Sobota, 24 lutego
Mam już serdecznie dosyć ciągłych weekendowych odwiedzin. Znowu siedzę z kubkiem gorącej herbaty, patrzę przez okno na śnieg padający nad Warszawą i zastanawiam się, ile jeszcze zniesę.
Od blisko roku rodzina mojego szwagra, czyli Adam, jego żona Malwina, dwójka ich dzieci Zosia i Bartek oraz brat Malwiny, Rafał, wpadają do nas praktycznie co drugi lub trzeci weekend. Nawet nie pytają, czy nam to pasuje, czy mamy jakieś swoje sprawy. Po prostu przyjeżdżają, rozkładają się na naszym mieszkaniu i oczekują pełnej obsługi.
Lubię gości, naprawdę, ale wszystko ma swoje granice. Po tygodniu ciężkiej pracy marzę o ciszy i chwili dla siebie, tymczasem od piątku do niedzieli zamieniam się w gospodynię, kucharkę i sprzątaczkę. Zamiast wypocząć, wciąż tylko smażę placki, rozmawiam i rozkładam pościel, a potem piorę te sterty, kiedy już wreszcie wyjadą. Zastanawiam się, czy oni w ogóle widzą, jakie to jest obciążające ani razu nie zapytali, czy nie mamy czegoś ważnego do załatwienia albo czy zwyczajnie nie chcemy spędzić weekendu sami.
My z Marcinem nigdy nie narzucaliśmy się w ten sposób nikomu z rodziny. Czasem żartuję, że powinniśmy złożyć im podobną wizytę, żeby zrozumieli, jak trudno to wytrzymać, ale chyba nie mam w sobie tyle złośliwości. Prosiłam Marcina, żeby zwrócił im uwagę, ale on zawsze kręci niby nie chce ich urazić, niby nie wie, jak zacząć rozmowę. Może po prostu jemu nie przeszkadza taki najazd co drugi weekend?
Kiedy zobaczyłam, że nie mogę liczyć na męża, postanowiłam działać sama, choćby kosztowało mnie to trochę niezręczności. Przestałam gotować na weekend na stole pojawiały się tylko pierogi z zamrażarki albo to, co zostało z tygodnia; żadnych domowych obiadków, żadnych ciast. Kiedy jedzenie się kończyło, mówiłam wprost: Jeśli chcecie coś zjeść, możecie ugotować. Dla mnie wystarczy parę kanapek.
Za którymś razem siedzieli wszyscy przy stole, patrząc po sobie i czekając na gorący posiłek. W końcu powiedziałam, że dziś obiadu nie będzie, bo nie miałam czasu gotować. Popatrzyli na mnie z lekkim zdziwieniem, wypili herbatę i poszli spać. Pierwszy raz chyba poczuli się trochę nieswojo.
Sprzątanie? Też ograniczone do minimum! Przestałam pucować mieszkanie, jakby przyjeżdżał jakiś wojewoda. Pewnego dnia Malwina narzekała, że po całym dniu zabawy jej Zosi białe skarpetki zrobiły się szare. Uśmiechnęłam się: No cóż, nie myłam dzisiaj podłóg. Gdybyś chciała, wiadro i mop są w łazience. Więcej o czystość nikt nie zapytał.
Najważniejsze jednak, że przestałam odstawiać swoje życie na bok ze względu na nich. Przestałam przesuwać swoje plany jeśli miałam ochotę wyjść z przyjaciółką albo po prostu poczytać w sypialni, mówiłam: Idę odpocząć, miłego wieczoru. Marcin, jeśli miał ochotę, mógł się bawić z gośćmi. Czasem, kiedy już naprawdę nie miałam na nic siły, zaczynałam porządki generalne, żeby też unikać rozmów i wygospodarować trochę przestrzeni tylko dla siebie.
Ostatnio, kiedy po kolejnym takim weekendzie Adam spojrzał na Marcina i rzucił: Chyba już powinniśmy się zbierać?, poczułam ulgę. Coś w nich pękło od tej pory każda wizyta odbywa się po wcześniejszych ustaleniach, bez nocowania i dużo rzadziej. Może moje nietaktowne sygnały wreszcie dotarły.
Ciekawe, czy ktoś kiedyś przeszedł przez coś podobnego i czy da się to rozegrać spokojnie, zanim człowiek wybuchnie? U mnie to była szkoła asertywności i komunikowania swoich granic. Może w końcu uda mi się odzyskać całe moje własne weekendy i spokój ducha.



