Wiera nie spuszcza wzroku z napisu Sala operacyjna. Litery rozmywają się w oczach od długiego czekania, serce wali jak oszalałe. Wiera bez przerwy obraca w dłoniach ulubiony samochodzik Tomusia, swojego czteroletniego synka: plastikowy czerwony traktor z łyżką. Tomek na początku marzył o niebieskim traktorze, jak w bajce, ale z czasem całym swoim pokaleczonym sercem pokochał właśnie tę zabawkę, którą dostał od ukochanego taty.
W końcu za matowymi szybami pojawia się męska sylwetka, drzwi się otwierają i w korytarzu ukazuje się zmęczony lekarz. Wiera zrywa się z miejsca i biegnie do niego:
Panie doktorze, jak? Jak minęła operacja? Jak Tomek?
Lekarz spuszcza wzrok, zdejmuje maseczkę:
Pani Wiaro, przykro mi… Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy…
***
Wiera leży skulona na łóżku synka. Poduszka wciąż pachnie Tomkiem. Na lustrze naprzeciwka jeszcze widnieje ślad jego rączki ubrudzonej ciastkiem. Dobrze, że nie zdążyła tego wytrzeć! On już nigdy nie pobrudzi lustra. Nie położy też swojej zmęczonej główki na poduszce.
Po policzku Wiery spływa kolejna słona łza. Cierpienie wypaliło jej serce od środka. Zdrowego serca, którego nie miał nigdy jej najmłodszy syn. Starszy, Maciek, był zdrowy, dorosły, miał 18 lat i studiował na uniwersytecie. A Tomek… Nieoczekiwana, późna radość, która zamieniła się w niewyobrażalny ból. Całą ciążę badania wykazywały, że wszystko jest w porządku, dopiero tuż przed porodem, przez przypadek, wykryli złożoną wadę serca… To podczas ryzykownej operacji coś poszło nie tak i Tomka już nie ma…
***
Wiera zamyka oczy i zapada w niespokojny sen. I znowu, tak jak ostatnio każdej nocy, znajduje się na słonecznej polanie, porośniętej barwnymi, pachnącymi kwiatami. W oddali stoi jej Tomek, uśmiechnięty, w swojej ulubionej koszuli z samochodzikami. W rękach trzyma duży bukiet margerytek.
Tomku! Synku! woła Wiera, lecz chłopiec jakby jej nie słyszał, zamyślony skubie listki z kwiatów.
Biegnie do niego przez kwieciste pole, wyciągając ręce do uścisku. Z każdym krokiem Tomek jednak się oddala. Im szybciej biegnie, tym jest dalej, coraz bardziej nieosiągalny. Wiera woła przez łzy, wyciąga rozpaczliwie ręce, ale nie potrafi zbliżyć się ani o krok. W pewnej chwili Tomek spogląda na nią, uśmiecha się i rozpływa w powietrzu. Tylko obłok margerytkowych płatków wolno opada na trawę…
Wiera podbiega tam, gdzie upadły płatki, i spogląda pod nogi.
Na zielonej trawie z białych płatków kwiatów ułożony jest starannie adres.
***
Z budzenia wyrywa Wierę dźwięk telefonu. Spogląda na ekran: Maciek.
Tak, synku odpowiada z trudem.
Mamo, dzisiaj przyjadę, zrobisz mi coś dobrego?
Wiera z wysiłkiem uśmiecha się. Dość. Minęły już prawie trzy miesiące odkąd odeszło jej najmłodsze dziecko, ale przecież nadal ma starszego syna! Musi choć spróbować się pozbierać i żyć dalej.
Jasne, synku. Co byś chciał? Naleśniki?
Super, mamo! Już jadę autobusem!
Maciek stara się przyjeżdżać w każdy weekend, żeby odciągnąć rodziców od smutku. On sam też coraz częściej myśli o braciszku, tęskni. Ale życie toczy się dalej. Są rodziną i muszą razem przez to przejść.
Wiera z trudem podnosi się z łóżka i idzie do kuchni. Otwiera lodówkę, przeszukuje półki i odkrywa, że nie ma mleka. Jej mąż, Witold, siedzi przy stole i lutuje płytkę do laptopa. Spogląda na Wierę:
Coś potrzebujesz? Isć do sklepu?
Maciek dzwonił, przyjeżdża. Prosił o naleśniki, ale mleko się skończyło. Sama pójdę, przewietrzę się trochę.
Witold zaskoczony podnosi okulary: Odradza się powoli! myśli.
Wiera spokojnie się ubiera i wychodzi z domu. Lekki, wiosenny wiatr przyjemnie owiewa twarz. Śpiewają ptaki, gałęzie krzewów przybrały jasny, zielonkawy odcień, za chwilę pokryją się świeżymi liśćmi. Świat odżywa po zimie. Wiera wzdycha: Ach, Tomek nie zobaczy swojej piątej wiosny!.
Odpędza od siebie smutne myśli i rusza w stronę sklepu.
***
Bierze z półki mleko, ulubione cukierki Maćka, chleb i kurczaka, kieruje się do kasy. Nagle z drugiej alejki, zza regału, dobiega znajomy śmiech. Wierze ściska się serce z tęsknoty: tak śmiał się jej Tomek. Rzuca się w tamtym kierunku, ale dostrzega jedynie znikającą dziecięcą sylwetkę. Mimo świadomości, że to niemożliwe, rusza za dzieckiem, po drodze przewracając kartonową reklamę z promocją.
Schyla się, by ją podnieść i zamiera: na białym tle czerwonymi literami widnieje adres z jej snu.
Tomku, co chcesz mi powiedzieć? szepcze Wiera.
