Słuchaj, to, co Ci opowiem, to klasyka gatunku. Wyszłam za mąż mając 25 lat. Rok później urodziła się nasza córka, Zosia. Zapowiadało się nieźle, było między nami okej. Ale potem coś zaczęło się psuć. Mąż Marcin coraz częściej mówił, że jestem leniwa, bo siedzę na urlopie macierzyńskim i tylko się obijam, a jak wróciłam do pracy zarabiałam trochę mniej niż on. No i się zaczęło
Mówią, że po ślubie widać tylko, jaki wpływ ma teściowa na syna. Powinnam była się tego spodziewać, ale serio, byłam wtedy chyba ślepa i głucha na oczywistości.
Marcin cały czas tylko powtarzał, jak to jego mama, pani Helena, jest wzorem kobiety. Ona ogarniała wszystko ogród, księgowość, dom, dwójka dzieci No wiesz, jak to. Ale ja? Ja musiałam pracować na zmiany, na etacie, i jeszcze ogarniać całą resztę.
Strasznie się starałam, żeby dorównać mojej teściowej. Pomagałam jej w domu, sadziłam w tunelu pomidory, sprzątałam. Jak Zosia poszła do szkoły, zasiadałam z nią do lekcji. Obowiązków było tylko więcej. W pracy ciągle coś, wypłata marna, brałam nadgodziny, bo trzeba było jakoś sobie radzić. Zależność od Marcina mnie męczyła. On się tylko wyśmiewał, a ja udawałam, że nie słyszę. Nie chciałam być rozwódką i zabierać dziecku ojca.
No ale wiesz, jak pozwalasz komuś na coraz więcej, to zaczyna Ci wchodzić na głowę. Próbowałam mu tłumaczyć, że jestem wykończona, że nie dam rady pójść do kolejnej roboty. A on wtedy powiedział, że jak tak, to będzie odkładał z naszej wypłaty tyle, co ja daję do domowego budżetu, a resztę zachowa dla siebie. Bo sprawiedliwość. Wtedy już ledwo się jakoś dogadywaliśmy, potem doszło do przesilenia.
W jednej chwili poczułam, że tak już dalej nie może być. Dość miałam jego gadania, tego wiecznego moralizowania, tej ciągłej gadki o mamie. Kropką nad i była jego tekst, że jak nie chcę iść do normalnej pracy, to on przeprowadzi się do swojej mamusi. Ten pomysł długo za mną chodził, wiesz? Ale zebrało mi trzy lata, żeby w końcu spakować mu walizki. Jakoś, przez znajomą, złapałam lepszą robotę dobrze płatną. Tego, co wtedy przeszłam, nawet nie chcę wspominać. Rozwód! Dzieliliśmy majątek, zamienialiśmy się mieszkaniami, kłóciliśmy się o bzdury.
Teraz? Mam spokój. Jestem z Zosią, żyjemy sobie spokojnie, nikt nam nie przeszkadza, jestem szczęśliwa bez Marcina.
Mam w końcu swoje mieszkanie, pracę którą lubię. To nie szczyt marzeń, ale daje mi to, czego naprawdę potrzebuję. Rodzina cały czas próbuje mnie wyswatać z kimś nowym. Ludzie myślą, że jestem nieszczęśliwą rozwódką. Uważają, że tylko nowy facet mógłby mi dać szczęście. Ale po co mi to? Już jednego faceta miałam Czasem mam ochotę przyczepić sobie plakietkę na czole: Młoda, fajna, nie szuka randek. Jestem szczęśliwa z córką, nie chcę znowu wszystkiego przewracać kolejnym małżeństwem. A Marcin? Marcin, serio, wydaje się szczęśliwszy niż kiedykolwiek z własną mamusią!



