Zrezygnowałem z ożenku Arkadiusz do późna przesiadywał w instytucie, bez końca przelewając różne ci…

Zmieniłem zdanie o ślubie

Archip spędzał wieczory do późna w laboratorium, nieustannie przelewając jakieś ciecze z probówki do probówki, analizując rozmaite proszki.

Wierzył, że jego żmudna praca w końcu przyniesie owoce i wreszcie będzie mógł zaprezentować światu swój preparat, wyizolowany z korzeni wyjątkowego, rzadkiego zioła.

Z entuzjazmem czterdziestoletni naukowiec pochłaniał się w badaniach na tyle, że zupełnie nie zwracał uwagi na pełne podziwu spojrzenia młodej sprzątaczki, Zofii, która niedawno zaczęła pracę w instytucie.

Archip, ogarnięty marzeniem o przełomowym odkryciu, nie zauważał nawet, że Zofia, zapominając o własnych obowiązkach, godzinami stała w jego gabinecie, wsparta o mop, świdrując go wzrokiem w plecy.

W końcu pewnego wieczora zebrała w sobie odwagę i odezwała się:

Panie Archipie, Pan to tak siedzi w tym miejscu od rana bez przerwy. Może herbaty się napijemy? Przyniosłam z domu czajnik elektryczny. Mam też domowe kiełbaski.

Na dźwięk słowa kiełbaski Archip oderwał się od stołu.

Herbatka to świetny pomysł. A z kiełbaską, powiadasz? Grzechem byłoby odmówić.

Zachwycona Zofia roztrzęsionymi dłońmi wyjęła z plecaka najpierw czajnik, później pojemnik z jedzeniem.

Mama wczoraj przywiozła mi wiejskie mięso, zrobiłam kiełbaski z boczkiem i upiekłam uśmiechnęła się szeroko.

Zadowolona położyła pojemnik na stole.

No proszę, mruknął Archip, sięgając po okulary, które dopiero co zdjął, by je znów założyć.

Gdy woda się zagotowała, naukowiec uważnie oglądał pojemnik. Przezroczysty plastikowy box z pokrywką.

Pani Zofio, od kiedy jedzenie było w plecaku? spytał z wahaniem.

Zofia z zakłopotaniem wzruszyła ramionami:

Praktycznie od rana, a czemu?

Hm. Pokrywka była cały czas dobrze zamknięta?

Tak przestraszyła się. Myśli pan, że się już zepsuło? Raczej nie powinno. W szatni, gdzie był plecak, i tak jest chłodno, grzejniki jeszcze nie odkręcone.

Archip bił się z własnymi wątpliwościami:

Rozumiem. To może napijemy się samej herbaty. A to zabierze pani sobie do domu.

Zofia, w którą włożyła dużo pracy i serca w te domowe kiełbasy, wyraźnie się zirytowała i energicznie odebrała naukowcowi pojemnik.

Archip odczytał jej frustrację z marszczących się brwi.

Nie otwierajcie tego! zawołał panicznie, nawet odskoczył w bok i zatkał nos chusteczką.

Tymczasem Zofia otworzyła pojemnik, pociągnęła nosem i rzekła:

Pachnie normalnie. Oj wy, mieszczuchy, wyobrażacie sobie nie wiadomo co. Nie chcecie próbować, nie jedzcie, sama zjem.

Z głośnym stukiem postawiła pojemnik na stole i zaczęła nalewać herbatę do kubków.

Archip podszedł jednak bliżej.

Gorąca herbata rozgrzewała go od środka, poprawiając nastrój. Zerkał kątem oka na dziewczynę, która z apetytem przeżuwała kiełbasę.

Wołowina? zagadnął.

Mhm, potwierdziła Zofia, nie przestając jeść.

Wygląda pysznie. Pachnie nawet bardzo dobrze.

Ślina napłynęła mu do ust. W końcu organizmowi nie przetłumaczysz logiki…

Zrezygnowany westchnął:

Teoretycznie, zgodnie z przepisami, temperatura w waszej szatni nie powinna przekraczać dwudziestu dwóch stopni, czyli bakterie

Co? przerwała mu Zofia.

Archip zauważył, jak po jej okrągłym podbródku spływa kropelka tłuszczu. Drugą miała na nosie.

