Kiedy mój syn miał około siedmiu lat, nasza mała rodzina wybrała się na dziwną wycieczkę na wieś. Czułem się jakbyśmy płynęli przez mleczną, letnią mgłę słońce leniwie tańczyło po dachach domów, a my rozmawialiśmy o rzeczach ważnych i nieważnych, jedząc lody śmietankowe i śmiejąc się, jakby czas nie istniał. Wszystko wirowało w ciepłych barwach, aż nagle, ni z tego ni z owego, mój syn otworzył okno auta i z nonszalancją wyrzucił przez nie papierek po lodzie, jakby to była rzecz najbardziej naturalna na świecie.
Zatrzymałem samochód, twardo, prawie jakby asfalt zamienił się w gruby dywan, który nie pozwala jechać dalej. Zsiadłem powoli, biorąc worki na śmieci, które zawsze mam w bagażniku. Zawołałem syna, Zbyszka, żeby wyszedł ze mną. Żona moja Krystyna chciała wtrącić się, lecz poprosiłem, by została w aucie, niech wsłuchuje się w radio, w snujące się z głośników stare szlagiery, a ja zajmę się resztą.
Wytłumaczyłem Zbyszkowi, że musi nie tylko znaleźć własny papierek, ale i posprzątać śmieci zostawione przez innych. Zaskoczony, z rozczarowaną miną, zgodził się, choć oczy napłynęły mu łzami. Nie było już mowy o piernikach z Torunia, o malinowej lemoniadzie wszystko się rozpuściło jak śnieg na wiosnę.
Z nieśmiałym zacięciem Zbyszek zaczął zbierać papierki i butelki, jakby były to fragmenty dziwnego snu, którego nie chce pamiętać. Ja również wziąłem worek, dołączyłem do niego, podnosząc razem z nim ślady ludzkiej obecności na poboczu. Wszystko działo się w dziwnym tempie, czasami wydawało się, że ptaki obserwujące nas z drzew rozumieją więcej, niż my sami.
Przez niecałe pół godziny czyściliśmy otoczenie, rozmawiając szeptem o ważnych rzeczach, których się nie widzi. Kiedy wszystko było już czyste, wróciliśmy do samochodu. Usiadłem na chłodnym siedzeniu i napisałem wiatrowi kilka słów wyjaśniłem Zbyszkowi, dlaczego tak bardzo trzeba dbać o świat wokół nas, używając przykładów prostych jak warkocz warkoczanki.
Gdy syn zapytał, dlaczego zbierałem śmieci razem z nim, uśmiechnąłem się lekko i wyznałem, że to ja, jako ojciec, popełniłem błąd w wychowaniu. Skoro wyrzucił papierek, znaczyło to, że nie przekazałem mu dostatecznie swoich wartości i musimy wspólnie zmyć tę plamę na naszym sumieniu.
Lata przeleciały przez okno jak ptaki przez lipcowe niebo. Teraz Zbyszek ma już trzynaście lat, a nasza rodzina rozrosła się są młodsze siostry, Jadzia i Małgorzata. Z radością patrzę, jak uczą się od brata zbierać po sobie i szanować to, co ulotne i kruche naszą planetę. Czuję wdzięczność do mojego ojca, Jana, którego proste, a mądre życiowe rady prowadzą mnie niczym cichy wiatr przez codzienność. Jego wpływ jest dla mnie bezcenny to on nauczył mnie, jak dać dzieciom wartości, które zostaną z nimi na zawsze, nawet wtedy, gdy to wszystko okaże się tylko przedziwnym snem.



