Pochodzę z licznej rodziny: tata, mama, starszy brat, dwie siostry i ja. Mieszkaliśmy w przestronnym, trzypokojowym mieszkaniu w Warszawie, a ojciec zbudował dużą drewnianą chatę na Mazurach. Mimo to nigdy nie byliśmy, jak to się mówi, zgraną rodziną. Jako dzieci, zwłaszcza moje siostry, ciągle się kłóciliśmy. Dorastając, niewiele się zmieniło: kontakty między nami stały się jeszcze bardziej chłodne i napięte.
Mój brat jako pierwszy opuścił rodzinny dom. Po służbie wojskowej ożenił się i został szanowanym człowiekiem, choć pod silnym wpływem żony, która o dziwo nigdy za nami nie przepadała. Mają razem córkę, a nasi rodzice starali się utrzymywać kontakt z wnuczką, jeżdżąc w odwiedziny. Niestety, nieprzyjazne podejście mojej bratowej skutecznie odbierało wszystkim radość ze spotkań. Ten stan trwał przez dłuższy czas, aż około siedmiu lat temu wizyty ustały całkowicie.
Moja najstarsza siostra, Grażyna, zakochała się po uszy w jednym aktorze już na pierwszym roku studiów i szybko rzuciła uczelnię. Przez trzy lata jeździła za nim i jego trupą po różnych polskich miastach, występując w teatrach. Ostatecznie pokłócili się i on zostawił ją w nieznanym sobie mieście. Rodzice oferowali jej pomoc, ale odmówiła dumna była ponad miarę. Początkowo tułała się po różnych akademikach, potem ogłosiła, że wyszła za mąż. Nie znam wielu szczegółów od jej ostatniej wizyty minęło już dziesięć lat, nie widziałem jej męża na oczy.
Druga siostra, Wanda, od dziecka była oczkiem w głowie rodziny. Dostawała wszystko, co najlepsze. Jej niezwykła uroda z pewnością miała na to wpływ. Nauka nigdy nie była jej mocną stroną, a jej życiowym motto zdawało się brzmieć: Człowieka określa zawartość portfela. Zaraz po maturze zaczęła się spotykać z synem bogatego biznesmena z Krakowa, ale gdy interesy jego ojca runęły i pieniądze przepadły, szybko znalazła sobie jego zamożniejszego kolegę. Od pięciu lat mieszkają razem, mają syna.
Co się tyczy mnie, moje życie dalekie było od spokoju. Po studiach ożeniłem się i razem z żoną doczekaliśmy się córki. Niestety, żona popadła w alkoholizm, a nasze małżeństwo skończyło się rozwodem. W tym samym czasie moi rodzice zaczęli poważnie chorować. Przez wiele lat byłem rozdarty między opieką nad nimi a wychowywaniem dziecka. Żadne z mojego rodzeństwa nie zaoferowało pomocy, ale wszyscy domagają się udziału w spadku. Ojciec już dawno przepisał mi dom na Mazurach, lecz uważam, że i do mieszkania w Warszawie mam prawo.
Patrząc dziś na nasze rodzinne relacje, widzę jak ważne jest nie tylko to, co materialne. Człowiek bez wsparcia bliskich naprawdę niewiele znaczy. Największą lekcją, jaką wyciągnąłem z tych wszystkich lat, jest to, że warto budować więzi, zanim zabieganie o majątek te więzi zupełnie zniszczy.