Myśli szalały mu w głowie:

Ale pachnie! Może przesadzam?
Nie wygłupiaj się, Archipie. Wiesz dobrze, czym to grozi, jak nie pilnujesz, gdzie i jak przechowywana jest żywność. No ale po tej dziewczynie widać, że raczej nie zaprząta sobie głowy kwestiami sanepidu…

Tak się przekonywał, popijając samą herbatę, podczas gdy w brzuchu wszystko mu burczało.

A potem stało się coś poza jego kontrolą niepohamowana potrzeba. Ręka sama powędrowała po kiełbasę. Delikatna osłonka pękła pod zębami…

Mm, rewelacja. Kto to tak potrafi ugotować?

Przecież mówiłam, że ja Zofia aż się zarumieniła.

Archip jadł dalej, przymykając oczy z rozkoszy.

Słów mi brak!

Zofia pośpiesznie wytarła rękawem usta i łzy z oczu.

No widzisz! A przez chwilę tylko skiśnięte! Ja przecież od dzieciństwa w kuchni pomagam.

***

W ramach wdzięczności za sycącą kolację Archip koniecznie chciał odprowadzić Zofię na przystanek autobusowy.

Spokojnie rozmawiali. Okazało się, że Zofia ma dopiero dwadzieścia trzy lata.

Bardzo młoda. Prawie jak córka.

Na przystanku czekali dobre dziesięć minut, autobus nie nadjeżdżał.

A może jutro przyniosę ci domowe ciastka? Sama piekę, w sklepie nie kupuję. Wolisz marchewkowe czy z twarogiem? zapytała, pesząc się.

Każde lubię.

To przyniosę dwa rodzaje.

Aż trudno uwierzyć, ale Archip z niecierpliwością czekał na kolejny dzień.

Prawie zapomniał o swoje wykresy i równania. Nawet śnił mu się w nocy wstydliwy sen: Zosia zdejmowała koszulę, odsłaniając swoje jasne, słodkie ramię.

Archip obudził się z wypiekami na twarzy.

Do stu diabłów. Czterdzieści lat żyłem, nigdy nie patrzyłem na kobiety, a tu taki nagły zawrót głowy.

Część 2

Przed spotkaniem z przyszłymi teściami Archip bardzo się stresował. W taksówce, podczas wyboistej jazdy, zdjął czapkę i wygładzał rzadkie włosy na głowie, starając się zasłonić łysinę.

Jeszcze wczoraj Zosia, trzymając mu głowę na kolanach, starannie powyrywała pincetą wszystkie siwe włosy.

Archip dokładnie się ogolił, ubrał garnitur, założył krawat i skropił perfumami.

Zosia tuliła się do niego jak mały kotek, z policzkiem przy jego policzku.

Spodobasz im się pocieszała. Moja mama jest fajna, wyrozumiała. Ojczym zawsze się zgadza na wszystko.

Ile lat ma twoja mama?

Czterdzieści pięć.

Ja mam już czterdzieści. Myślisz, że zaakceptuje mnie jako zięcia?

Oj, głuptas, a co ma zrobić? A jak będzie miała opory, powiem, że spodziewam się twojego dziecka.

Lepiej nie zaczynać wspólnego życia od takich kłamstw, przestraszył się Archip.

Wreszcie dojechali. Archip wyszedł z auta, łapiąc mocno czapkę, którą silny podmuch wiatru chciał porwać w nieznane.

Była zima. W jego rodzinnym mieście nigdy nie widział takich olbrzymich zasp.

Gdy jeszcze rozglądał się po okolicy, Zofia zapłaciła kierowcy, wyskoczyła lekko z auta, złapała swoje i Archipa torby i pognała do domu.

Takie domy widywał tylko na obrazkach. Stary, z krzywym dachem krytym eternitem i kominowym garnkiem.

Ciężkie stare drzwi, powleczone kocem, skrzypiące podłogi nakryte chodnikami własnej roboty, połamane ściany nakrapiane wapnem Archipowi zdawało się, że to nie może być prawda.

Boże kochany, co to za chata? Jak tu można żyć? przeraził się.

Nie wierzył, że Zosia naprawdę w takim miejscu mieszka. Przypuszczał, że to jakaś letnia chatka, albo domek myśliwski.

Bo w takim domku nie da się żyć pomyślał.

Jednak kiedy Zosia poprosiła go, by zdjął buty i wprowadziła do mikroskopijnego pokoju, zrozumiał, że to naprawdę jej rodzinny dom.

Na środku stała kobieta w bawełnianym szlafroku.

