A gdzie położyłeś serwetki? Przecież prosiłam, żebyś wyjął te z srebrnym wzorem, do obrusa lepiej pasują mruczała Mariola, ledwo zerkając znad deski do krojenia, gdzie cięła cytrynę na niemal przezroczyste plasterki.
Jej mąż Wojtek o tej porze zwykle już siedziałby na kanapie i z wypiekami oglądał występ Maryli Rodowicz, ale dziś jak na złość się nie pojawiał. Mariola rzucała uwagi w powietrze w pustej, lśniącej kuchni, której zapach soczystej kaczki z antonówką, pieczonej według rodzinnej tradycji od czasów przedsłowiańskich, krążył już w powietrzu. Do wybicia północy zostały niecałe trzy godziny, a w całym mieszkaniu pachniało świętem i czekało się na cud tak jak zawsze, nawet po pięćdziesiątce.
Wytrarła dłonie w ręcznik i zerknęła na zegarek Wojtek zawieruszył się. Mówił, że tylko skoczy do biura po jej prezent i zmył się bez śladu. Miękko się uśmiechnęła. No ciekawe, co wymyślił. Srebrne gody, ćwierć wieku razem jak papużki nierozłączki, a dziś wreszcie miało być kameralnie, bez gwaru, dzieci już lata temu rozleciały się po świecie.
W końcu coś zaskrzypiało w zamku. Mariola poprawiła trwałą, zerwała fartuch, odsłaniając odświętną aksamitną sukienkę i pobiegła do przedpokoju.
No gdzie cię wcięło, Wojtusiu? Kaczka się…
Urwała, bo w drzwiach stał nie sam, lecz z towarzystwem. Obok niego, szczotkując śnieg z drogiego futra, dreptała w miejscu młoda kobieta z rozwianą rudą czupryną, ustami w czerwonej szmince i torbą mandarynek pod pachą. Wojtek z miną na psa winnego, choć prężąc się jak paw, ściskał butelkę szampana.
Mariolka, mamy gości! Wykrzyknął, za głośno jak na ich polskie standardy. Poznaj, to Aurelia. Aurelia Jarocka, nasza nowa główna księgowa.
W Marioli wszystko zamarło. Mierzyła wzrokiem raz męża, raz Aurelię.
Dobry wieczór wymusiła na sobie. My… myśmy kogoś zapowiadali?
Aurelia nawet nie mrugnęła, podała jej rękę w rękawiczce z cienkiej skóry:
O, dzień dobry, Mariolu! Taka sytuacja, wie pani, jak z Barei! Wojtuś… to znaczy pan Wojciech naprawdę wybawił mnie z opresji. Jestem mu tak wdzięczna, tak strasznie wdzięczna, że…
Wojtek szybko sznurował buty, jakby chciał zapaść się pod ziemię.
Mariolka, taka historia! Pojechałem do biura, a tam Aurelia siedzi i wyje. Wiesz, co się stało? Zalali jej mieszkanie, wywaliło korki, zimno jak w listopadzie w Radomiu, hydraulik przyjdzie dopiero czwartego stycznia. I co ona miała zrobić w sylwestra? Na dworcu nocować? Rodziny nie ma, sama jak palec. Więc mówię: “Aurelia, jedziesz do nas! U Marioli stołu nie złamiesz, a ona złota kobieta nie wyrzuci człowieka na bruk”.
Mariola słuchała tego bełkotu i czuła, jak jej ciepły świat pęka jak wazon podłej roboty. Dwadzieścia pięć lat romantycznych wieczorów i świeczek a tu nagle urocza dziewoja w futrze.
No skoro już przyszliście, to wejdźcie rzuciła oschle. Głos miała nie swój, twardy jak karp niedogotowany.
Aurelia przetoczyła się przez korytarz niczym kometa, rozsiewając zapach Chanel N°5 tak ostry, że zagłuszył kaczkę z jabłkami i jakiekolwiek świąteczne nuty.
O jejku, jak tu u pani przytulnie! wtargnęła, rozglądając się bez najmniejszych zahamowań. Taki… PRL-owski szyk. Babcia miała podobny kredens! Tak swojsko, jak w muzeum minionej epoki, nie?
