Ojca oddać do domu opieki
– A co to znowu wymyśliłaś? Jaki dom opieki? Co to, to nie! Nigdzie się nie ruszam ze swojego domu! Ojciec Zofii Malinowskiej rzucił w córkę kubkiem, celując w głowę. Kobieta sprawnym ruchem uchyliła się, bo dobrze już znała te odruchy.
Tak dalej być nie może. Prędzej czy później coś wymyśli i mi zaszkodzi, a ja nie będę wiedziała, skąd nadejdzie cios. Jednak wypełniając papiery na przyjęcie ojca do domu seniora, nie czułam w sobie nic poza poczuciem winy. Choć przecież to, co teraz dla niego robię, to i tak za dużo, biorąc pod uwagę, jak on mnie w życiu traktował.
Wsiadając do samochodu, ojciec krzyczał, szarpał się, złorzeczył wszystkim, którzy byli zamieszani w jego wyprowadzkę.
Stałam przy oknie i patrzyłam, jak samochód odjeżdża. Już raz przeżywałam coś takiego. Tylko wtedy byłam dzieckiem i nie rozumiałam jeszcze, co mnie czeka.
Zosia była jedynaczką. Mama nie odważyła się zajść w kolejną ciążę, bo mąż był domowym tyranem, który zamieniał życie rodziny w piekło.
Ojciec Zosi Władysław Malinowski był mężczyzną w starszym wieku; gdy córka się urodziła, dobijał pięćdziesiątki.
Ożenił się nie z miłości ani z potrzeby założenia rodziny, tylko żeby awansować. Chciał zrobić wrażenie dobrego, rodzinnego człowieka taki wizerunek pomagał w karierze urzędniczej. Spośród znajomych szybko wybrał odpowiednią kandydatkę młodziutka studentka technikum, Marysia, córka robotników z fabryki. Idealna żona dla służby narodu: prosta, cicha, pokorna. Dla jej rodziny takie mezalians był powodem do dumy. Marysi o zdanie nikt nie pytał. Wesele urządzono wystawnie, choć rodziców panny młodej nie zaproszono nie pasowali do towarzystwa.
Po ślubie Marysia przeprowadziła się do domu męża.
Żeby dziewczyna szybciej nauczyła się być żoną urzędnika, przydzielono jej starszą panią, która miała ją uczyć dobrych manier, dyskrecji i ignorowania tego, czego nie powinna widzieć.
– I co, jak ci minął dzień? pytał Władysław, wracając z pracy i siadając w fotelu.
– Dobrze, nauczyłam się zasad przy stole, zaczęłam też lekcje angielskiego odpowiadała Marysia, wiedząc, że nie powinna dawać mu powodów do niezadowolenia.
– I co, to wszystko? A kto domem się zajmował?
– Ja. Z kucharką ułożyłyśmy menu, sama byłam po zakupy i sprzątałam dom.
– No dobrze, na dziś wystarczy. Tylko pamiętaj rączki czyste, wygląd schludny, żadnej wieśniaczki! Jak się będziesz dobrze sprawować, wynajmę ci szofera i pomoc domową. Ale nie teraz, jeszcze nie zasłużyłaś.
Mimo starań Marysi takich spokojnych dni było niewiele. Najczęściej mąż wracał późno, zdenerwowany i zmęczony. Najłatwiej wyładowywać nerwy było na żonie służba mogła odejść albo wygadać rodzinne sekrety. Marysia nie miała komu się poskarżyć ani dokąd uciec.
Po raz pierwszy podniósł na nią rękę miesiąc po ślubie. Nie za wykroczenie, tylko dla porządku żeby wiedziała, kto rządzi i czego się bać.
Później bicie stawało się coraz częstsze. Wiedział, jak to robić tak, żeby nie było śladów, żeby nie zepsuć jej sylwetki, żeby z zewnątrz nie dało się niczego dostrzec. Marysia nauczyła się tuszować siniaki ubraniem, uśmiechała się do gości i kolegów męża, których regularnie musiała podejmować.
Minął rok małżeństwa. Znajomi zaczęli dopytywać Władysława, dlaczego jeszcze nie mają dziecka.
– Władek, taki jesteś zdrowy chłop, a twoja młoda żona jeszcze nie w ciąży? Może któraś z was do lekarza powinna. Po co czas tracić na pusty kwiat.
– Jeszcze nie planowaliśmy. Żona kończy technikum odpowiadał sucho Malinowski.
– Kończy? A po co jej to? Baba ma rodzić dzieci, dbać o dom i o męża. Niech rzuca szkołę, pójdzie do lekarzy. Moja Wanda jej kogoś poleci. Dzieci to sens małżeństwa. Bądź wzorem, Władek!
Od tego momentu życie Marysi podporządkowano badaniom. Mąż na pewien czas przestał ją bić, żeby lekarze nie zauważyli śladów.
Po kilku miesiącach okazało się, że Marysia jest zdrowa, a problem jest po stronie Władysława. Delikatnie powiedział o tym lekarz, sugerując badania.
– Ja?! wściekł się Władysław. Wiesz z kim rozmawiasz? Mogę sprawić, że będziesz leczył tylko świnie!
– Nawet jeśli mnie zwolnią, pański problem i tak pozostanie spokojnie odparł lekarz.
W końcu Malinowski uległ. Po badaniach otrzymał niepomyślną diagnozę szanse na ojcostwo ma znikome. Pozostało liczyć na cud.
