Odkąd pamiętam, mieszkałam sama w przytulnej kawalerce tuż przy Placu Trzech Krzyży, w samym sercu Warszawy. Mój świętej pamięci mąż odszedł pięć zim temu i wtedy właśnie, po cioci Jadwidze, została mi w spadku dwupokojowa nieruchomość na Pradze. Nie tak prestiżowa lokalizacja jak moje dotychczasowe mieszkanie, ale solidne cegły, funkcjonalny rozkład i porządne sąsiedztwo. Od dwóch lat wynajmowałam te cztery kąty młodemu małżeństwu porządnym, sympatycznym ludziom, którym nie miałam nic do zarzucenia. Każdego miesiąca zaglądałam po czynsz i zerkałam kątem oka, czy mieszkanie utrzymywane jest w należytym stanie.
Gdy mój syn Paweł się ożenił z Martą, oczywiste było dla mnie, że pragną budować własny dom na razie wynajmują, przy każdej okazji oszczędzając na wkład własny na kredyt hipoteczny. Nie stawałam na drodze ich planom, choć z tyłu głowy miałam już postanowienie oddam im kiedyś kawalerkę po cioci Jadwidze. Chciałam, żeby mogli ją sprzedać albo urządzić po swojemu, jak tylko przyjdzie im ochota.
Rok po ich weselu Marta urodziła mojego ukochanego wnuka, małego Jasia, co tylko upewniło mnie w decyzji, by rozpocząć formalności przekazania im mieszkania. I zapewne tak by się stało, gdyby nie wydarzenie sprzed tygodnia, które zmieniło mój tok rozumowania.
Było to zaraz po moich 60. urodzinach. Z tej okazji postanowiłam urządzić większe przyjęcie taki prezent dla samej siebie. Wynajęłam salkę w klimatycznej restauracji, zgrałam wszystko jak w zegarku i zaprosiłam grono starych przyjaciół oraz bliskich. Naturalnie Paweł z Martą zostali zaproszeni, razem z Jasiem.
Z synową zawsze rozmawiałyśmy szczerze, choć nie ukrywam, Marta bywała wybuchowa. W jej wieku zresztą nie trudno o czasem niekontrolowane emocje młodość ma swoje prawa i nigdy nie robiłam z tego tragedii. Jednak to, co stało się tamtego wieczoru, zupełnie odmieniło moje nastawienie do niej.
Paweł i Marta przyszli na przyjęcie z synkiem pod pachą. Wiadomo, gwar restauracji nie służy dzieciom, więc Marta uprzedziła, że po godzinie będą musieli się zbierać. Zgodziłam się, rozumiejąc sytuację.
Gdy zaczęli się szykować do wyjścia, okazało się, że Marta nie może znaleźć telefonu. Pomagałam jej w poszukiwaniach, postanowiłam więc zadzwonić na jej numer. Goście zaczęli spoglądać na nas z lekkim zniecierpliwieniem, atmosfera wyraźnie się ochłodziła, gdy nagle z parapetu rozległ się dziki szczek, warczenie i wycie psa. Nastała cisza, wszyscy patrzyli zdumieni to na Martę, to na mnie. Marta pobladła, po czym jak najszybciej dopadła do telefonu i wyciszyła dzwonek.
Znajomi wymieniali między sobą znaczące spojrzenia, a rozmowy przycichły. Dzięki chłodnej głowie mojego brata, udało się zmienić temat podniósł toast i znów rozbrzmiała muzyka, lecz dawna swoboda na przyjęciu już nie wróciła.
Do końca wieczoru szeptano o Martynie dzwonku. Następnego ranka długo zbierałam się w sobie, ale w końcu poprosiłam Pawła o rozmowę byłam przekonana, że musiał wcześniej słyszeć tę melodię, ale tylko wzruszył ramionami stwierdzając, że to żadna sprawa.
Od tamtej pory nie kontaktowałam się z synem ani z synową. W sprawie przekazania mieszkania zdecydowałam się poczekać na lepszy czas i być może szczere przeprosiny. Bo jeśli w ich oczach jestem tylko szczekającym kundlem no cóż, każdy ma prawo sądzić wedle własnego sumienia.



