Upatrzył sobie czyjąś żonę – historia rozczarowanego artysty wiejskiej szkoły, który zamknął się w s…

Podczas wspólnego życia Ludwik Dudkowski dał się poznać jako człowiek słabego charakteru i bez własnej woli.

Każdy jego dzień zależał od humoru, z jakim się budził. Czasem wstawał pełen energii i dobrego nastroju, żartował cały dzień i śmiał się dźwięcznym śmiechem.

Jednak przez większość czasu tonął w ciężkich rozmyślaniach, pił litrami kawę i chodził po domu tak ponury, jakby cały świat się zawalił zupełnie jak przystało na ludzi o artystycznej duszy. Bo Ludwik do takich właśnie należał pracował jako nauczyciel w wiejskiej szkole, prowadził zajęcia plastyczne, techniczne, a czasami uczył też muzyki, gdy pani muzyczka szła na zwolnienie.

Ciągnęło go do sztuki. W szkole nie realizował swoich artystycznych ambicji, więc przerobił dom w największym, najjaśniejszym pokoju urządził sobie pracownię. Tymczasem Elżbieta, jego żona, marzyła o tym, by przeznaczyć to miejsce na pokój dla przyszłych dzieci.

Jednak dom był własnością Ludwika, więc Elżbieta nie protestowała.

Pracownia zapełniła się sztalugami, farbami i gliną; Ludwik tworzył: malował, rzeźbił, lepił

Potrafił do późnej nocy malować dziwaczne martwe natury, albo całe weekendy spędzać nad nieczytelną figurką z gliny.

Swoich arcydzieł nie sprzedawał wszystko trafiało na ściany i półki domu. Niestety, Elżbiecie obrazy nie podobały się wcale; szafki uginały się od glinianych figurek i statuetek.

A gdyby to były piękne rzeczy! Niestety nie były.

Nieliczni dawni przyjaciele-artysty i rzeźbiarze, z którymi Ludwik studiował, przyjeżdżali czasem z wizytą i po cichu wzdychali, oglądając obrazy i rzeźby. Nikt nie pochwalił.

Jedynie pan Antoni Przełęcki, najstarszy z artystów i czasami kompan od nalewki, powiedział, mocno już wstawiony:

Jezus Maria, cóż za bezsensowna bazgrota! Co to w ogóle jest? Nie widzę tu ani jednej rzeczy wartej uwagi. No, może poza piękną gospodynią!

Dudkowski nie zniósł krytyki. Zaczął krzyczeć, tupać i nakazał żonie wyrzucić gościa za drzwi.

Wypchaj się! wrzeszczał. To ty nie masz nic wspólnego ze sztuką, nie ja! Po prostu mi zazdrościsz, bo sam nie jesteś w stanie utrzymać pędzla w tej trzęsącej się ze starości dłoni! Dlatego wszystko umniejszasz bo nie dorastasz mi do pięt!

…Antoni zbiegł po schodach, ledwo nie wywracając się, i przystanął przy furtce. Elżbieta wybiegła za nim z przeprosinami:

Proszę, nie zwracaj uwagi na jego słowa. Nie powinnam była pozwalać na krytykę.

Nie musisz się tłumaczyć, dziecko pokiwał głową Antoni. Szkoda mi tylko ciebie. Macie taki ładny dom, a te koszmarne obrazy wszystko psują Te potworki z gliny trzeba by chować, a nie eksponować. Ale znając Ludwika, widzę, że nie jest ci lekko. Wiesz, u artystów to, co tworzą, to odbicie duszy. A dusza Ludwika jest tak pusta, jak jego płótna.

Całując Elżbicie dłoń na pożegnanie, opuścił nieprzyjazny dom.

Ludwik po tej wizycie tygodniami nie mógł dojść do siebie rzucał się po domu, niszczył swoje dzieła i rozdzierał obrazy. Dopiero po miesiącu ochłonął.

***

Elżbieta nigdy nie sprzeciwiała się mężowi.

Myślała, że z czasem, gdy pojawią się dzieci, Ludwik odpuści swoje pasje i przerobi pracownię na pokój dziecięcy. Póki co, niech maluje te swoje martwe natury.

Na początku małżeństwa Ludwik starał się grać wzorowego męża przynosił do domu wypłatę i świeże owoce, troszczył się o żonę.

