„Zamieszkamy u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy pieniędzy na wynajęcie mieszkania!” – powiedziała m…

Zosiu, zatrzymamy się u ciebie na trochę, bo nie mamy ani grosza na wynajem! oświadczyła mi moja przyjaciółka.

Jestem typową, energiczną seniorką z Warszawy. Choć do siedemdziesiątki już niewiele mi brakuje, to wciąż buszuję po Polsce, odwiedzam znajomych, łapię życie pełnymi garściami i nie daję się nudzie. Wspomnienia młodości traktuję z mieszaniną sentymentalizmu i lekkiego rozbawienia no bo kiedyś to wystarczył banknot dziesięciozłotowy, żeby rzucić się na wagary do Trójmiasta czy na biwak do Białowieży. Można było z koleżankami jechać pociągiem na Hel albo rejsować kajakiem po Mazurach za pół darmo. Teraz? Ho, ho, nawet pierogów od pani Halinki nie dostanie się za mniej niż pięć złotych.

Życie się zmieniło. Ale jedno pozostało niezmienne: zawsze uwielbiałam poznawać ludzi. Plaża, teatr, kiosk z gazetami wszędzie nawiązywałam znajomości, które potem ciągnęły się przez lata. I właśnie tak, na wakacjach w Zakopanem, poznałam Sabrinę. Mieszkałyśmy w tym samym pensjonacie z widokiem na Giewont. Zżyłyśmy się jak siostry, a potem przez lata pisałyśmy do siebie listy pachnące herbatą. (To był ten czar czasów, kiedy list wysłany z Poznania zaginął na dwa tygodnie w sortowni.)

Aż tu pewnego dnia tradycyjnie, u nas w domu pojawia się telegram, niepodpisany, na fioletowym blankiecie z napisem: Pociąg przybywa o trzeciej nad ranem. Spotkaj się ze mną!. No wyobrażacie sobie trzecia w nocy, mróz (bo akurat styczeń), tramwaje nie jeżdżą…

Wyjaśniłam mężowi, że to pewnie jakaś pomyłka, więc oczywiście nigdzie nie pojechaliśmy. O czwartej rano dzwonek do drzwi. Otwieram, a tam cała Sabrinowa rodzina: ona, dwie nastoletnie Zosie (imiona po prababci), babcia Józefa i mąż Wacław. Do tego walizki, kartony, pudło z kotem i worek ziemniaków. Staliśmy z Januszem jak wryci, bo śpiący, a tu delegacja rozkręca się w przedpokoju. Sabrina triumfuje:

Czemu się z nami nie spotkałaś? Przecież wysłałam telegram, to się liczy!
Sabrino, ale przecież nie wiedziałam, od kogo to broniłam się nieporadnie.
Dałaś mi swój adres no to jestem!
Myślałam, że zostajemy przy listach!

No i dowiedziałam się, że jedna z Zosi właśnie zdała maturę w Toruniu i wybrała się na studia do Warszawy. Cała rodzina ruszyła z nią na wsparcie typowa akcja w stylu szlachta na zagrodzie równi wojewodzie.

U ciebie będziemy mieszkać! Na hotel ani stancję nie mamy złotówki!

Zatkało mnie na amen. Przecież my nie jesteśmy rodziną, a tu trzeba wyżywić całą kompanię! Przywieźli kaszankę i ogórki, ale nikt nic nie gotował. Jedli to, co my, a ja pół dnia spędzałam w kuchni jako kelnerka z sercem na dłoni. Mój mąż Janusz już szeptał, że chyba czas na rewolucję…

Po trzech dniach nie wytrzymałam. Uprzejmie poprosiłam Sabrinę z załogą, żeby jednak znaleźli sobie inny kąt do spania. Byłam gotowa dorzucić im pięćdziesiąt złotych na bilet PKP! Zrobiło się nerwowo. Sabrina zaczęła rzucać talerzami i wyć, jakby Wawel miał zaraz runąć.

Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Przy pakowaniu zabrali mój szlafrok, trzy ręczniki i niewiarygodne! mój największy garnek do bigosu. Do dziś nie wiem, jak go wynieśli, ale po prostu zniknął jak złamanie serca na końcu lata.

Tak oto zakończyła się nasza spektakularna przyjaźń. I dobrze! Od tej pory na wszelki wypadek sprawdzam trzy razy, czy ktoś przypadkiem nie zna mojej ulicy. Bo w Polsce każdy znajomy może kiedyś stanąć z walizką pod drzwiami!

Rate article
Fajna Tajna
„Zamieszkamy u ciebie na jakiś czas, bo nie mamy pieniędzy na wynajęcie mieszkania!” – powiedziała m…