Dziś nacisnęłam na stronie studia mały przycisk Wyślij. Dłonie miałam mokre, jakby trzymała nie myszkę, a czyjąś obcą rękę. W formularzu szczerze wpisałam: 55 lat. Doświadczenie szkolne akademie, czytałam na zebraniach. Przy cel najpierw napisałam: dla siebie, skasowałam, wpisałam: chcę nauczyć się mówić głośno dopiero wtedy uderzyłam w enter.
Po minucie przyszła odpowiedź z adresem i godziną próbnych zajęć. Zamknęłam laptopa, jakby mogło to odwołać wszystko, i poszłam do kuchni. Góra naczyń, zupa stygła na kuchence. Odruchowo sięgnęłam po gąbkę, ale się zatrzymałam.
Później powiedziałam na głos i zżenowałam się własnym głosem, jakby ktoś podsłuchiwał.
Nikomu nie powiedziałam o studiu. W pracy, w dziale księgowości, rozmów nie brakowało: kto komu co powiedział, kto jak patrzył. W domu syn, mąż, teściowa przez telefon, codzienność, obowiązki. Bałam się, że jeśli powiem: Idę do studia dykcji, od razu zaczną się pytania, żarty, porady. Albo gorzej to współczujące: Po co ci to?. Sama do siebie tak mówiłam latami.
W wyznaczony wieczór wysiadłam z metra na Starych Bielanach i długo szukałam właściwego bloku, choć adres był prosty. Szłam powoli, sprawdzając torebkę: dowód, notes, butelka wody. Na klatce ciasno, ktoś znosił wózek, przycisnęłam się do ściany, przepuściłam. Serce waliło jak przed maturą.
Studio mieściło się na drugiem piętrze, za drzwiami z napisem Pracownia Twórcza. W korytarzu krzesła, na ścianie afisze dawnych spektakli. Zdjęłam płaszcz, powiesiłam na haczyku, poprawiłam włosy w lustrze. Wydawało mi się, że siwizna za bardzo się rzuca w oczy wygładziłam ją odruchowo.
W sali siedziało z dziesięć osób. Ktoś się śmiał, ktoś przeglądał wydruki. Prowadząca, niska kobieta z krótkimi włosami, przedstawiła się: pani Krystyna Sadowska, poprosiła, żebyśmy stanęli w kole.
Dziś próbujemy głosu. Nie głośniej, tylko pewniej powiedziała. Oddychamy. Nie przepraszamy.
To nie przepraszamy uderzyło mnie w żołądek. Złapałam się na tym, że już mam na końcu języka: Jestem tu tylko na chwilę, przyszłam zobaczyć. A zamiast tego po prostu stanęłam w kole.
Pierwsze ćwiczenie było proste: wdech, długi wydech na sss, potem na żżż. Starałam się nie patrzeć na innych, ale widziałam: obok dwudziestolatka z pomalowanymi paznokciami i wzorową postawą, dalej mężczyzna w dresie, pewny siebie. Czułam się obca, jak na nie swojej imprezie.
Teraz każdy powie swoje imię i jedną dowolną frazę kontynuowała pani Krystyna. Tylko nie szeptem.
Kiedy przyszła moja kolej, język przysechł do podniebienia.
Zofia powiedziałam i zaraz dodałam: Przepraszam, ja…
Stop łagodnie, ale stanowczo przerwała prowadząca. Tego słowa dziś nie używamy. Powtórz. Same imię.
Przełknęłam ślinę.
Zofia.
Usłyszałam, że mam głos niższy, niż myślałam trochę zachrypnięty, ale wyraźny. Poczułam strach i ulgę jednocześnie.
Po zajęciach pani Krystyna podeszła do mnie.
Proszę przyjść na kurs powiedziała. Ma pani tembr. I taki nawyk chowania się. Tym się zajmiemy.
Kiwnęłam głową, jakby to było o kimś innym. Na ulicy wyjęłam komórkę, żeby napisać mężowi, że wrócę później, i długo dobierałam słowa. W końcu wysłałam: Będę po zajęciach. Bez szczegółów.
Od następnego tygodnia zaczęły się regularne próby. Wydrukowałam tekst fragment współczesnej prozy, monolog kobiety uczącej się mówić nie. Czytałam go w kuchni gdy gotowała się kasza, wciąż się myliłam, gubiłam linijki, połykałam końcówki. Złościłam się, jak na krnąbrne dziecko.
Co tam mruczysz? zapytał syn, wchodząc do kuchni.
Drgnęłam i szybko schowałam kartkę.
Nic, praca.
To słowo było wygodną tarczą. Było mi wstyd, że chowam się nawet przed synem, ale bałam się przyznać.
Na próbach pani Krystyna ustawia nas po kolei przy mikrofonie. Ustawiony na stojaku, z kablem do głośnika, onieśmielał mnie prawie jak ludzie. Bałam się, że mój głos się rozniesie i zdradzi każdą niepewność.
Nie sięgamy do mikrofonu, instruowała. On jest dla was, wy stoicie prosto. Oddychamy w plecy.