Dobry wieczór, mamo. To Archip, mój narzeczony. Mówiłam ci o nim przez telefon.

Kobieta była chłodna.

No, dzień dobry, bąknęła, lustrując go od stóp do głów.

Ton jej głosu nie zapowiadał niczego dobrego.

Żartujesz sobie, dziecko? Ile macie lat?

Archip spuścił wzrok.

Proszę pozwolić się przedstawić, jestem Archip, razem z Pani córką pracujemy…

Pytam ile! przerwał mu krzyk matki.

Czterdzieści.

A moja Zosia ma dwadzieścia trzy! Jesteś starszy o pokolenia!

Ale proszę Pani, pokochałem Zosię. Mam pracę, mieszkanie w Warszawie, domek na wsi…

A samochód masz?

Nie, bo mam słaby wzrok i nie mogę prowadzić. Ale mogę kupić, mogę nauczyć Zosię jeździć, jeśli to takie ważne…

No, chyba się w głowie poprzewracało! Chce z mojej głupiutkiej córki zrobić służącą! Pańszczyzna dawno skończona!

Absolutnie nie! westchnął Archip. Proszę, ja chcę się z Zosią ożenić, pobrać w kościele, mieć dzieci… Nic złego nie mam wobec niej na myśli!

Zza pieca wyszedł uśmiechnięty mężczyzna, na oko trzydziestolatek.

Dobry wieczór, miło poznać uśmiechnął się promiennie.

To był ojczym Zosi. Wysoki, szczupły, śniada skóra, kręcone włosy. Rozpięta koszula, głębokie ciemne oczy, pełne usta Archip zauważył, jaki to przystojny facet.

Andrzejku, nie bądź uprzejmy! Ja nie dam córki za starego dziada!

Zofia się oburzyła:

Mamo, co Ty mówisz? Tak z gościem? Wyjdę za niego!

Nie puszczę!

Rodzinna awantura rozkręciła się na dobre.

Archip delikatnie rozplótł palce Zosi ściskające jego dłoń i próbował się wycofać.

Zosiu, przepraszam. Nie mogę wbrew twojej mamie.

A ona może mnie gnębić? Zosia wrzasnęła. Sama z młodszym facetem się zadaje, a mnie wyganiacie?!

Nie pyskuj, dziewczyno! huknął Andrzej.

Ty się zamknij! wydarła się jeszcze głośniej matka na Zosię.

W domu zaczął się chaos.

Archip, skulony, szedł do drzwi, obok przeleciał taboret.

Ratuj się kto może! pomyślał Archip, uciekając przez próg, na podwórze, potem na uliczkę, aż biegł pół wsi, szukając taksówki czy stacji.

Presja sytuacji ścisnęła mu klatkę piersiową, poczuł, że ciśnienie mu podskoczyło.

Po co mi ta cała żeniaczka? jęknął, obchodząc wieś w kółko. Lepiej bym siedział w cieple laboratorium… Sprowadziłem to na siebie na własne życzenie!

Wyjął komórkę brak zasięgu.

Zmęczony, zawrócił. Po starym osmolonym garnku na kominie poznał dom.

Podszedł do ganku cicho. Drzwi skrzypnęły, wyszła Zosia z torbami.

Jesteś, Archipku? zapytała. Bałam się, że uciekłeś.

Zabrakło mi powietrza. Musiałem przewietrzyć głowę wymigał się.

Skoro mama nie chce błogosławieństwa, uciekam z tobą oznajmiła Zosia.

Archip milczał. Jego buty nie nadawały się do śniegu, cienkie futerko nic nie dawało. Zaczął podskakiwać i tupać.

Czuł, że mu stopy zamarzają. W takich warunkach o miłości trudno myśleć.

A może i lepiej. Czy naprawdę chce tej Zosi? I tej rodzinki?

***

Matka Zosi wyszła na ganek, zarzuciła kożuch, założyła walonki.

Stała dumna, jak szlachcianka na podwórzu.

Jak mnie nie szanujesz, droga wolna oznajmiła. To on jest za ciebie odpowiedzialny.

Zofia kiwnęła głową:

Lepiej z nim niż z Wami, mamo. Archip to cudowny człowiek, a teraz zamówcie nam taksówkę.

Nic z tego. On cię wybrał, on niech sobie radzi. Nie licz już na mnie.

Zofii ręce opadły. Szturchnęła Archipa.

Zrób coś!