To szybko się skończyło. Stał się dla żony chłodny, przestał dzielić się zarobkami i obowiązki domowe spadły na Elżbietę. Do tego dochodził ogród, kurnik i teściowa.

Kiedy Elżbieta zaszła w ciążę, Ludwik oszalał z radości. Ale los nie był łaskawy po kilku tygodniach Elżbieta trafiła do szpitala i straciła dziecko.

Na wieść o tym Ludwik zmienił się nie do poznania: stał się płaczliwy, rozdrażniony, nakrzyczał na żonę i zamknął się w domu.

Gdy kobieta wróciła ze szpitala, szła do domu jak cień. Nikt jej nie powitał. Ale najgorsze było jeszcze przed nią Ludwik zamknął się od środka i nie chciał jej wpuścić.

Otwórz, Ludwik!

Nie otworzę dobiegł płaczliwy głos zza drzwi. Powinnaś była urodzić moje dziecko. Nie dałaś rady! Przez ciebie mama ma zawał! Po co cię w ogóle poślubiłem? Zrujnowałaś moje życie! Odejdź!

Świat Elżbiety się zawalił. Usiadła na schodku.

Ludwiku Mnie też jest źle. Też cierpię. Otwórz drzwi.

Nie odpowiadał. Ona została na ganku do zmroku.

W końcu drzwi zaskrzypiały wyszedł Ludwik, wychudzony od smutku, chciał zaryglować dom, ale nie wiedział, gdzie leży klucz. Zawsze pytał o to Elżbietę.

Zamknął dom, nie patrząc na żonę, i wyszedł na ulicę. Gdy zniknął za rogiem, Elżbieta weszła do domu i padła na łóżko.

Czekała na męża całą noc. Rano sąsiadka przyniosła wieść teściowa nie przeżyła zawału.

Ta śmierć dobiła Ludwika. Zwolnił się z pracy, położył do łóżka i powiedział żonie:

Nigdy cię nie kochałem. Ożeniłem się tylko dla matki chciała wnuka. Ale ty zrujnowałaś mnie i ją. Nigdy ci nie wybaczę.

Słowa bolesne jak nóż, ale Elżbieta postanowiła nie opuszczać męża.

Czas mijał, ale lepiej nie było. Ludwik odmawiał wstawania, pił tylko wodę, prawie nie jadł przeziębił się na tle wrzodu żołądka.

Potem wróciły apatia i osłabienie. W końcu złożył pozew o rozwód. Rozwiedli się. Elżbieta wypłakała wiele łez.

Próbowała okazać mu czułość, ale Ludwik odtrącał ją i powtarzał, że zaraz jak tylko wyzdrowieje, pozbędzie się jej z domu.

***

Elżbieta nie miała dokąd odejść.

Matka, która kiedyś śpieszyła wydać ją za mąż niemalże tuż po maturze, zaraz po ślubie córki ułożyła sobie nowe życie wyjechała do wdowca na Pomorzu. Tam wyszła za mąż. Przyjechała tylko na chwilę, żeby szybko sprzedać dom. Spieniężyła dom, zabrała pieniądze i wyjechała do nowego męża, zostawiając Elżbietę bez możliwości powrotu.

Tak Elżbieta utknęła w potrzasku.

***

Nadszedł dzień, gdy skończyły się wszystkie produkty. Zgarnęła z szafki ostatnie kasze i jajko wyciągnięte spod swojej ulubionej kury, zagotowała rzadką kaszę i żółtko, nakarmiła Ludwika.

Tak to się los potoczył zamiast karmić własne dziecko łyżeczką, musiała dogadzać byłemu mężowi, który jej nie szanował.

Wyjdę na chwilę, przyjechał jarmark z sąsiedniej wsi. Spróbuję sprzedać kurę albo wymienić ją na coś do jedzenia.

Ludwik, gapiąc się bez wyrazu w sufit, spytał:

Po co ją sprzedawać? Ugotuj z niej rosół. Mam dosyć tej kaszy, chcę normalnego rosołu!

Elżbieta zaczęła dłubać przy swoim jedynym jedwabnym płaszczu jedynym, jaki miała: przeżyła w nim studniówkę, potem ślub, a teraz zakładała go w upały, bo nic innego nie miała.

Wiesz przecież, że nie potrafię Zamienię ją na coś do jedzenia. Do sąsiadów już zanosiliśmy kury, ale Pstroka (tak ją nazwała) jest do mnie bardzo przywiązana.

