Dawno temu, kiedy jeszcze studiowałem na Uniwersytecie Jagiellońskim, byłem u Weroniki w jej domu na obrzeżach Krakowa. Pamiętam, że kiedyś wpadł jej ojciec, niosąc torbę z zakupami z pobliskiego rynku. Znalazł nas w salonie, a jego twarz od razu zdradzała niezadowolenie. Wyprostował się i spojrzał na mnie surowym wzrokiem. Weronika szybko zaprowadziła go do kuchni, ale mimo to usłyszałem, jak w ostrym półszeptem mówi o mnie: wiejski chłopak, który rzekomo chce zdobyć mieszkanie jego córki. Powiedział, że widział mnie nie raz, jak kręciłem się wokół ich domu. Wręcz mnie oskarżył o to, że jestem nachalny.
Najbardziej zdziwiło mnie, że Weronika bez mrugnięcia oka odpowiedziała mu tak samo jak wcześniej, utrzymując, że pracujemy razem raz w miesiącu w uniwersyteckiej bibliotece, dlatego czasem się spotykamy. A przecież już od dwóch miesięcy byliśmy naprawdę parą, choć Weronice udało się tylko powiedzieć ojcu, że fakt iż moi rodzice mają dom na przedmieściach, nie oznacza wcale, że pochodzę ze wsi. Mieszkaliśmy całkiem niedaleko centrum, mieliśmy ładny dwupiętrowy dom, a ojciec prowadził własną firmę. Oczywiście, nie jeździłem luksusowym autem, nie rozpowszechniałem, że jestem z bogatej rodziny, ale to było nawet lepsze. Dzięki temu osoby takie jak Weronika i jej rodzina traktowały mnie normalnie.
Moja mama zawsze powtarzała: nie mów o bogactwie, bo ukochana osoba nie powinna na to patrzeć w pierwszej kolejności. I nigdy nie powinna czuć za mnie wstydu, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie wydaję się majętny. Takie wartości były dla mnie ważniejsze niż złotówki, a Weronika, choć jej rodzina patrzyła na mnie z pewnym dystansem, wiedziała o tym najlepiej.