Próbowałam. Słabo: ramiona podnosiły się, oddech płytki. Obok dziewczyna czytała płynnie, jakby rozmawiała z przyjaciółką. Myślałam: Za późno na mnie. Jestem śmieszna. I natychmiast szukałam usprawiedliwień w myślach.
Po próbie podeszła do mnie kobieta w moim wieku, w szarym swetrze, włosy w kucyku.
Dobrze pani gra pauzami powiedziała. Jestem Ewa. Też na początku bałam się mikrofonu, jakby wszystko zdradzał.
Po raz pierwszy tego wieczora się uśmiechnęłam.
Zdradza szepnęłam.
Tak, ale nie tak, jak się boimy.
Wyszłyśmy razem, do przystanku. Ewa opowiadała, że pracuje w przychodni, że przyszła tu po ciężkim roku, kiedy w środku wszystko zamieniło się w watę. Słuchałam i czułam, że we mnie coś odtajało. Może nie od razu przyjaźń, ale szansa nie być samej.
Po kilku próbach zdarzył się przykry komentarz. Czytałam fragment, starałam się o oddech. W połowie zapomniałam linijkę, którą w domu znałam na pamięć. Zamilkłam. Zrobiła się cisza.
No, pamięć już nie ta mruknął facet w dresie, cicho, ale na tyle, żeby wszyscy słyszeli.
Zapałały mi policzki. Chciałam odciąć się ostrzej, ale znów się uśmiechnęłam, jak zwykle.
Zdarza się wymamrotałam.
Pani Krystyna uniosła dłoń.
Zdarza się każdemu powiedziała. Także młodym. Tu nie komentujemy wieku. Pracujemy.
Facet wzruszył ramionami. Stałam i myślałam, że to właśnie mój zwyczaj uśmiechać się na zaczepki jest częścią mojego głosu. A raczej jego braku.
Wieczorem w domu otworzyłam tekst i ćwiczyłam, gdy mąż oglądał wiadomości.
Co, wiersz się uczysz? zapytał.
Zamarłam. W gardle sucho.
Nie. Zapisałam się na zajęcia, będzie występ.
Oderwał się od ekranu i spojrzał uważnie.
Występ? powtórzył bez kpiny.
Czekałam żartu. Kiwnął tylko głową.
No… jeśli to ważne, idź. Tylko się nie zamartwiaj.
Zwykłe słowa bez zachwytu ale poczułam wsparcie właśnie w tej codzienności. Nie jesteś super, nie jestem dumny tylko ciche pozwolenie, by się nie tłumaczyć.
Przygotowania szły mozolnie. Nastawiałam budzik pół godziny wcześniej, żeby zrobić ćwiczenia zanim dom wstanie. Stałam przy oknie, dłonie na żebrach, liczyłam wdechy. Śmiałam się z siebie lub kaszlałam. W notesie robiłam notatki: nie zaciskać szczęki, pauza po «nie», patrzeć w salę, nie w podłogę.
Raz na próbie pani Krystyna poprosiła, żebyśmy wyobrazili sobie kogoś, komu chcemy powiedzieć tekst.
Od razu widziałam teściową. Potem szefową. Potem siebie w lustrze, z tą swoją uśmiechniętą miną na każdą okazję. Ręce mi drżały.
Nie musisz wszystkim zauważyła prowadząca. Wybierz jedną osobę. Do niej mów.
Wybrałam siebie. To było niezwykłe i straszne, jakby uznać, że też jestem kimś z pierwszego rzędu.
Dzień występu nadszedł za szybko. Obudziłam się wcześnie, żołądek ściśnięty. Wyszłam cicho do kuchni, nalałam wody, piłam małymi łykami. Kartka z tekstem leżała na stole, w połowie nie pamiętałam jakby w środku wybita dziura.
Usiadłam, przycisnęłam dłonie do skroni.
Nie pójdę przemknęło w myśli. Kuszące: udawać, że chora. Wymyślić pilną sprawę. Świat się nie zawali.
Wtedy do kuchni wszedł mąż, zaspany.
Czemu tak wcześnie? spytał.
Spojrzałam na niego i powiedziałam prawdę:
Boję się. Że zapomnę tekst.
Podrapał się po głowie, wziął kartkę ze stołu.
Przeczytaj mi. Jak wyjdzie.
Chciałam odmówić, ale już wstałam. Czytałam cicho, z przerwami, wracałam. Mąż nie przerywał. Gdzieś w połowie uniósł brwi.
Przecież właśnie uczysz się nie przepraszać mruknął.
Uśmiechnęłam się.
Nawet w domu nie wychodzi.
Wyjdzie odpowiedział i oddał kartkę. I tak pójdziesz.
W studiu przed występem ścisk. W korytarzu szeleszczą reklamówki z kostiumami, ktoś poprawia kołnierz, ktoś powtarza tekst pod nosem. Trzymałam wydruk w teczce, żeby nie zgniotła się kartka. Palce miałam zimne, choć w sali było ciepło.
Ewa podeszła, podała mi butelkę z wodą.