Mariola zagryzła zęby. Kredens sprowadzony z Włoch, dąb, pięć lat temu płaciła za niego jak za zboże. Mówić tego Aurelii nie zamierzała.
Wojtek, pomóż rozebrać gościowi futerko rzuciła i czmychnęła do kuchni złapać powietrze. Trzęsły jej się dłonie.
Wojtek dołączył sekundę później, z miną kota, który zjadł kanarka.
Mariolka, no co się tak od razu wściekasz? Przecież dziewczynie nie ma dokąd pójść. No nie bądź taka; święta są, trzeba dobrze czynić. Zje z nami, wypije, potem wezwę jej taksówkę. Ewentualnie, rozkładamy wersalkę w salonie…
Na wersalce?! odwróciła się z połyskującą w ręce chochlą. Wojtek, ty się masz dobrze?! Miało być we dwoje, a ty zaciągasz obcą babę do naszego domu, a ona obraża moje meble od progu. Jaki muzeum?
To przecież młoda dziewczyna, ona po prostu taka bezpośrednia próbował łagodzić. Nie rób mi siary przed koleżanką. Powie potem w pracy, że ją wygoniłem. A jeszcze muszę z nią pracować przecież.
Mariola patrzyła na męża i nie poznawała faceta, z którym budowała dom i życie. Ten stał tu teraz jak przerośnięty podrywacz i łasił się do młodziutkiej koleżanki żoną.
Dobra beznamiętnie rzuciła. Skoro już wetknąłeś mi ją pod nos, niech siedzi. Ale jeszcze jeden numer i…
Nie będzie, obiecuję! rozpromienił się Wojtek i próbował przytulać, ale Mariola go zgasiła wzrokiem.
Idź, baw swoją spontaniczność. Trzeci talerz muszę dołożyć.
Kolacja zaczęła się w atmosferze, którą nawet śledź pod pierzynką nie był w stanie zneutralizować. Aurelia prężyła się przy stole w kusej sukience z dekoltem po pas, który gryzł się ze skromnymi świątecznymi nastrojami. Bezczelnie obracała kieliszkiem jak celebrytka z telewizji.
Wojteczku, to może już otwórzmy szampana, co? Pożegnać stary rok i w ogóle zalotnie spoglądała w oczy Wojtekowi bo tak mi się pić chce, że aż słabo…
Wojteczku… Mariola prawie upuściła salaterkę. Postawiła śledzia na stół z takim hukiem, jakby grała w polską wersję jengi.
U nas otwieramy szampana w sylwestra o północy odparła z lodem w głosie. Do tej pory proszę, domowy kompot żurawinowy.
Aurelia skrzywiła się jak po spirytusie.
Kompot? No uroczo. Ale ja nie słodkie, sylwetki muszę pilnować. Macie może brut? Półsłodkie podobno pije się w remizach…
Wojtek poderwał się chętnie.
To może koniaczek? Mam w barku dobry. Co ty na to, Aurelka?
Może kropelkę. Na rozgrzewkę, bo chłodno u was, pewnie na ogrzewaniu oszczędzacie?
Mariola klapnęła naprzeciw tego teatru. Sama czuła się nieproszonym gościem przy własnym stole. Wojtek mizdrzył się jak paw, podkreślał, dowcipkował, sypał sucharami rodem z Kabaretu Starszych Panów, a Aurelia zanosiła się śmiechem, że aż śledzie się przewracały na półmisku.
A pani, pani Mariolu, pracuje gdzieś? zagaiła nagle Aurelia, odkładając grzankę, na której lśnił ślad szminki.
Pracuję. Jestem główną technolożką w fabryce słodyczy.
Serio? Aurelia uniosła swoje doczepione brwi. A wygląda pani taka… domowa. No wie pani te panie, co całe życie gotują zupki i czekają aż mąż wróci z roboty. Wojtek pisał to znaczy mówił, że pani ma złote ręce. A że czasem mu w domu rozmów brakuje, bo rutyna zjada, ale za to placki palce lizać.
Zamarło wszystko. Jedynym dźwiękiem było tykanie zegara i tupot myśli w głowie Marioli. Wojtek mało się nie zakrztusił.
