Mamo, a Misia znowu pogryzła mi kredkę!
Zosia wbiegła do kuchni z obgryzioną kredką w dłoni, a za nią podążał skruszony labrador, machając energicznie ogonem. Joanna oderwała się od garnka, gdzie jednocześnie pyrkotała zupa i skwierczały kotlety, wzdychając ciężko. Trzecia kredka dziś.
Wyrzuć do kosza i weź nową z szuflady. Kuba, odrobiłeś już matematykę?
Prawie! dochodziło z pokoju dziecięcego.
Prawie w wersji dwunastoletniego syna oznaczało, że gapi się w telefon, a zeszyt leży nietknięty. Joanna doskonale to wiedziała, ale teraz musiała przekręcić kotlety, zamieszać zupę, złapać czteroletniego Antka, który pełzł w stronę miski psa i jeszcze pamiętać o praniu, które właśnie skończyła pralka.
…Trzydzieści dwa lata. Trójka dzieci. Jeden mąż. Jedna teściowa. Jeden labrador. No i ona jedyny trybik napędzający tę cały rodzinny mechanizm.
Joanna rzadko chorowała. Nie dlatego, że miała końskie zdrowie po prostu nie miała takiej możliwości. Kto nakarmi rodzinę? Kto szykuje dzieci do szkoły i przedszkola? Kto wyprowadzi Misię na spacer? Odpowiedź była jedna nikt.
Asiu, niedługo będzie kolacja?
Pani Janina, osiemdziesięciopięcioletnia mama męża, pojawiła się w progu, opierając się na swojej ukochanej lasce. Umysł ostry, apetyt znakomity.
W te pięć lat wspólnego mieszkania Joanna mogła policzyć na palcach jednej ręki momenty, gdy starsza pani zrobiła coś pożytecznego w domu.
Za dziesięć minut, pani Janino.
Babcia przytaknęła zadowolona i poczłapała do salonu. Czasem, bardzo rzadko, czytała Antkowi bajki przed snem. O kurce Złotopiórce albo O zbóju Madeju repertuar niewielki, lecz Antek słuchał jak zaczarowany. Poza tym Janina przesiadywała u siebie, oglądała telenowele i czekała na kolejne posiłki.
…Zegar na ścianie pokazywał wpół do szóstej, kiedy w zamku przekręcił się klucz. Marek wszedł do mieszkania z miną człowieka, który właśnie przebiegł maraton.
Kolacja gotowa?
Nawet nie powiedział cześć. Joanna wskazała na zastawiony stół. Mąż poszedł umyć ręce, usiadł, włączył telewizor pilot wręcz zrósł się z jego dłoni.
Dziś Zosia dostała szóstkę z czytania spróbowała zacząć rozmowę Joanna.
Mhm.
Kuba potrzebuje pomocy przy projekcie z przyrody.
Mhm.
Mhm to był szczyt możliwości. Po kolacji Marek wędrował na kanapę. Jego dzień pracy się skończył. Misja wykonana. Przyniósł pieniądze do domu reszta go nie interesowała.
Późnym wieczorem, kiedy dzieci spały, Joanna siadała z laptopem. Zdalna praca w sklepie internetowym realizacja zamówień, odpowiadanie klientom, organizowanie wysyłek. Szału nie było, ale były to jej własne pieniądze. Do tego jeszcze wynajem mieszkania, które udawało jej się wynajmować już czwarty rok.
Trzeba by się wyprowadzić przemknęło jej po głowie. Zaraz jednak znane wymówki: Kuba chodzi do dobrej szkoły, Zosia przywykła do przedszkola, strata z wynajmu Joanna zamknęła laptopa. Jutro. Wszystko jutro.
Grudzień przyniósł nie tylko przedświąteczną gorączkę, ale też grypę. Temperatura w moment podskoczyła do trzydziestu dziewięciu. Całe ciało bolało, gardło paliło jak ogień, głowa pękała. Joanna z trudem dotarła do łóżka.
Mamo, jesteś chora skonstatował Kuba, zaglądając do sypialni.
Za nim pojawił się Marek w jego oczach można było dostrzec coś jakby niepokój, ale na pewno nie zmartwienie o żonę.
Tylko nie zaraz babci. W tym wieku grypa jest groźna.
Joanna zamknęła oczy. Oczywiście. Babcia. Jak mogła zapomnieć o najważniejszej osobie.
Kolejne trzy dni zlały się w jedną, gorączkową breję. Pot, mokra poduszka, spękane usta. Przez te dni nikt ani mąż, ani dzieci, ani babcia nie przyniósł jej szklanki wody. Czajnik stał w kuchni, a te dziesięć kroków Joanna robiła sama, trzymając się ścian.
Wszyscy martwili się tylko o babcię. Nie idź tam, mama chora. Załóż maseczkę przy przechodzeniu obok sypialni. Może śpi w innym pokoju?
Joanna była w swoim domu zagrożeniem, od którego trzeba chronić ważnych domowników.
Po tygodniu przyszła kolej na innych. Najpierw Antek smarkaty, rozpalony, kapryśny. Potem Zosia. W końcu Marek teatralnie rozłożył się w łóżku z temperaturą trzydzieści siedem i dwa. Najdłużej i najgłośniej chorowała babcia.
