Miałam najlepszą przyjaciółkę, Wiolettę. Znałyśmy się od wielu lat, a ona nie raz zwierzała mi się, jak ciężko się jej żyje. Wszystko przez to, że od dwudziestu lat mieszkała z mężem i swoją matką.
Matka Wioletty, Jadwiga typowa polska matrona, która zawsze potrafiła wykorzystać innych i nie robiła sobie z tego wielkiego halo, nawet jeśli chodziło o jej własną córkę. Dla niej wszystko było zawsze nie takie, jak trzeba. Jadwidze stuknęło już 85 lat, ale warto zaznaczyć, że jak na swój wiek była całkiem energiczna żadna babcia, tylko żywioł.
Jadwiga cały czas twierdziła, że Wioletta coś jej zawdzięcza, najlepiej całe życie. A wszystko przez to, że gdy była w ciąży, mąż od niej zwiał i znalazł sobie nową wybrankę. Cała złość skupiała się na córce, która do złudzenia przypominała ojca.
Wioletta nigdy nie była dla matki ukochaną córką raczej kucharką, sprzątaczką, osobistą asystentką, ale absolutnie nie córką. Pracowała ciężko, miała dwie roboty, a kiedy wracała do domu, od razu zabierała się za szorowanie podłogi i gotowanie obiadu. Matka oczywiście nie ruszała nawet palcem, a czasami jeszcze robiła złośliwe uwagi, bo Wioletta ugotowała coś, na co Jadwiga nie miała ochoty. No i wyobraźcie sobie biedna Wioletta rzuciła jedną pracę, żeby jechać przez całą Warszawę i gotować Jadwidze barszcz, bo zachciało jej się czegoś innego.
W dniu swoich urodzin Wioletta zorganizowała przyjęcie. Wszyscy zasiedliśmy do stołu, a ona przygotowała prawdziwą ucztę. Jednak szybko zauważyłam, że moja przyjaciółka była bardzo smutna. Właśnie powiedziała mi, że z matką znowu doszło do grubej awantury. Zresztą, większość gości wyszła wcześniej.
A następnego ranka dowiedziałam się, że Wioletta zniknęła. Okazało się, że po naszym wyjściu Jadwiga znowu wywołała burzę. Wioletta nie wytrzymała tego serce odmówiło posłuszeństwa, a nikt nie zadzwonił po karetkę. W nocy odeszła na zawsze. Tak właśnie matka rozkręciła dramat przez całą nocW kilka dni później stałam przed drzwiami mieszkania Wioletty, które teraz stały otworem, jakby czekały na powiew świeżości po latach ciężkiej atmosfery. Jadwiga siedziała w fotelu, wyraźnie samotna i zaskoczona moją wizytą. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu.
Wioletta była moją przyjaciółką powiedziałam cicho. Ale była też twoją córką. Przez dwadzieścia lat robiła wszystko dla ciebie, nawet jeśli nie zawsze to doceniałaś. Chciałam, żebyś to usłyszała, bo dla niej życie było domem, który prowadziła i próbowała ocalić.
Jadwiga zamilkła. Na jej policzku pojawiła się łza pierwsza, jaką widziałam. I wtedy po raz pierwszy poczułam, że krzywda i dobre serce Wioletty, które zawsze ratowało świat, pozostały nie tylko w wspomnieniach, ale zostawiły ślad nawet tam, gdzie wydawało się, że już nic nie dotrze.
Zamknęłam drzwi za sobą, zostawiając Jadwigę samą z jej żalem. Wioletta odeszła cicho, jak często żyła bez wielkiego zamieszania, ale z czystym sercem, które na końcu mogło przestać bić. Moja przyjaciółka miała dość trudnych dni, ale nie pozwoliła, by zabrakło jej czułości wobec innych. I tego dnia, wracając przez pustą Warszawę, złożyłam jej cichy obietnicę: będę pamiętać o jej dobroci i zawsze przypominać ludziom, że nawet wśród gruzów codzienności można znaleźć kogoś, kto nigdy nie przestaje kochać.



