Gdy Jacek wszedł do biura, poczuł dziwne poruszenie. Pracownicy świętowali coś, a w powietrzu unosił się zapach pączków z nadzieniem róży i szeptanie, które brzmiało jak zaklęcia z dzieciństwa. Czy dziś jest jakieś święto?, pomyślał Jacek, stojąc niepewnie przy drzwiach. Tak, cieszymy się, bo żona Marka w końcu jest w ciąży, odparł jeden z kolegów, z twarzą rozświetloną, jakby właśnie spotkał świętego.
Wszyscy wokół śmiali się i wrzucali do puszki kilka złotych, bo każda radość wymaga ofiary na dobry los. Nagle podszedł do niego pan Wojciech, który zawsze miał ręce pachnące kawą, i powiedział: Jesteś pierwszym facetem, który celebruje ciążę żony. Z reguły świętuje się dopiero narodziny dziecka. Jesteś naprawdę wyjątkowy! Ale pamiętaj, od dziś wszyscy będą cię raczyć poradami i strasznymi opowieściami o ojcostwie, jakby to była noc świętojańska. Masz pojęcie, co cię czeka? Jacek patrzył zdezorientowany, jakby zgubił drogę do własnej szafy.
Wojciech pokiwał głową, patrząc przez okno, jakby tam czaiły się przyszłe kłopoty. Przez dziewięć miesięcy będziesz spełniał każdą zachciankę żony, nawet jeśli będzie chciała pierogi z jagodami o drugiej w nocy. Moja nigdy nie pozwoliła mi odpocząć, gdy urodził się nasz pierwszy syn! Żona bombardowała mnie listą rzeczy do załatwienia, a potem okazało się, że nie jestem już takim zadowolonym człowiekiem. Ile masz dzieci i ile mają lat? zapytał inny, którego twarz przypominała wiosenne burze. Wojciech zamyślił się nad kubkiem herbaty. Dwójka, ale zapomniałem, jakie są stare. Córka chyba siedem… albo sześć lat. Jacek milczał, jakby wpadł w studnię ciszy.
Po pracy Jacek wrócił do mieszkania, które pachniało tymiankiem i cytryną. Przytulił swą ukochaną żonę, Zuzannę, której imię brzmiało jak łagodny, czerwcowy wiatr. Dobrze, że nie powiedzieli ci w biurze, że musisz urodzić za trzy dni. Oni wciąż sądzą, że masz dziewięć miesięcy. Nie będziesz mógł się powstrzymać, żeby im nie powiedzieć, zaśmiała się Zuzanna, a jej śmiech dźwięczał jak kryształowe kieliszki. Postaram się nie zdradzić tajemnicy, odrzekł Jacek z figlarnym uśmiechem.
Wkrótce potem ich świat pofrunął jak naiwne słowo Zuzanna urodziła zdrowego chłopca. Dali mu na imię Maksymilian, żeby miał siłę do stawiania czoła śniegom i wiatrom. Jacek wziął urlop, by pomóc rodzinie, choć w snach wracał do biura, które zamieniało się w ogród pełen lewitujących krzeseł. Wciąż spieszył się do domu, a koledzy, z głowami jak dynie, nie rozumieli, czemu tak pędzi. Ale dla Jacka rodzina była zawsze światłem w tunelu, nawet gdy noce były długie jak zimowy wiatr.



