frajdą. W końcu pani Jadwiga poszła porozmawiać z jego mamą czego, przy całej swojej zasadzie radzenia sobie sama, unikała jak ognia.
Proszę pani, porozmawia pani z nim, bo mnie już nie słucha. Pluje na wszystkich, kogo popadnie. Czuję, że w końcu we mnie też trafi.
Mama wyniosła rozmowę, a potem jak się szybko okazało lała go czymś po plecach; bo następnego dnia Romek zjawił się w szkole posiniaczony i z nienawiścią w oczach. Tylko, że nie wpłynęło to na niego dobrze tego samego dnia zaczął pluć nie tylko w klasie, ale również na korytarzu, do dzieci z innych klas. Najpierw ukradkiem, potem już otwarcie. Zdawał się czerpać przyjemność z tego, jak koledzy i koleżanki są bezradni czy przerażeni.
Starsze dzieci niejednokrotnie go łapały, trochę tam go przestawiały, ostrzegały, ale puszczały potem wolno. Romek za każdym razem biegł gdzieś na bezpieczną odległość i krzyczał do nich najwulgarniejszymi słowami.
Finał był taki, że raz, wdrapał się na schody i napluł prosto w głowę swojej nauczycielce geografii, pani Halinie którą absolutnie wszyscy w szkole traktowali jak drugą mamę. Nawet nie zorientowała się, co się stało, ale dziesiątka uczniów widziała wszystko i później nie mogąc tego darować tak go przetrzepali, że musiał pójść do szkolnej pielęgniarki. Ta wtedy powiedziała do pani Jadwigi:
Pani Jadwigo, to się kiedyś źle skończy. Musi pani coś z tym zrobić.
Ja już wypróbowałam wszystkich metod, nic nie działa, jest tylko gorzej
Takie dzieci rozumieją wyłącznie ten sam język.
Co mam zrobić? Mam w niego napluć, żeby zrozumiał?
Po tej rozmowie, przez tydzień czy dwa, Romek się nieco przyciszył, ale potem wrócił do starego stylu.
I wtedy wydarzyło się coś, co do dziś, jak opowiada pani Jadwiga, nie daje jej spokoju. W klasie była dziewczynka o imieniu Malwina, miała wtedy urodziny przyniosła wszystkim czekoladki, cały dzień był miły i naprawdę radosny. I akurat wtedy, przy wszystkich, Romek napluł jej prosto w twarz. Dziewczynka natychmiast się rozpłakała, inni popatrzyli na panią Jadwigę, jakby czekając na jej reakcję. A ona po prostu nie wytrzymała.
Kazała Romkowi podejść do tablicy, sama zamknęła od środka drzwi klasy, spojrzała po wszystkich i mówi: Nie wiem, co jeszcze mogę zrobić nikt tu nie chce, żeby ktoś kogoś poniżał, każdy z was czuje się źle, jak Romek pluje. Myślę, że nie rozumie, jak wiele przykrości wam robi, więc może trzeba mu to pokazać. Potem zwróciła się do klasy: Podejdźcie po kolei pozwalam wam każdemu napluć do niego raz. Nie dlatego, że to ładnie. Bo to straszne ale nie znam już innej metody.
Dzieci, choć większość była bardzo zmieszana i niechętna tej sytuacji, rzeczywiście podeszły. Niektórzy robili to od niechcenia, ktoś nawet tylko na niby, ale prawie wszyscy się odwdzięczyli. Słychać było tylko szloch Romka Gdy usiadł później na podłodze pod oknem i schował twarz w rękach nikt nie miał odwagi nic powiedzieć.
A pani Jadwiga tylko powiedziała: Jest mi wstyd. Zapamiętajcie ten dzień. Tak nigdy nie wolno traktować innych, nawet jeśli was strasznie denerwują. Potem wyszła i zostawiła drzwi otwarte, Romek wybiegł, dzieci w ciszy wróciły do swoich ławek.
Romek do końca dnia nie wrócił do szkoły. Nie było go i nazajutrz. Pani Jadwiga zebrała się w sobie i poszła do niego do domu. Jego mama nawet nie wiedziała, co się wydarzyło. Powiedziała tylko, że chłopiec leży w łóżku i płacze cały czas, do szkoły iść nie chce.
Weszła do pokoju Romka, a ten schował się pod kołdrą. Usiadła obok i powiedziała: Wiem, że jest ci bardzo przykro, boisz się, że wszyscy będą się śmiać. Ale dasz radę, jesteś dzielny. Może nawet lepiej byłoby przenieść cię do innej klasy, jeśli tak bardzo się wstydzisz?. Na co on wyskoczył spod kołdry i krzyknął: Już nigdy nie będę pluł! Tylko nie przenoście mnie!
Odetchnęła z ulgą, pogłaskała go po głowie i powiedziała: No to do jutra!. Następnego dnia Romek przyszedł do szkoły. Dzieci zachowywały się tak, jakby nic się nie wydarzyło, wszyscy udawali, że nie pamiętają.
I powiem ci, od tego czasu nikt już w tej klasie nie pluł. Co więcej, w późniejszych latach wszyscy mówili, że ten rocznik był wyjątkowo zgrany i solidarny. Nawet nauczyciele żartowali, że coś musiało ich połączyć jakąś tajemnicą.
Pani Jadwiga, po skończonym wychowawstwie, przeprowadziła się do innego miasta i już nigdy nie wróciła do tej szkoły. Ale wiele lat nie mogła przestać o tym myśleć bała się, że popełniła straszną głupotę i zaszkodziła dzieciom. W końcu namówiłam ją, żeby poszukała informacji o Romku. Okazało się, że gdy był już w szóstej klasie, jego mama wyszła za mąż za oficera rezerwy, który postawił na wychowanie chłopca i zapisał go do liceum o profilu wojskowym.
Dziś Romek, około pięćdziesiątki, jest oficerem i utrzymuje kontakt z dawnymi kolegami z klasy. Czasem nawet wpada do rodzinnego miasta. A co ciekawe, podczas spotkań klasowych nikt już nigdy nie wspomina tej historii nawet ze śmiechem. Chyba naprawdę zostawili to za sobą i nie chcą do tego wracaćI właśnie to może najbardziej zdumiewające zrozumiała pani Jadwiga dopiero po latach: nawet jeśli przez chwilę uwierzyła, że jeden błąd przekreślił wszystko, to tak naprawdę tamten dzień, bolesny i zawstydzający dla wszystkich, stał się początkiem czegoś zupełnie nowego. Z małych, pełnych strachu i wątpliwości dzieci wyrosli ludzie, którzy już nigdy nie pozwolili, by ktoś czuł się gorszy. Czasem największa tajemnica klasy to nie wybryk, lecz cicha zgoda, by nigdy nikogo więcej świadomie nie ranić.
A jeśli dziś Romek przechodzi ulicą przez dawne miasteczko, uśmiecha się do dzieci biegających pod szkołą, dobrze wie, że pewnych rzeczy nie można cofnąć ale można je przemienić w coś dobrego.
Bo w końcu nie o to chodzi, by nigdy nie popełnić błędu. Chodzi o to, by nigdy nie stracić odwagi, żeby potem spróbować naprawić go najlepiej, jak się potrafi.