“Pstroka?” pogardliwie mruknął Ludwik. Każdej kurze wymyśliłaś imię? Cóż za głupota. Czego się po tobie można spodziewać

Elżbieta zacisnęła zęby i spuściła wzrok.

Idziesz na jarmark? ożywił się Ludwik To weź dwie moje figurki i obrazy, może ktoś kupi?

Elżbieta próbowała wykręcić się:

Ale ty je cenisz

Weź, jak mówię! zarządził Ludwik.

Chwilę później wzięła do ręki dwa gwizdki z gliny w kształcie ptaszków, nieudolnie stylizowane na biskwit, i dużą świnkę-skarbonkę, z której Ludwik był bardzo dumny.

Wybiegła z domu, mając nadzieję, że Ludwik nie wybiegnie za nią z obrazami. Wstydziła się ich: były brzydkie, niezrozumiałe, nikt by ich nie kupił.

***

Dzień był upalny. Elżbieta, chociaż ubrana lekko, topiła się w pocie. Jej czoło łyszczało, grzywka przyklejała się do czoła.

Był dzień odpustu.

Elżbieta nie pamiętała, kiedy ostatnio wychodziła na spacer. Patrzyła ze zdziwieniem na tłum ludzi snujących się między straganami.

Było na co popatrzeć tu miody, tam kolorowe chusty, kawałek dalej słodycze dla dzieci. Grillowane kiełbasy kusiły zapachem. Grała muzyka, śmiech niósł się echem.

Zatrzymała się przy ostatniej budce. Przytuliła do siebie torbę z kurą.

Było jej jej żal. Dwa lata temu kupiła pisklęta większość z nich to były koguty, ale jedna kura uszkodziła sobie nogę, Elżbieta musiała ją pielęgnować w domu, aż wyzdrowiała. Pstroka była ciekawska i zabawna skakała na jednej nodze za gospodynią.

Stała się domowym ulubieńcem, biegała po podwórku do Elżbiety.

I wtedy, stojąc na rynku, kura znów z zaciekawieniem wysuwała głowę, podskubując rękaw Elżbiety dziobem.

***

Podeszła starsza sprzedawczyni:

Weź coś z biżuterii, dziewczyno! Mam medyczną stal, mam srebro, są ładne łańcuszki.

Nie, dziękuję. Chciałabym sprzedać kurę, nioskę. Świetnie się sprawdza, duże jaja znosi powiedziała grzecznie Elżbieta.

Kura? A po co mi kura

Wtedy młody mężczyzna stojący obok ożywił się:

Pokaż tę kurę.

Już

Elżbieta ostrożnie podała nioskę mężczyźnie (nie znała go).

Za ile sprzedasz? Taniej się nie da? Coś podejrzane

Czuła, jak mężczyzna uważnie się jej przygląda, co ją jeszcze bardziej speszyło.

Kura trochę kulała, ale jest silna i zdrowa.

Dobrze, kupię. A co to masz?

Wskazał na gliniane figurki.

Ach, to Figurki. Gwizdki i skarbonka.

Mężczyzna wziął świnkę, uśmiechnął się krzywo:

No proszę, ręcznie robione.

Właśnie, rękodzieło. Sprzedam tanio, bardzo potrzebuję pieniędzy.

Kupię wszystko. Lubię dziwne rzeczy.

Starsza sprzedawczyni burknęła:

I po co ci to, Denisiu? W zabawki chcesz się bawić? Idź lepiej bratu pomóż przy grillu

Elżbieta, przeliczając pieniądze, wystraszyła się:

To pan sprzedaje kiełbasy? W takim razie nie sprzedam kury!

Chciała odebrać Pstrokę, ale Denys zręcznie ją wymknął.

Proszę, weź pieniądze z powrotem! poprosiła nerwowo Pstroka nie może być na mięso! To nie mięsna kura!

Wiem, nie zrobię z niej rosołu. Dam ją mamie ona hoduje kury.

Naprawdę?

Naprawdę Denys uśmiechnął się życzliwie. Możesz ją odwiedzić u nas na wsi, jak chcesz. Nie wiedziałem, że kury mają imiona.

***

Kiedy Elżbieta wracała do domu, nadjechał samochód; przez okno wychylił się Denys.