Joanna, ledwo na nogach, wstała bulion, termometr, apteka, sprzątanie, pranie. Te same trasy, tylko na miękkich nogach.
Marek, przejmij na godzinę Antka. Muszę skoczyć do apteki.
Mąż przewrócił oczami, ale się zgodził. Po równiutko sześćdziesięciu minutach Joanna mierzyła czas wniósł syna z powrotem do jej sypialni.
Jestem padnięty. Ja też mam temperaturę.
Trzydzieści sześć i osiem. Joanna sprawdzała.
Wiosna wcale nie była lepsza. Nowy wirus, nowe przeziębienia, kolejne nieprzespane noce. Antek marudził, Zosia wybrzydzała przy lekarstwach, babcia miała specjalne zachcianki jedzeniowe. A wśród nich całkiem zdrowy Marek.
Marek, pomóż z dziećmi.
Asia, ostatnio pomagałem, bo były wolne. Teraz pracuję jestem zmęczony po całym dniu.
Wzruszył ramionami. Żadnych innych wyjaśnień nie było trzeba. Wieczorami siadał do stołu, czekał na kolację. Chore dzieci, zmęczona żona, bałagan nie jego problem.
Któregoś wieczoru, kiedy Antek w końcu zasnął, a starszaki odrabiały lekcje, Joanna podeszła do męża. Z telewizora sączył się mecz.
Dlaczego mi nigdy nie pomagasz? Nigdy…
Marek nawet nie spojrzał. Po prostu podgłośnił mecz. Joanna stała jeszcze chwilę, patrząc na jego kark. Stało się wszystko jasne bez słów.
Następnego dnia sięgnęła po wielkie torby. Dziecięce rzeczy, zabawki, dokumenty. Kuba stanął w drzwiach i zapytał:
Mamo, jedziemy gdzieś?
Do babci Ireny.
Na długo?
Zobaczymy.
Zosia aż podskoczyła z radości babcia Irena zawsze piekła jej ulubione rogaliki. Antek wciągnął pod pachę pluszowego zająca i pobiegł do drzwi.
W ostatniej chwili Joanna przypomniała sobie o jeszcze jednym domowniku Misi. Ona też idzie z nimi.
Marek leżał na kanapie. Torby, ubrani dzieci w kurtkach nawet to nie oderwało go od ekranu. Kiedy Joanna zamknęła za sobą drzwi, pewnie po prostu przełączył kanał.
Irena, matka Joanny, przyjęła córkę i wnuki bez słów. Nakarmiła, przytuliła. 58 lat, nauczycielka z trzydziestoletnim stażem rozumiała wszystko bez wyjaśnień.
Zostań tyle, ile trzeba.
Telefon zaczął dzwonić trzeciego dnia. Marek.
Asia, wracajcie. Tu syf, nic do jedzenia, babcia czegoś ciągle chce.
Ani słowa tęsknię. Ani źle mi bez was. Tylko prozaiczne niedogodności go gryzą.
A wiesz, Marek, tobie nie żona jest potrzebna, tylko gospodyni.
Co ty wygadujesz…
Powiedz mi choć raz, że tęsknisz za dziećmi?
Cisza. Długa, wymowna.
Przecież przynoszę do domu pieniądze wydukał wreszcie. Czego ci jeszcze potrzeba?
Joanna się rozłączyła. Wszystko było jasne i poczuła dziwną ulgę.
Po dwóch tygodniach z mieszkania wynieśli się lokatorzy. Przeprowadzka zajęła jeden dzień. Nowa szkoła dla Kuby, nowe przedszkole dla Zosi wszystko okazało się prostsze, niż jej się wydawało.
…Ostatnia rozmowa była naprawdę ostatnią. Wszystkie trzymane w środku żale, wszystkie przemilczane słowa, kolejne noce spędzone samotnie przy chorych dzieciach wreszcie wybuchły.
Dwanaście lat byłam twoją darmową służącą! krzyczała do telefonu. Ani razu nie zapytałeś, jak się czuję! Jak naprawdę żyję! Mam dosyć!
Zablokowała numer. Złożyła pozew o rozwód.
Rozprawa trwała dwadzieścia minut. Marek nie dyskutował. Podpisał oświadczenie o alimentach, skinął sędzi i wyszedł. Może coś pojął choć raczej po prostu miał już dość.
Wieczorem Joanna siedziała w kuchni swojego odnowionego starego mieszkania. Kuba czytał w swoim pokoju. Zosia rysowała, koncentrując się tak, że aż wystawiła język. Antek układał klocki na dywanie.
Cicho. Spokojnie. Misia leżała u jej nóg, z łbem na łapach.
Trzeba dalej gotować, sprzątać, pracować wieczorami. Ale teraz tylko dla tych, którzy naprawdę są dla niej rodziną. I zadba, żeby dzieci nie wyrosły na takich jak ojciec.
Mamo Zosia podniosła głowę znad kartki teraz częściej się uśmiechasz.
Joanna uśmiechnęła się znów. Zosia miała rację.



