Tak zemściłam się na mężu, gdy w jego kieszeni znalazłam dwa vouchery na rejs po Bałtyku – na jednym…

A więc śniłam dziwny, mglisty sen o sobie i moim mężu, którego nazywano Marek Zieliński. Spotkałam go na starym przystanku tramwajowym w Poznaniu, gdy miękkim światłem zalewała nas latarnia, a powietrze pachniało deszczem i palonym węglem. W kieszeni płaszcza Marka zaszeleściły dwa niewyraźne skrawki papieru vouchery na wycieczkę po Bałtyku. Jeden bilet nosił obce, kobiece imię: Jagoda Ruczaj.

Pamiętam tę ciemność, w której szukałam kluczy upuszczonych w kałużę. Mój portfel, stary i popękany, wypadł na chodnik. Marek podniósł klucze i podał mi je, a jego dłoń była zimna jak lód. Zdziwieni, wsiadaliśmy razem do żółto-niebieskiego tramwaju, który jechał donikąd. Podczas podróży Marek śmiał się, a echo jego śmiechu odbijało się w pustych szybach. Odprowadził mnie pod drewnianą bramę na Jeżycach a potem nagle byliśmy już małżeństwem.

Przez kolejne trzy lata wszystko było jak mgła: ciche niedziele, zapach kawy zbożowej, radość z pierwszych zakupów za złote i drobne. Do czasu. Marek dostał pracę w wysokim, szarym wieżowcu. Z jego kieszeni zaczęły wystawać nowe, nieznajome rzeczy; wracał później, z oczu gasło mu światło.

Pewnej nocy powiedział, że znika na dwa tygodnie w delegację do Warszawy. Zniknął do łazienki, a ja czułam, jak pode mną kołysze się podłoga. Wzięłam spodnie Marka, gotowa je uprać. W prawej kieszeni znalazłam dwa tasmańskie bilety na prom po Bałtyku. Jeden dla niego, drugi dla jakiejś Jagody.

Serce ścisnęło mi się w dłoni. Przekształciłam się w senną Vendettę. Zadzwoniłam do mojego przyjaciela z dzieciństwa Andrzeja Wiśniewskiego, filigranowego chłopaka, z którym kiedyś podziwialiśmy dorożki na Starym Rynku. Poprosiłam, by był moim cieniem na czas tej podróży. Weszliśmy razem na pokład promu, udając zakochanych. Wokół odpływały kolory i dźwięki, morze płynęło pod porcelanowym niebem.

Gdy Marek nas zobaczył, podszedł jak cień. Krzyczał, że go zdradzam! A ja śniłam własne słowa:
Myślałeś, że to gra dla jednego? Ja też potrafię stać się nieobecna!

Z boku stała Jagoda, jej włosy układały się w kształt fali. Była blada, zaskoczona jakby nagle zakwitła pod śniegiem. Nie wiedziała o moim istnieniu, była równie oszukana.

Rozwód z Markiem śniłam jak przejście przez kilkadziesiąt drzwi w bloku. Wszystko brzęczało od kluczy i łez przeliczanych na złotówki.

Po pół roku sen przestawił mnie obok Andrzeja, na ślubnej sali z widokiem na Wartę. A Jagoda i Marek rozeszli się jak dwa dymy w chłodnym powietrzu. Mówiła, że nigdy nie wybaczy Markowi kłamstwo osiadło na niej jak szron. A ja, dziwnie lekka, budziłam się z tego snu, słysząc w oddali skrzypienie kajaków i śmiech dzieci na targu w Poznaniu.

Rate article
Fajna Tajna
Tak zemściłam się na mężu, gdy w jego kieszeni znalazłam dwa vouchery na rejs po Bałtyku – na jednym…