Po siedemdziesiątych urodzinach czuła się całkiem zapomniana. Nawet syn i córka nie zadzwonili, by złożyć jej życzenia. Jadwiga siedzi na ławce w szpitalnym ogrodzie, ocierając łzy. Właśnie skończyła siedemdziesiąt lat, a jedyną osobą, która jej pogratulowała, była współlokatorka z sali szpitalnej, ofiarując jej drobny upominek uroczy haftowany chustecznik. Pielęgniarka Basia uśmiechnęła się do niej i podała jabłko na zdrowie, w dniu urodzin. Szpital jest dobrze wyposażony, jednak cały personel jakby odtąd z wyznaczonym dystansem był raczej obojętny wobec losów pacjentów.
Chyba wszyscy wiedzą, że do takich miejsc dzieci oddają rodziców, kiedy ci stają się zbyt wielkim ciężarem. Jadwigę przywiózł tu syn, Andrzej, tłumacząc, że mama musi odpocząć, nabrać sił, choć w rzeczywistości teściowa nie odpowiadała jego żonie.
Choć była właścicielką mieszkania w Poznaniu, Andrzej namówił ją na przepisanie go na siebie. Obiecywał, że Jadwiga będzie nadal mogła mieszkać u siebie. Rzeczywistość wyglądała jednak inaczej syn wraz z rodziną szybko się wprowadzili, a ona musiała prowadzić nieustanną wojnę domową z synową.
Synowa Anna zawsze znajdowała powody do narzekań a to zupa za mało słona, a to podłoga mokra w łazience. Andrzej początkowo próbował bronić matki, szybko jednak przestał, a z czasem także i on okazywał zniecierpliwienie. Jadwiga zauważyła, że syn i synowa często coś cicho ustalają.
Pewnego dnia Andrzej zaczął mówić, że powinna odpocząć, nabrać sił. Jadwiga, patrząc mu prosto w oczy, zapytała:
Synku, czy chcesz oddać mnie do domu opieki?
Zarumienił się, spuścił wzrok i odpowiedział cicho:
Mamo, nie przesadzaj, to tylko sanatorium nad jeziorem, odpoczniesz miesiąc i wrócisz.
Odwiózł ją tam, podpisał papierki, zapewniał, że niedługo wróci lecz od tego czasu minęły już dwa lata.
Raz zadzwoniła do syna, słuchawkę odebrał nieznajomy mężczyzna, informując, że Andrzej sprzedał mieszkanie. Jadwiga nawet nie wiedziała, gdzie syn się podział. Płakała nocami, bo rozumiała, że do własnego domu już nie wróci. Przypomniała sobie wtedy, jak w przeszłości skrzywdziła córkę Mariolę, dbając głównie o szczęście syna.
Pochodziła z okolic Żywca, wychowała się na gospodarstwie. Razem z mężem prowadzili spory dom, wszystko dobrze się układało, dopóki sąsiad nie przekonał jej męża, że w mieście żyje się wygodniej i dostatniej. Mąż uparł się na wyjazd do miasta, sprzedali gospodarstwo i przeprowadzili się do Poznania. Na początku rzeczywiście układało się lepiej: dostali mieszkanie, stopniowo kupili meble, nawet używanego fiata.
Niestety, wkrótce mąż Jadwigi miał wypadek samochodowy. Zmarł następnego dnia, pozostając Jadwigę samą z dwójką dzieci. Żeby ich utrzymać, sprzątała klatki schodowe w wieżowcu, często także wieczorami. Miała nadzieję, że dzieci, dorastając, pomogą jej, jednak los chciał inaczej.
Najpierw syn popadł w poważne kłopoty i Jadwiga musiała pożyczyć dużo pieniędzy, by nie trafił do więzienia. Jakiś czas później córka Mariola wyszła za mąż, urodziła wnuka. Zdawało się, że wszystko się układa, do chwili gdy wnuczek rozchorował się poważnie. Mariola zrezygnowała z pracy, by zająć się synem, a lekarze długo nie potrafili postawić diagnozy.
Dopiero po długim czasie ustalono, że to rzadka choroba, którą można było leczyć tylko w jednym szpitalu pod Warszawą. Tam czekała ich długa kolejka. Podczas leczenia córka poznała w szpitalu wdowca jego córka także była chora.
Połączyło ich wspólne doświadczenie, wspierali się i zamieszkali razem. Po czterech latach okazało się, że mąż Marioli wymaga kosztownej operacji, możliwej tylko za granicą. Jadwiga miała odłożone pieniądze oszczędzała je z myślą o wkładzie własnym na kolejne mieszkanie dla syna.
Córka poprosiła o pożyczkę, lecz Jadwiga odmówiła, nie chcąc wspierać nie swojego człowieka. Mariola bardzo się wtedy obraziła, powiedziała, że nie ma już matki. Nie odezwały się do siebie przez jedenaście lat.
Jadwiga powoli podnosi się z ławki i rusza w stronę pensjonatu. Nagle słyszy za sobą głos:
Mamusiu!
Serce jej zamiera. Odwraca się i widzi Mariolę, która w tej samej chwili podbiega i obejmuje ją mocno, ratując przed upadkiem.
Tak długo cię szukałam szepcze Mariola Brat nie chciał mi powiedzieć, gdzie jesteś. Dopiero gdy postraszyłam go sprawą w sądzie za sprzedaż mieszkania, zdradził mi adres.
Mamo, przepraszam, że tak długo się nie odzywałam. Najpierw byłam na Ciebie wściekła, potem odwlekałam spotkanie, aż w końcu byłam zbyt zawstydzona. Kilka tygodni temu przyśniło mi się, że błąkasz się po lesie i płaczesz. Rano poczułam się tragicznie. Mąż doradził mi, żebym koniecznie pojechała do Ciebie. Pojechałam do dawnego mieszkania, ale mieszkała już tam obca rodzina. Długo szukałam Andrzeja. Mamy teraz duży dom nad Bałtykiem. Mąż powiedział, żebym przywiozła Cię do nas.
Jadwiga obejmuje córkę i znów płacze lecz tym razem ze szczęścia, czując ciepło i nadzieję, które rozlewają się po jej sercu.