Ja tak nie mówiłem! wybełkotał konwulsyjnie, oklepując się po piersi. Aurelia, coś ci się pomyliło…
Mariola spokojnie odłożyła widelec na stół. Nici wytrzymałości pękły z hukiem.
Opowiadaj, Aurelio, co jeszcze Wojtek o mnie mówił? Jestem ciekawa. Bardzo.
Aurelia próbowała ratować sytuację, ale tylko dolała oliwy do ognia.
Niech się pani nie gniewa! Mężczyźni tak mają, wieczni chłopcy, zawsze im mało emocji. Wojtek na firmowej wigilii dopiero się wykręcił! Tańczyliśmy nawet lambadę, cały dział klaskał. Śmiał, że żona nie chce tańczyć, bo nogi bolą.
Mariola spojrzała na własne stopy pod stołem. Bolały nie z tańców, tylko od trzynastu godzin stania przy garach, żeby Wojtek miał tę cholerą kolację.
Wojtek siedział już blady jak papier. Kapitulacja wisiała w powietrzu.
Może wypijmy! Za pokój na świecie? wyrzucił z siebie.
Powoli Mariola nie odrywała oczu od Aurelii. Z tymi rurami to jaka historia, Aurelio?
Z rurami? Aurelia się zacięła. Ach tak, rura pękła, gejzer wrzątku! Chciałam się zapaść pod ziemię. Dzwonię do Wojtka, bo on taki niezawodny. Nie to, co mój eks…
Ciekawe zamyśliła się Mariola. Na dworze minus piętnaście. Po powodzi i wyłączeniu prądu miałaby pani fryzurę jak mop, a pachniałaby pani wilgocią i klęską, nie perfumerią. A tu salon kosmetyczny i zapędy na czyjegoś męża.
Aurelia aż poczerwieniała.
Jak pani śmie?! Jestem gościem! Wojtek, zrób coś!
Wojtek przykleił się do oparcia krzesła.
Może się przebrała…
Cicho, Wojtek szepnęła Mariola, wstając. Ćwierć wieku miałam głowę jak struś w piasku na twoje niewinne wyskoki. Myślałam, że rodzina jest dla ciebie święta. A ja tu kucharka, co nie ma o czym rozmawiać.
Odsłoniła firankę, za szybą jakiś sąsiad odpalał petardy.
Skończyłam być dekoracją. Pani Aurelio, proszę zebrać swoje mandarynki i wypad.
Aurelia chciała protestować, ale Mariola patrzyła na nią jak celniczka na przemytnika. Odpuściła.
Wojtek! Nie pozwolisz, żeby mnie wygnano w sylwestra? jęknęła jeszcze i wybiegła, z hukiem zatrzaskując drzwi.
Wojtek stracił resztki godności.
Mariola! Opanuj się, to też mój dom! Zaprosiłem gościa, Aurelia zostaje. Będziemy świętować po ludzku, nie jak…
Jak? Mariola pomogła.
Jak harpia! wyrzucił.
Mariola spokojnie wyjęła spod kredensu podróżną torbę, wywaliła z niej prezenty dla wnuków.
Twój dom, tak? To się pakuj. Bo niestety, mieszkanie po moich rodzicach, jesteś tu tylko na zameldowaniu. Jutro idę do sądu, dalsze tłumaczenia u dzieci. A teraz, kochaniutki, wynocha.
Że co?! No weź się uspokój, Mariola! Przepraszam, odbiło mi, ale Aurelia to tylko koleżanka, serio! Niech idzie, my zostańmy…
Jednak Mariola patrzyła już na niego jak na obcego. Był gotów przed chwilą walczyć o nową przyjaźń, gdy tylko zapachniało awanturą zmienił front jak chorągiewka.
Nie, Wojtek. Sałatka jarzynowa już się zepsuła. Jak uczucia. Zbieraj manatki. Masz pięć minut.
Aurelia już nie próbowała nic wyjaśniać. Zabrała swój futrzany ogonek i zamknęła za sobą drzwi. Zapach Chanel został z Mariolą jak niemy wyrzut sumienia.
Wojtek został z pustą torbą.
