Długo nie mogłem przestać myśleć o tym, jak świat potrafi czasem być okrutny, zwłaszcza jeśli chodzi o niektórych rodziców. Naprawdę, jak można oddać własne dziecko do domu dziecka, tylko dlatego, że nie chce się o nie zadbać? Chłopiec miał zaledwie cztery lata
Mam serdeczną przyjaciółkę o imieniu Bogumiła. Znamy się już od trzydziestu lat, odkąd byliśmy dzieciakami na podwórku w Krakowie. Bogumiła to wspaniała, ciepła kobieta, zawsze życzliwa. Gdyby los był inny, byłaby też znakomitą matką, ale niestety jej i jej mężowi, Stanisławowi, nigdy nie udało się doczekać własnego potomstwa. Pan Bóg ich tego nie obdarzył, ale nie rozstali się, prawdopodobnie dzięki wielkiej miłości, która ich łączy.
Sam mam dwie córki: Jadwigę i Małgorzatę. Oczywiście Bogumiła jest ich matką chrzestną w końcu to moja przyjaciółka i mieszka kilka ulic dalej. To było naturalne. Często, kiedy musiałem się gdzieś wyrwać, zostawała z dziewczynkami. Widziałem, jak się z nimi bawi, troszczy, jakby były jej własne. Nieraz, kiedy wieczorem zostawała na herbatę, siedzieliśmy razem w kuchni i razem płakaliśmy żal, że nie ma swoich dzieci, zawsze był obecny między słowami.
Wszystko zmieniło się pewnego dnia, kiedy zadzwoniła do niej ciotka z Mazur. Powiedziała, że daleka kuzynka Bogumiły, ze strony ojca, zdecydowała oddać czteroletniego synka do domu dziecka. Chłopak był poważnie chory, lekarze wysunęli trudną diagnozę, a na leczenie brakowało pieniędzy. Matka tego dziecka była typem kobiety, której bardziej zależy na rozrywkach, niż na własnej rodzinie dziecko było dla niej ciężarem.
Bogumiła opowiedziała mi o wszystkim, prosząc o radę. Widziałem, po jej oczach, że już wtedy podjęła decyzję, choć jeszcze nie padły słowa. Powiedziała tylko: Muszę tam pojechać. Muszę go zobaczyć. Później wspominała, że spojrzenie tego chłopca przebiło jej serce na wskroś. Wiedziała, co musi zrobić, jeszcze zanim cokolwiek powiedział. Stanisław, jej mąż, poparł ją bez wahania.
Mieli bardzo trudny czas. Długie miesiące rehabilitacji, wizyty u lekarzy w Warszawie, nieprzespane noce. Chłopiec, Marek, okazał się dzieckiem ze spektrum autyzmu. Ale Bogumiła z mężem absolutnie się nie poddali. Krok po kroku pomagali mu. Stopniowo Marek zaczął się otwierać, robić postępy, łapać kontakt z rzeczywistością.
Może trudno w to uwierzyć, ale dziś Marek ma już 24 lata. Jest dorosły, skończył politechnikę z wyróżnieniem, uprawia lekkoatletykę, zdobył kilka medali na zawodach studenckich. Wczoraj byłem na jego weselu, patrzyłem, jak tańczy pierwszy taniec ze swoją żoną. Ściskało mi się serce z dumy i wzruszenia.
Długo myślałem o wszystkim, wracając do domu. Człowiek nigdy nie wie, jak potoczy się los. Ale jestem pewien, że dobro naprawdę powraca. Bogumiła pokazała mi, że miłość i wytrwałość potrafią zmienić czyjś świat. To największa lekcja, jaką dostałem od życia.



