Wyjść i powiedzieć

Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć z zupełnie innego świata niż nasza codzienność. Wyobraź sobie jest wieczór, a ja, Nina, siedzę przy komputerze w swoim mieszkaniu na Pradze. Po całym dniu pracy w księgowości ręce mi się kleją do myszy, bo stres taki, jakby miała złożyć papiery na nową pracę. Przede mną na ekranie formularz zgłoszeniowy do studia wystąpień publicznych. Długo się gapię na pole z wiekiem wpisuję: 55 lat. W doświadczeniu szczerze piszę: Tylko akademie szkolne, recytacje na zebraniach klasowych. Przy celu najpierw pojawia się dla siebie, potem kasuję i jednak wpisuję: Chcę nauczyć się mówić na głos. Dopiero wtedy naciskam Wyślij.

Minutę później mam już na mailu adres i godzinę próbnego spotkania. Zamykam laptopa, jakbym mogła tym cofnąć decyzję, i idę do kuchni. W zlewie sterta talerzy, zupa na kuchence już wystygła. Łapię za gąbkę odruchowo, ale się zatrzymuję.

Potem mówię do siebie. I aż się zawstydziłam własnego głosu, jakby ktoś podsłuchał.

Nikomu nie mówię o tej studiu. W biurze wszyscy i tak żyją plotkami kto co powiedział, kto na kogo jak spojrzał. W domu syn, mąż, teściowa dzwoni codziennie wszystko utarte, przewidywalne i wymagające. Bałam się, że jak tylko powiem: Idę na zajęcia z wystąpień scenicznych, to się zacznie pytania, żarty, rady. A najbardziej przerażały mnie te wyrozumiałe: Nina, a po co Ci to teraz?. Sama przez lata tak do siebie mówiłam.

Tamtego wieczoru, w umówiony dzień, wychodzę z metra przy Politechnice i mimo że adres prosty, krążę między blokami. Idę wolno, tysiąc razy sprawdzam w torebce: dowód, notes, butelka wody. Na klatce schodowej tłoczno, ktoś schodzi z wózkiem, przyklejam się do ściany, przepuszczam. Serce mi wali, jak przed maturą.

Studio mieści się na drugim piętrze, za drzwiami z szyldem: Pracownia Kreatywna. W korytarzu kilka krzeseł, na ścianach plakaty z dawnych spektakli. Zdejmuję płaszcz, odwieszam, poprawiam włosy w lustrze. Mam wrażenie, że siwizna mi aż świeci na skroniach i odruchowo próbuję ją przygładzić.

W sali siedzi może dziesięć osób. Jedni się śmieją, inni przeglądają wydruki. Prowadząca to niska kobieta z krótkimi włosami przedstawia się: pani Tatiana Serdeczna. Prosi, byśmy stanęli w kółku.

Dziś ćwiczymy głos. Nie głośność, ale siłę mówi. Oddychamy. Bez przepraszania.

To bez przepraszania trafia mnie prosto w środek. Odruchowo chcę już tłumaczyć: Jestem tylko na próbę, popatrzeć. Ale zamiast tego staję cicho w kręgu.

Pierwsze ćwiczenie proste: wdech, długi wydech na ssss, potem na żżż. Staram się nie gapić na innych, ale kątem oka widzę: obok mnie dziewczyna na oko dwadzieścia lat, perfekcyjna postura, paznokcie jak u gwiazdy. Dalej facet w sportowej bluzie rozluźniony, pewny siebie. Ja się czuję jak widz nie na swoim weselu.

Teraz każdy powie swoje imię i jedno zdanie. Jakie chcecie, tylko nie szeptem.

Gdy przychodzi moja kolej, język wisi jak kłoda.

Nina mówię. Potem zaraz: Przepraszam, ja…

Stop ucina ciepło pani Tatiana. Tego dziś nie mówimy. Jeszcze raz. Samo imię.

Przełykam ślinę.

Nina.

I nagle słyszę, że mój głos nie jest aż tak cienki, jak zawsze myślałam. Jest trochę zachrypnięty, ale mocny, żywy. Ogarnia mnie strach i ulga jednocześnie.

Po zajęciach Tatiana podchodzi do mnie.

Zostań na kursie. Masz ciekawy tembr. I zwyczaj chowania się. Tym się zajmiemy.

Kiwam głową, jakby to dotyczyło kogoś innego. Na zewnątrz wyciągam telefon, by odpisać mężowi, że wrócę później i długo szukam odpowiednich słów. Wysyłam krótkie: Zajęcia, będę po 20. Nie precyzuję, jakie.

Za tydzień zaczynają się regularne próby. Wybrałam tekst fragment współczesnej prozy, krótki monolog o kobiecie, która uczy się mówić nie. Ćwiczę w kuchni, gdy gotuję makaron, ale ciągle gubię wersy, przełykam końcówki. Wkurzam się na siebie jak na małe dziecko.

