Małżonek nie chce oddać mieszkania córce
Ciotka mojego męża, znana głównie z tego, że na każdej rodzinnej imprezie przynosiła sernik i podejrzliwość wobec obcych, zostawiła mojemu mężowi w spadku mieszkanie klasyczna kawalerka w sercu Warszawy. Śmiejemy się, że z okien można zajrzeć prosto do banku PKO i sprawdzić, ile mamy na koncie. Nasza rodzina liczy pięć osób: Hania, nasza najstarsza córka, właśnie zaczęła studia w stolicy (co oczywiście oznacza artystyczny bałagan w pokoju), syn Kuba lat dwanaście, oraz Staś, pięciolatek, który dopiero uczy się nie malować ścian kredkami. Mieszkamy w dużym mieszkaniu z trzema sypialniami, każdemu starcza przestrzeni przynajmniej teoretycznie.
Ostatnio wybuchła między nami afera rodem z polskich telenowel poszło o mieszkanie po cioci. Zasugerowałam, żeby Hania dostała to lokum, bo już dorosła, niech zacznie własne życie, zanim wplącze się w ślub, wesela i całą resztę. Mój mąż, Janusz, stanowczo się nie zgadza twierdzi, że oddanie mieszkania tylko córce naruszy równowagę i będzie wiecznym źródłem rodzinnych awantur. Zaproponował, że sprzedajemy mieszkanie, dostajemy może 450 tysięcy złotych, dzielimy na trójkę dzieci i wszyscy będą szczęśliwi A ja na to: szczęście? Za 150 tysięcy? Może na hulajnogę elektryczną, ale nie na samodzielność.
Przecież, nawet jeśli postąpimy według pomysłu Janusza, Hania będzie mogła kupić jakieś zdezelowane Tico, Kuba prawdopodobnie wyda wszystko na gry komputerowe, a Staś no cóż, kto wie, co będzie modne wśród przedszkolaków za trzynaście lat. Uważam, że lepiej dać mieszkanie Hani niech chociaż jedno z dzieci ma własny kąt. Przecież chłopcy jeszcze nie wiedzą, że toczymy tu dramat rodem z M jak Mieszkanie, więc będzie czas, żeby coś wymyślić dla nich, gdy podrosną.
Janusz jednak twierdzi, że jeśli Hania dostanie mieszkanie, chłopcy do końca życia będą żądać sprawiedliwości jak u sędziego na Piłsudskiego. Ale ja myślę, że nasze dzieci zniosą to bez dramatu zwłaszcza że obecnie ich wojny toczy się raczej o pilota do telewizora niż hipoteki.
Na razie nie wtajemniczyliśmy Hani w nasze plany, bo mieszkanie po cioci Sabinie wygląda jak po wojnie i wymaga kapitalnego remontu nawet robotnicy z Ursynowa by się zawahali. Na razie nie mamy ani grosza na wykończenie, więc sprawa jest w zawieszeniu.
Patrzę na tę naszą rodziną sytuację i zastanawiam się: kto ma rację? Trzymać się swojej wersji, czy jednak posłuchać Janusza? A może w tym kraju istnieje jeszcze trzecia opcja, której nikt w naszej rodzinie nie zauważył? Szanuję każdy rodzaj doradztwa nawet jeśli sponsorowane przez poczucie humoru i babciną mądrość!