Łyk. I już nie czytaj powiedziała. Teraz nie ma co się uczyć. Oddychaj.
Schowałam teczkę do torebki, torebkę postawiłam na krześle przy ścianie, zapięłam zamek. Musiałam wiedzieć, że tu moje miejsce do powrotu.
Na widowni może pięćdziesiąt osób. Mała scena, czarny kotar, dwa reflektory rażące oczy. Mikrofon na środku. Stanęłam za kulisą, spojrzałam na salę i od razu pożałowałam. Zlewały się twarze, ale poznałam paru znajomych: mąż bliżej przejścia, obok syn, który niespodziewanie przyszedł uderzyła mnie fala czułości i przerażenia.
Nie dam rady szepnęłam do Ewy.
Dasz odszepnęła. Patrz na mnie. Będę z boku.
Pani Krystyna podeszła, położyła dłoń na moim ramieniu.
Nie musisz być doskonała szepnęła. Wystarczy, że będziesz obecna. Wyjdź, weź wdech, powiedz pierwsze zdanie. Dalej tekst sam cię poprowadzi.
Zamknęłam oczy. Sucho w ustach, język ciężki jak obcy. Wzięłam oddech po nowemu bez unoszenia ramion. To nie magia, fizyka, ale właśnie ona trzymała mnie w pionie.
Zapowiedzieli mnie. Wysunęłam się na scenę. Podłoga była twarda, lekko śliska. Stanęłam przy mikrofonie, na długość dłoni. Światło w oczy, sala zniknęła to ułatwiło: mniej twarzy, mniej oczu.
Otworzyłam usta i przez sekundę nie wydobyłam słowa. W głowie czarna dziura. Zobaczyłam męża w pierwszym rzędzie, złożone dłonie na kolanach, spokojną twarz. Zobaczyłam syna, który patrzył prosto na mnie. Nagle dotarło, że oni nie czekają na ideał. Po prostu są.
Przywykłam mówić cicho wybrzmiało pierwsze zdanie. Głos zadrżał, ale poszedł dalej.
Zaczęło się układać. Nie pamiętałam każdego słowa frazy same się łączyły. W jednym miejscu pomyliłam się w kolejności, serce zapadło się, ale zrobiłam pauzę i powiedziałam następne zdanie. Nikt się nie roześmiał, nikt nie mruknął. Cisza na sali nie przytłaczała, tylko słuchała.
Gdy przyszło do słowa nie, zrobiłam pauzę, jak w notesie. Po raz pierwszy nie uśmiechnęłam się dla rozładowania. Po prostu powiedziałam.
Na końcu odsunęłam się o krok, przecież mikrofon stoi na miejscu, a rąk nie wolno chować. Drżały, ale nic nie kryłam. Pokłoniłam się krótko.
Oklaski nie były burzliwe, ale ciepłe, prawdziwe. Ktoś powiedział głośno dziękuję i poczułam, że to dla mnie.
Za kulisami, oparta o ścianę, miałam miękkie kolana, jak po wspinaczce na czwarte piętro. Ewa objęła mnie szybko, serdecznie.
Wyszłaś powiedziała.
Kiwnęłam głową. Chciało mi się płakać, ale łez nie było. Było coś innego: jakby po raz pierwszy zajęłam miejsce, które zawsze omijałam bokiem.
Po występie długo zbierali się do wyjścia. Ktoś szukał płaszcza, ktoś robił zdjęcia. Podeszłam po swoją torebkę, sprawdziłam zamek, wyjęłam teczkę. Kartka lekko zmięta, róg zagięty. Pogłaskałam papier. I zrozumiałam, że nie chcę go wyrzucić. Niech zostanie, dowodem, że to się stało.
Mąż i syn podeszli do mnie w korytarzu.
Spoko było powiedział syn, niby zobojętniały, ale z błyskiem w oku. Nawet ciekawe.
Mąż kiwnął głową.
Miałaś głos. Inaczej niż w kuchni.
Parsknęłam krótko śmiechem.
W kuchni zawsze się spieszę powiedziałam. Dodałam, zanim stchórzyłam: Chcę dalej to robić.
Wyszliśmy na ulicę. Zapięłam płaszcz, poprawiłam szalik. Cała jeszcze się trzęsłam nie ze strachu, tylko dlatego, że ciało pamięta: poszłam na przód.
Nazajutrz byłam w studiu przed rozpoczęciem kursu. Stało puste biurko administratorki, leżały tam druki. Wypełniłam zgłoszenie na wyższy poziom. Przy cel nie szukałam już frazesów. Napisałam po prostu: Mówić.
Gdy pani Krystyna wyszła z pokoju, spojrzałam jej w oczy.
Zostaję powiedziałam.
Bardzo dobrze odparła. Proszę wybrać nowy tekst.
Wzięłam podaną teczkę i przycisnęłam do piersi. Wychodząc do sali, złapałam się na tym, że nie padło żadne przepraszam. Mała, niemal niewidoczna zmiana, ale brzmiała we mnie głośniej niż wszelkie brawa.