Co ty mamroczesz? zagląda syn.

Dostaję ciarek, chowam tekst.

Nic, praca

To słowo zawsze dobrze maskuje. Wstyd mi, że ukrywam się przed synem, ale przyznać się jeszcze trudniej.

Na zajęciach pani Tatiana stawia nas przy mikrofonie po kolei. Mikrofon na statywie, kabel ciągnie się do głośnika. Boję się go niemal jak publiczności. Mam wrażenie, że wystawi wszystko, co drży w głosie.

Nie wychylaj się po mikrofon. Niech on idzie do ciebie. Oddychamy do pleców, stoimy prosto.

Próbuję. Na początku nie wychodzi: ramiona napięte, oddech urywany. Słyszę, jak młoda dziewczyna mówi płynnie, jakby rozmawiała z przyjaciółką. Myślę: Jestem za stara, wyglądam śmiesznie. Od razu próbuję się w głowie tłumaczyć.

Po próbie podchodzi do mnie kobieta w moim wieku, w szarym swetrze, kitka.

U ciebie te pauzy fajnie wychodzą mówi. Ja jestem Staśka. Też się bałam mikrofonu. Wydawał mi się jak radar.

Pierwszy raz się uśmiecham tego wieczoru.

Trochę tak, rozbraja.

Ale nie tak, jak myślimy przytakuje Staśka.

Razem idziemy na przystanek. Staśka opowiada, że pracuje w przychodni, chodzi tu po ciężkim roku, kiedy w środku czuła się jak wacik. Słucham jej i czuję, jak mi coś puszcza w środku. To jeszcze nie przyjaźń, raczej nowa możliwość nie być sama.

Po kilku zajęciach przychodzi niemiła sytuacja. Czytam swój fragment, próbując nie zgubić oddechu. Nagle gubię słowo, które w domu znałam na pamięć, i zapada cisza.

Pamięć już nie ta prycha facet w bluzie, niby cicho, ale tak, że wszyscy słyszą.

Czuję, jak mi twarz płonie. Mam ochotę coś odburknąć, ale z automatu się uśmiecham.

No, zdarza się mruczę.

Pani Tatiana podnosi dłoń.

Każdemu się zdarza. I młodym! Nie komentujemy tu wieku. Pracujemy.

Facet wzrusza ramionami, a ja myślę, że mój nawyk uśmiechania się w odpowiedzi na docinki to też mój głos. Albo raczej jego brak.

W domu znowu wklepuję tekst, a mąż ogląda Wiadomości.

Ty co, wiersza się uczysz? pyta.

Zamieram.

Nie Zgłosiłam się na zajęcia. Będzie wystąpienie.

Zagląda na mnie z nutą zaciekawienia, bez ironii.

Wystąpienie? powtarza.

Czekam na żart, ale on tylko kiwa głową.

Jeśli ci to potrzebne, idź. Tylko nie nakręcaj się.

Zwykłe słowa, bez fajerwerków, ale pierwszy raz po prostu czuję: nie muszę się tłumaczyć.

Dalej nie jest lekko. Wstawiam budzik pół godziny wcześniej, ćwiczę oddech przy oknie, śpiący dom za plecami. Ręce na żebrach, wdechy liczę. Czasem się śmieję z siebie, czasem kaszlę. W notesie notuję: nie zaciskać szczęki, pauza po nie, patrzeć na salę, nie podłogę.

Pewnego razu pani Tatiana każe wyobrazić sobie, że w pierwszym rzędzie siedzi ktoś, komu chcemy powiedzieć swój tekst.

Pierwsza pojawia się teściowa. Potem szefowa. Potem… ja sama, patrząca się na siebie z tą wymuszoną uśmiechem, co zawsze zakrywa wszystko. Ręce mi się trzęsą.

Nie wszystkim na raz, wybierzcie jedną osobę zauważa prowadząca. Mówcie do niej.

Wybieram siebie. To dziwne i straszne jakbym pierwszy raz dopuściła do siebie, że też jestem kimś z pierwszego rzędu.

Dzień występu nadchodzi nie wiadomo kiedy. Budzę się wcześnie, brzuch ściśnięty. Cicho idę do kuchni, piję wodę małymi łyczkami. Tekst na stole, składam go i czytam wzrokiem nagle w środku pustka. Jakby wciągnęła całą pamięć.

Siadam, ściskam skronie.

Nie wyjdę ta myśl smakuje jak ratunek. Zawsze można się rozchorować. Nikt nie umrze.

Do kuchni wchodzi mąż, rozczochrany.

Co tak wcześnie?

Patrzę na niego i mówię prawdę:

Boję się. Zapomnę wszystko.

Podchodzi, bierze tekst.

Poczytaj mi prosi. Jak umiesz.