Archip, ledwo żywy z zimna, zebrał resztki sił:

Tu nie ma zasięgu. Musisz pobiec do sąsiadów, poproś o telefon.

Po raz pierwszy Archip poczuł się kompletnie bezradny. Nogi zmarznięte, kolana ugięły się i padł w śnieg.

Co ci jest?! Zosia z przerażeniem krzyczała na całą wieś. Archip bełkotał:

Coś mi słabo. Nie spodziewałem się, że tu skończę. Chcę do domu…

Nieeee! zawyła Zosia. Wszędzie wokół był chaos i rozpacz.

***

Archip ledwo kontaktował, dopiero gdy jakaś sąsiadka-felczerka wbiła mu zastrzyk, wrócił do rzeczywistości.

Przytomniał, patrząc w nierówny sufit, bielony ściany i wysiłkiem próbując zsunąć pled.

Proszę nie wstawać ostrzegała felczerka. Leżeć co najmniej pół godziny.

Co mi jest? jęknął Archip.

Przełom nadciśnieniowy. Stan nerwowy.

Nigdy się tak nie stresowałem, do dziś…

Przed oczami stanął mu grymas przyszłej teściowej:

Jeszcze chory! syknęła.

Mamo, zostaw go! rzuciła Zosia.

Dziewczyna przyniosła mu herbatę i poiła łyżeczką.

Felczerka już wychodziła. Archip poprosił słabo:

Wie pani, mogę wrócić z panią do miasta?

Ale ja mieszkam tu, w tej wsi, tu pracuję.

Zosia odstawiła herbatę i spojrzała mu w oczy:

Naprawdę chcesz wyjeżdżać? Już nie trzeba, mama się zgodziła. Wszystko wyjaśnione.

Archip, który już zupełnie stracił ochotę na ślub i bał się spojrzeć Zosi w oczy, pomyślał:

W porządku, żeby tylko żywy stąd się wyrwać. NIGDY więcej nie podejdę do kobiet nawet z daleka!

***

Archip ukończył pracę i podniósł się od stołu. Zwrócił się do laborantki:

Już wszystko. Skończcie i wy, uprzedzałem, że za pół godziny zamykam lab.

Laborantka, trzydziestodwuletnia kobieta, zarumieniła się i poprawiła okulary.

Przyniosłam ciasto. Może herbatki?

Nie! rzucił nerwowo. Tu się pracuje, a nie rozpija herbatę!

Pracę już skończyliśmy uśmiechnęła się.

Proszę iść do domu! huknął.

Uśmiech zgasł, szybko się zwinęła i wyszła.

Wariat rzuciła pod nosem żegnając się.

Archip odetchnął i zamknął laboratorium.

Pośpieszył do domu.

Przyszedł punktualnie, o ósmej wieczorem.

Zofia otworzyła mu drzwi na dźwięk klucza w zamku.

Dobry wieczór, panie Archipie.

Co na kolację? zapytał, nie patrząc na nią.

Rosół z kaczki i pierogi z ziemniakami.

Dobrze. Jestem głodny. Zapisz w zeszycie, ile ci jestem winien za zakupy, doliczę do pensji pod koniec miesiąca.

Archip zdjął buty, umył ręce, poszedł do kuchni.

Zosia kręciła się przy stole:

Archip, nadal jesteś na moją mamę zły? Przecież już się przyznała, że naprawdę się wystraszyła, że taka ważna osoba jak ty, ceniony naukowiec, nie będzie chciał żenić się ze zwykłą dziewczyną z prowincji.

Wiesz, mamę poniosło. Chciała mnie docenić. A ja ciebie kocham.

Archip mieszał łyżką rosół. Coś mu przeszkadzało w smaku.

Czy to przez awanturę z moją rodziną? Oj tam, u nas to norma, zaraz się godzimy. Trochę przesadziłyśmy, ale przecież… próbowała tłumaczyć Zosia.

Archip wstał, objął Zosię za ramiona i poprowadził ją do przedpokoju, następnie podał jej torby i kurtkę.

Już późno, idź do siebie. Jutro nie musisz przychodzić, pierogi wystarczą mi na jutro, pojutrze zapraszam znowu.

Zamknął przed dziewczyną drzwi i wrócił do kolacji…

Rate article
Fajna Tajna
Zrezygnowałem z ożenku Arkadiusz do późna przesiadywał w instytucie, bez końca przelewając różne ci…