Nerwy i frustrację rozładowywał na żonie, ale już bez efektu Marysia przestała się bać, przyjmowała wszystko z kamiennym wyrazem twarzy. Zaczął mieć kochankę; to chwilowo złagodziło jego złość.
Minęły ponad dwa lata, zanim Marysia naprawdę zaszła w ciążę. Urodziła Zosię, zupełnie podobną do ojca. Jednak Władysław żadnej czułości do niej nie czuł; dziewczynkę wychowywała matka i niania. Ojciec przez tygodnie mógł jej nie widzieć, nie odczuwał potrzeby kontaktu.
Im starsza była Zosia, tym bardziej irytowała ojca i coraz trudniej było się powstrzymać przed wybuchem. Po raz pierwszy uderzył ją, gdy miała pięć lat i była nieznośna. Akurat wrócił z trudnego spotkania nie miał głowy do humorów dziecka. Gdy Zosia kolejny raz uderzyła nogą w podłogę, Władysław tak ją odepchnął, że wpadła w ścianę. Ze strachu nawet nie płakała. On tymczasem wygodnie rozsiadł się i włączył telewizor.
Dziewczynka pojęła lekcję i od tej pory bardzo starała się nie rozgniewać ojca. Nie powstrzymywało to Władysława raz podniósłszy rękę, potem czynił to przy każdej okazji. Potrafił wyzwać, uderzyć, upokorzyć nawet przy gościach. Wtedy miał już mocną pozycję i nie musiał się nikogo obawiać.
– Panie Władysławie, słyszałam, że pańska Zosia wspaniale gra na skrzypcach! Może zagrałaby coś dla nas?
– Skrzypaczka? Ta sierota ledwo wie, jak instrument trzymać! Chcecie, to poproście, ale ja bym się na waszym miejscu oszczędził! Zoska! Słyszysz? Idź, weź swój grzebień i zagraj gościom!
Zosia, czerwona ze wstydu, szła po instrument. Grać przed ludźmi się bała, ale bardziej bała się ojca.
Strach przed publicznymi występami ciągnął się za nią przez całe dorosłe życie, dlatego kariera skrzypaczki nigdy się nie spełniła nie wzięła już potem skrzypiec do ręki.
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że nie wszędzie tak jest. Patrząc na obrazki szczęśliwych rodzin, pytała sama siebie, dlaczego jej się tak nie poszczęściło, że akurat jej ojciec nienawidzi wszystkich wokół.
Matka także nie była wzorem dla córki. Ona również nie potrafiła pokochać dziecka tyrana. Gdy Zosia miała trzynaście lat, matka zginęła w wypadku samochodowym przynajmniej taką wersję podano oficjalnie. Co się naprawdę stało, nigdy nie dowiedziała się. Od tej pory Zosia jeszcze bardziej zamknęła się w sobie.
Po maturze poszła na uczelnię wskazaną przez ojca; to była jedna z ostatnich decyzji Władysława dotyczących córki. On sam, pogrążony już w problemach zawodowych, odsunął się od niej. Kiedy Zosia kończyła studia, ojciec stracił większość majątku i wpływów. Sporo zgromadzonych przez lata oszczędności poszło na uciszenie afer i ratowanie własnej skóry. Udało mu się zniknąć bez rozgłosu na emeryturę, przeniósł się na działkę pod Warszawą. Zosia z ojcem nie widywała się nie było o czym rozmawiać, nie miała też siły znosić jego wyzwisk.
Samotność i brak możliwości wyładowania frustracji na innych odbiły się na jego psychice. Sąsiedzi zaczęli coraz częściej dzwonić do mnie, zgłaszając, że ojciec zachowuje się coraz dziwniej. Musiałam znaleźć w sobie odwagę i postanowić zabieram ojca do siebie.
Władysław był w siódmym niebie, mogąc znowu się nade mną znęcać: codzienne awantury, wyzwiska, rzucanie naczyniami, demolowanie mieszkania. Wyznaczyłam mu osobny pokój i zamknęłam na klucz, żeby hałasował tylko tam. Kiedy i to nie wystarczyło, a objawy demencji zaczęły się nasilać, podjęłam jeszcze trudniejszą decyzję czas oddać go do domu opieki.
Nie mam własnej rodziny. Jestem nieśmiała, nieufna, zamknięta w sobie z powodu pokiereszowanej psychiki. Nawet w pracy nie zaprzyjaźniłam się z nikim, trzymałam się z dala od innych. Kiedy więc przyszło oddać ojca do domu opieki, dręczyły mnie ogromne wyrzuty sumienia.
Zostawić go u siebie byłoby niebezpieczne lekarze potwierdzili początki demencji, stracił całkowicie świadomość swojego zachowania, ale nienawiść do mnie trwała nadal, nawet kiedy już mnie nie poznawał.
Obeszłam wszystkie domy opieki w Warszawie. Najlepszy z nich był bardzo drogi musiałam oddać prawie całą pensję i dorabiać wieczorami, żeby wystarczyło na życie.
Po wyjeździe ojca przez kilka dni czułam się jak w amoku. Myślałam o tamtym dniu, gdy wyjeżdżałyśmy z mamą jedyny raz, kiedy spróbowała nas uchronić. Władysław nas wtedy odnalazł, a niedługo potem mama zginęła.
I mimo wszystko, kiedy odwiedzałam ojca, płakałam ze współczucia i winy, jakby były to jedyne uczucia, których nauczyli mnie rodzice.
Oprócz ciągłego poczucia winy zaczęły się też problemy ze zdrowiem…