Zaczekaj! Mam pytanie Masz jeszcze jakieś gliniane figurki? Odkupiłbym parę, nadają się na prezenty.

Elżbieta zmrużyła oczy od słońca i uśmiechnęła się:

Oczywiście! U nas w domu jeszcze pełno takich dziwadeł!

***

Dudkowski, który polegiwał w łóżku, usłyszał głosy.

Kto tam, Ela? Przynieś wody, chce mi się pić!

Denys, stojąc na progu, rzucił przelotne spojrzenie na Ludwika, a potem zaczął się przyglądać obrazom na ścianie.

Niesamowite Kto to wszystko malował? zapytał Elżbietę.

Ja! wypalił z łóżka Ludwik. To nie malowanie! Dzieci rysują na chodniku kredą, ja tworzę!

Sapiąc, podniósł się i ruszył ku gościowi.

A co cię obchodzą moje obrazy? zapytał kapryśnie.

Podobają mi się. Chciałbym kupić. A te rzeźby?

Też moje! wrzasnął Ludwik, odsuwając Elżbietę, która podawała mu szklankę wody. Ja to wszystko lepiłem! Wszystko tu moje!

Rzucił koc, podszedł do gościa i rozgorączkowany zaczął pokazywać swoje prace.

Denys, choć na pozór zainteresowany twórczością, rzucał ciche spojrzenia na cichą, skromną Elżbietę, zamyśloną i zarumienioną ze wstydu.

Epilog

Elżbieta była zaskoczona, jak cudownie ozdrowiał jej były mąż.

Okazało się, że Dudkowski wcale nie był chory! Wystarczyło, że pojawił się ktoś, kto zainteresował się jego twórczością wszelkie dolegliwości nagle zniknęły.

Denys, który codziennie przyjeżdżał do domu Dudkowskiego, kupował raz obraz, raz figurkę. Gdy obrazy się skończyły, kupował rzeźby. Ludwik, widząc popyt na swoje wytwory, rzucił się do pracy.

Nie przyszło mu do głowy, że kupującego wcale nie interesowały arcydzieła, tylko żona. Właściwie była żona.

Po każdej wizycie Denys długo rozmawiał z Elżbietą pod gankiem. Zrodziła się między nimi sympatia, a potem uczucie.

W końcu historia ta zakończyła się tak, że Denys zabrał z domu Dudkowskiego to, po co tak naprawdę przyszedł jego żonę.

Wracając do domu w rodzinnej wsi, Denys wrzucał kupione obrazy do pieca, a gliniane potworki pakował do worka, sam nie wiedząc, gdzie je wyrzuci. Myślami wracał do łagodnego uśmiechu Elżbiety.

Od razu wiedział, że to jego przeznaczenie, jeszcze gdy zobaczył ją na jarmarku w jasnej sukience z torbą przez ramię. Szybko domyślił się, że ta cicha, skromna dziewczyna jest nieszczęśliwa u boku pretensjonalnego artysty i tkwi w tej sytuacji z braku wyjścia.

Dlatego tak wytrwale jeździł do Dudkowskich każdego dnia, by kupić kolejny bezsensowny obrazek i zobaczyć Elżbietę. I w końcu ona to zrozumiała.

***

Dudkowski nie przewidział takiego finału.

Denys, po zabraniu Elżbiety, przestał się pojawiać. Słyszał, że para wzięła ślub, i poczuł żal, że dał się tak łatwo oszukać.

Bo przecież znaleźć dobrą żonę to sztuka, a Elżbieta właśnie taka była.

Dopiero teraz dotarło do niego, co stracił troskliwą, czułą żonę, która była dla niego jak druga matka. I jak piękna była!

A on, głupiec, pozwolił, by to skarb umknął mu z rąk.

Chciałby popaść w depresję, ale po chwili zmienił zdanie teraz już nikt nie poda mu łyżeczki z roztartym jajkiem, nie przyniesie szklanki wody. Teraz nikomu nie przypisze winy za swój dom i swoje życie.

Bo w życiu, jeśli nie umiemy docenić kogoś bliskiego, możemy pewnego dnia zostać zupełnie sami. Szacunek i wdzięczność dla ludzi, którzy są przy nas to najważniejsza lekcja, jaką dało mu życie.

Rate article
Fajna Tajna
Upatrzył sobie czyjąś żonę – historia rozczarowanego artysty wiejskiej szkoły, który zamknął się w s…