Mariolka… ona już wyszła. Zostańmy. Kaczka stygnie…
Mariola sięgnęła po blaszkę z kaczką. Zapach jabłek i cynamonu teraz powodował mdłości.
Zostańmy? Wprowadziłeś tu swoją kochankę w naszą rocznicę. Żaliłeś się jej na mnie. Pozwoliłeś, by mnie obrażała we własnej kuchni.
Złapała ceramiczne naczynie.
Wojtek, idź. Możemy zadzwonić po policję, powiem, że pijany, że się awanturujesz. I kto, myślisz, mi nie uwierzy?
Wojtek po raz pierwszy zobaczył w tej domowej kobiecie siłę, jakiej nie podejrzewał.
Spakował się, szurając butami, z mankietem zwisającym z torby.
Pożałujesz! rzucił z progu, tonem urażonego podlotka. Zostaniesz sama! Komu ty potrzebna po pięćdziesiątce?!
Sobie odpowiedziała, zatrzaskując zamek. Dwa obroty.
Nastała cisza, cudowna, jak po deszczu. Mariola osunęła się pod drzwiami. Myślała, że będzie płakać, ale nie poleciała ani jedna łza. Poczuła się lekko, jakby z mieszkania ktoś wreszcie wyniósł meblościankę z lat 80.
Odsapnęła. Wróciła do kuchni. Trzy nakrycia, sałatki, kaczka, śledzie, a wszystko wyglądało teraz trochę jak u Reymonta na balu, którego nie będzie.
Złapała talerzyk Aurelii, z niedojedzoną kanapką i śladem szminki, i cisnęła do kubła. Ślicznie rozprysła się porcelana.
Potem talerz Wojtka. ŁUP.
Zostawiła tylko swoją ukochaną, złoconą porcelanę. Nalała sobie kieliszek zimnego szampana.
Właśnie prezydent zaczynał przemówienie w telewizji, a zegar wybijał ostatnie sekundy. Rok, który zabrał jej złudzenia, oddał samą siebie.
Szczęśliwego Nowego Roku, Mariola powiedziała do odbicia w oknie.
Odkroiła sobie chrupiącą kaczą nóżkę i czubatą porcję sałatki jarzynowej, wybornie przegryzionej.
Zabrzęczał telefon. Eska od córki, Jagody: Mamusiu, wszystkiego najlepszego! Wkrótce przyjedziemy z wnukami!
Mariola się uśmiechnęła. Prawdziwe życie jest to siedzi w domu, w dzieciach, wnukach, pracy. A to, co się urwało… No cóż, było po prostu zepsute.
Wypiła toast. Bąbelki zakręciły w nosie. Po raz pierwszy od lat nic nie serwowała, nikogo nie doglądała. Tylko smakowała chwili.
Za ścianą wrzaski i petardy sąsiadów. Polska świętowała. I Mariola też. Swoją wolność.
Godzinę później spakowała jedzenie w pojemniki. Rano odrysuje je pani Zosi z klatki i panu Marianowi, co dba o ogród. No, a kaczkę… kaczkę zje sama. Zasłużyła.
Wieczorem przed lustrem zmyła makijaż. Spojrzała na siebie piękna, zadbana kobieta, może i trochę smutna, ale w oczach nowa iskra. Wcale nie ciotka-klotka.
Mówił, że mu emocji brakowało zaśmiała się do siebie. No to teraz będzie miał przygód po sufit. Szukaj mieszkania, tłumacz się dzieciom.
Zajęła w końcu całą szerokość łóżka, wyciągnęła się jak rozgwiazda. Pościel pachniała lawendą.
Rano obudziła ją jasność. I pierwsza myśl: A może dziś pójdę na kawę i sernik do tej nowej cukierni?. I to była dobra myśl.
Co będzie dalej? Będzie rozwód, podziały, pewnie trochę szarpania. Ale o tym później. Dziś był dzień Marioli. Cisza, pyszności i wewnętrzny spokój. I nikt już nie nazwie jej życia muzeum.
Podobała się Wam historia? Zostawcie lajka i napiszcie, jak Wy byście zareagowali na miejscu Marioli!



