Pewnego dnia, kiedy światło sączyło się przez sosnowe igły jak przez zielone szkło, Marek, prosty robotnik z mazowieckiej wsi, błąkał się po lesie, zbierając suche gałęzie na opał. Wtem, w samym środku splątanych krzewów, Marek usłyszał znajome głosy, które rozchodziły się w powietrzu niczym unoszący się zapach dymu z pieca chlebowego. Zaintrygowany, odchylił gałąź i zobaczył swoją córkę Jadwigę oraz jej wybranka, młodego człowieka o imieniu Tymoteusz, zatopionych w gorącej dyskusji, która przecinała ciszę jak kosa młode żyto.
Jadwiga o oczach łagodnych jak mazurskie jeziora była rozczarowana, że ich związek skrywa się w cieniu sekretów i zaproponowała, żeby poczekali jeszcze miesiąc, zanim podejmą jakąkolwiek decyzję. Słowa te, niczym szorstki wiatr, poruszyły Tymoteusza do głębi, ale Marek, zduszony wstydliwym zachwytem, powlókł się z powrotem do domu. Całą drogę układał w myślach potok słów, które zamierzał przelać na syna podczas nadchodzącej rozmowy.
W chacie panował zapach gotowanych ziemniaków i świeżo rąbanych konarów. Marek czekał niecierpliwie na powrót syna, a czas biegł jakby roztapiał się w ścianach z dębowych bali. Ledwie zdążył poprawić ogień, a już Tymoteusz stanął w progu, twarz miał rozmazaną przez blask zachodzącego słońca. Marek wybuchnął: Na co ty liczysz, synu? Czemuż nie wyznałeś wcześniej, że masz tak wspaniałą dziewczynę? Jadwiga to dar oszczędna, pracowita, dobra. Marzenie każdego chłopa, by taka kobieta zagościła w jego domu. A ty ją ranisz i ukrywasz! Ja na to nie pozwolę! Szacunku dla niej domagam się, także od ciebie!
Oberwał się Tymoteusz pod naporem ojcowskich słów, coś burknął i wybiegł z domu, porywając kilka jabłek z kredensu i trzaskając drzwiami. Po tym dniu relacje syna z Jadwigą i z ojcem zaczęły przypominać zimową ścieżkę wyboistą, pokrytą nieoczekiwanymi zakrętami. Kolejne spotkania kończyły się kłótniami, a na ostatnim Jadwiga, ufna jak święta Kinga, oznajmiła, że nie widzi sensu dalej ukrywać ich związku. Prosiła, żeby Tymoteusz poprosił ją o rękę, ale zamiast tego rozproszył się w plątaninie własnych lęków.
Marek w końcu miał dość spirali napięć i postanowił samemu rozplątać ten węzeł. Udał się do chaty Jadwigi i w tajemnicy od syna, przy lampie naftowej, dogadał się z jej rodzicami. Zaplanowano zaręczyny dzieci Tymoteusz nie miał pojęcia. Jadwidze zaś powiedziano, że ukochany wyjechał do Radomia po części do ciągnika sąsiada, by zarobić trochę grosza.
Gdy Tymoteusz powrócił do domu, znalazł Jadwigę czekającą na niego, siedzącą spokojnie jak anioł na progu. On zdziwiony spytał: Czemu tu jesteś? Jadwiga odparła pewnie: Tu teraz mieszkam! Nie zamierzasz się ze mną ożenić? Tak nagłe małżeństwa nie były wcale czymś dziwnym wieś znała te skróty życiowych dróg.
Choć na początku Tymoteusz był rozgoryczony ojcowską ingerencją, zaczęły mijać dni splecione zapachem wspólnej kawy zbożowej i słodyczą kompotu, a chłopak zrozumiał, że lepszej żony niż Jadwiga nie znajdzie. Zbliżyli się do siebie i nauczyli się wspólnego śmiechu z codziennych drobiazgów. Wreszcie, w cieniu jabłoni, docenił ojcowską troskę i pojął, że Marek działał z serca dla ich wspólnego dobra.



