Pewnego dnia, podczas surrealistycznych wakacji nad Bałtykiem razem z przyjacielem, wszystko zdawało się płynąć jak sen. Siedzieliśmy na rozgrzanej plaży, tuż obok letniej kawiarni pachnącej świeżo mieloną kawą i smażoną rybą. Obok znajdował się dziwny, kolorowy kiosk z lodami, gdzie tłoczyli się ludzie o nierealnych kształtach, szeleszcząc banknotami złotówkowymi jakby to były liście. Trzymałem w dłoni lodowy szaszłyk (tak mi się wydawało!), i właśnie wtedy zauważyłem nagłe poruszenie wręcz wir szeleszczących głosów.
Przyjaciel mój, Wojciech Krajewski, był żądny dziwnych spraw. Zbliżyliśmy się, a tam na piasku leżała młoda dziewczyna martwa cisza wokół niej, zupełnie jakby była tylko częścią snu. Nad nią pochylała się kobieta o zapłakanej twarzy, próbując przywrócić ją do życia w nieporadnych gestach. Wojciech wcale nie wydawał się zdezorientowany na przekór logice snu, zerwał się, chwycił butelkę wody mineralnej i wylał ją na dziewczynę, jakby chciał zrosić pustynię. Sprawdził puls, potem masował jej serce, a mi kazał dzwonić po karetkę.
Minęło kilka snów minut, nim zjawili się lekarze z Gdańska. Zabrali dziewczynę, dziękując Wojciechowi, choć wydawało mi się, że ich twarze były rozmazane jak akwarela. “Wojciech uratował życie tej dziewczynie,” ktoś szepnął z tłumu, który tylko stał i patrzył, niektórzy robili zdjęcia, inni tupali w piasek jakby czekali na coś niezwykłego. Zastanawiałem się, czy sam umiałbym zareagować, czy może byłbym tylko jednym z tych obserwatorów. Ważne, że dziewczyna, której imię brzmiało jak dźwięk dzwonka Jagoda została uratowana.
Następnego dnia wszystko powtarzało się kawę piłem w tym samym miejscu, ale brzmiało to jak echo wcześniejszej sceny. Nagle zatrzymały się trzy luksusowe samochody polskie marki, choć wyglądały jak z innej bajki. Wojciech westchnął: Ale bym chciał taką karocę, a złotówki w jego portfelu zaczęły drżeć z ekscytacji.
Z aut wysiadło sześciu mężczyzn, ich twarze były jakby wyrzeźbione przez sen, surowe i tajemnicze. Podchodzą do nas, jeden pyta: Który z was uratował wczoraj Jagodę? Wskazałem Wojciecha. Ich gesty były spokojne, lecz w oczach miałem wrażenie, że świeciły w nich fragmenty gwiazd.
Podziękowali mu, wręczyli klucze do jednej z tych dziwnych maszyn okazało się, że to bracia Jagody, ich wdzięczność była jak ciepły wiatr od morza. Wojciech stał, oszołomiony, nie mogąc wyjść z tego snu przez trzy lata zbierał złotówki na własne auto, a tu sny i morze dały mu samochód za jedno odważne działanie.
Świat zapadł się z powrotem w sen, lecz w kawiarni pachniało bardziej niż zwykle.