Wraca do domu z myślami, że to nie przypadek. Tomek chce jej coś przekazać, tylko co? Musi sprawdzić ten adres w internecie, ale nie dziś. Dziś przyjeżdża jej jedyny już syn. Musi go godnie przywitać i się trzymać.
***
Wieczór mija ciepło, wręcz radośnie. Wiera znów potrafi się uśmiechać, słuchając opowieści Maćka ze studiów. Maciek zajada się domowym jedzeniem, a Wiera i Witold z czułością na niego patrzą to ich pierworodny, teraz jedyne dziecko. W końcu wszyscy rozchodzą się do swoich pokoi, noc ogarnia dom.
Wyczerpana Wiera szybko zasypia. W środku nocy budzi się, słysząc cichy śpiew dobiegający z łazienki. Serce bije szybciej, dech zamiera tego głosiku nie pomyliłaby z żadnym innym na świecie. Tomek nuci swoją ulubioną piosenkę z bajki o niebieskim traktorze…
Wiera łyka łzy, wstaje i delikatnie idzie w stronę łazienki, starając się nikogo nie spłoszyć. Otwiera ostrożnie drzwi, ale zgodnie z przypuszczeniami w środku jest pusto. Łzy spływają po twarzy.
Czego ja się spodziewałam? Że Tomek będzie w łazience? Przecież Tomka już nie ma! To tylko moje zmęczone, zbolałe myśli! złości się na siebie.
Podchodzi do umywalki, odkręca wodę, przemywa twarz. Dość tego! Musi się pozbierać dla Witolda, dla Maćka! Spogląda w lustro: patrzy na nią zmęczona, blada twarz z sińcami pod oczami.
Automatycznie smaruje lustro pianą z mydła, nie wiedząc czemu. Patrzy, jak piana spływa w dół, układając się nie wiedzieć czemu w litery tworzące… adres ze snu. W dolnej części pleców przeszywa ją zimny dreszcz. Słyszy wyraźnie cichy, dziecięcy głosik:
Czekam na ciebie, mamo…
***
czemu nie śpisz? pyta Witold, rozbudzony światłem laptopa.
Wiera siedzi w fotelu z laptopem na kolanach, patrząc w ekran.
Witoldzie, chodź… Jeśli poczujesz to, co ja, to znaczy, że to wszystko jednak nie jest moim wymysłem
Witold podchodzi do żony. Serca mocniej mu bije, czuje niewyjaśnione ciepło, patrząc na zdjęcie małego chłopca, na oko czteroletniego.
Napis nad fotografią: Ignacy Zieliński, 4 lata. Rodzice Ignacego zginęli w wypadku trzy lata temu, wychowywała go babcia, która niestety pół roku temu zmarła. Od tego czasu chłopiec przebywa w domu dziecka.
Ten adres śni mi się i pojawia wszędzie od kilku dni tłumaczy Wiera i nasz Tomek mi go przekazuje…
Wiera opowiada o swoim śnie, zdarzeniu w sklepie i w łazience. Po chwili milczenia Witold mówi stanowczo:
Wiaro, jedziemy tam.
***
Kierowniczka domu dziecka, pani Katarzyna Wysocka, prowadzi Wierę i Witolda długim, jasnym korytarzem, cały czas się obracając i wyjaśniając:
Kiedy Ignacy do nas trafił, sądziliśmy, że nie zostanie długo. Jest rozwinięty, otwarty, wychowywany w porządnym domu, choć przez babcię. Trzy razy próbowały go adoptować różne rodziny, ale za każdym razem zamykał się w sobie i unikał kontaktu. Mówił, że czeka na swoją mamę i tatę, i że ich pozna. Od trzech miesięcy ma wymyślonego przyjaciela Tomka. Ten Tomek ponoć ostatnio powiedział mu, że mama i tata wkrótce po niego przyjdą.
Wiera i Witold spoglądają na siebie z niedowierzaniem. Czy ich zmarły synek przyprowadził ich do tego chłopca?
Nie wiem, co będzie, ale poznajcie się kończy pani Katarzyna, otwierając drzwi do sali zabaw.
Wiera natychmiast poznaje go. Chudziutki, mały chłopczyk siedzi pośród dzieci, budując wieżę z klocków i cichutko podśpiewując piosenkę ulubioną przez Tomka… Zrywa się, rzuca klocki i biegnie do Wiery i Witolda:
Mamo! Tato! Wiedziałem, że przyjdziecie!!
***
Sama pani Katarzyna pomaga przyspieszyć procedurę adopcyjną. Jest wyraźnie poruszona, gdy słyszy o stracie syna przez Wierę i Witolda. Już po miesiącu Wiera, Witold i Maciek przyjeżdżają, by zabrać Ignacego do domu. Przed wyjściem chłopiec wyrywa rękę z dłoni Wiery.
Mamo, poczekaj! zatrzymuje się, spoglądając w stronę końca korytarza Tam jest Tomek, chce się z nami pożegnać!
Serce Wiery ściska się ponownie w smutku, ale tym razem to jasny, pogodny smutek. Wie, że nic już nie zmieni, ale życie toczy się dalej. Teraz od niej zależy los małego Ignacego, który wpuścił ich do swojego delikatnego serca. Nigdy nie zapomni Tomka, zawsze będzie go kochać ale teraz ma także Ignacego, dla którego musi być silna.
Ignacy biegnie na koniec korytarza, do okna, stoi chwilę i wraca do rodziny. A za oknem, na szerokim, blaszanym parapecie, niespodziewanie przysiada piękny, biały gołąb. Obiega budynek, zatacza koło nad głowami Ignacego, Wiery, Witolda i Maćka.