Chcę odmówić, ale już stoję. Czytam, plącząc się, czasem zacinam. Nic nie komentuje. Tylko podnosi brwi, kiedy znów przepraszam.

Ćwiczysz tam mówienie bez przepraszania, prawda?

Parskam śmiechem.

Tak. Sama w domu nie umiem.

Udasz się. I tak pójdziesz.

W studiu gęsto: szeleszczą torebki z ciuchami, ktoś poprawia kołnierzyk, ktoś szepcze pod nosem. Trzymam swoją kartkę w teczce, by się nie pogniotła. Palce zimne mimo ciepła w sali.

Staśka podsuwa mi butelkę wody.

Łyk, oddychaj, nie czytaj już tekstu. Teraz jest czas tylko na oddychanie.

Kiwnęłam, chowałam notes do torebki, torebka na krześle musiałam wiedzieć, gdzie jest, taka kotwica.

Na widowni ok. pięćdziesiąt osób. Malutka scena, czarny kotar, dwa reflektory świecące w oczy. Mikrofon czeka na środku. Idę w kulisy, rzucam tylko okiem na salę i już żałuję twarze mi się zlewają, ale widzę męża blisko przejścia, a tu zaraz obok syn nawet przyszedł, serce ściska mnie na widok.

Nie dam rady szepczę do Staśki.

Dasz szepcze z uśmiechem. Patrz na mnie, będę z boku.

Pani Tatiana dotyka mi ramienia:

Nie musisz być idealna. Masz być prawdziwa. Wyjdź, weź powietrze, powiedz pierwsze zdanie. Potem tekst cię poprowadzi.

Zamykam oczy. Usta suche jak wiór, język ciężki. Wdech, jak ćwiczyłyśmy powietrze oparło się o żebra. To nie magia, tylko fizyka a jednak trzyma.

Słyszę swoje nazwisko. Idę. Podłoga pod nogami stabilna, lekko śliska. Staję metr od mikrofonu, światło ciśnie twarz, sala się rozmywa, przez to jest łatwiej.

Otwieram usta, sekundę nie mogę wydusić słowa. Pustka. Widzę męża w pierwszym rzędzie, dłonie na kolanach, spokojna twarz. Widzę syna, nawet nie patrzy w telefon, tylko na mnie. Dojmuje mnie, że nikt z nich nie oczekuje doskonałości. Po prostu są.

Zawsze mówiłam cicho rzucam pierwszą frazę. Głos mi zadrżał, ale poszło.

Potem już samo się splata. Słów nie pamiętam, zdania wiszą i układają się jak umieją. Raz się pomyliłam, zgubiłam kolejność serce zamarło. Stanęłam, oddech, następna fraza jak leci. Nikt nie wyskoczył, nie zaśmiał się. W sali cisza nie miażdżąca, tylko uważna.

Przy słowie nie zatrzymuję się, robię pauzę, jak w notatkach. Nie rozbrajam uśmiechem. Mówię po prostu.

Na koniec cofam się krok, pamiętam o mikrofonie na statywie, dłonie niech drżą, ale otwarte. Krótki ukłon.

Oklaski ciche, ale prawdziwe, ciepłe. Ktoś mówi dziękuję, słyszę wyraźnie jakby tylko do mnie.

Za kulisami przysiadam przy ścianie, kolana wiotkie, jakbym wbiegała na dziewiąte piętro po schodach. Staśka ściska mnie mocno.

Wyszłaś mówi po prostu.

Kiwam głową. Chciałabym płakać, ale nie mam łez. Jest za to coś nowego: uczucie, że po raz pierwszy znalazłam się tam, gdzie powinnam.

Po występie długo jeszcze krzątamy się po sali. Jedni szukają rzeczy, inni robią zdjęcia. Idę po swoją teczkę kartka trochę pogięta, róg zagięty. Przesuwam po niej palcami, nie wyrzucam od razu zostawię na dowód, że się wydarzyło.

Mąż i syn podchodzą w korytarzu.

Dobrze było mówi syn, udając obojętność, ale oczy ma jak lampki.

Mąż kiwa głową.

Brzmiałaś inaczej. Nie jak w kuchni.

Śmieję się krótko.

W kuchni zawsze się spieszę mówię. I zanim zdążę się przestraszyć dodaję: Chcę to kontynuować.

Wychodzimy razem na dwór. Dopinam płaszcz, poprawiam szalik. Wszystko się jeszcze trzęsie, ale to drżenie nie ze strachu, tylko dlatego, że ciało pamięta zrobiłam krok.

Następnego dnia przychodzę do studia przed czasem. W korytarzu pusto. Podchodzę do biurka, gdzie leżą formularze. Wpisuję się na kontynuację kursu. W celu nie wymyślam już pięknych słów piszę po prostu: Mówić.

Gdy pani Tatiana wychodzi z gabinetu, patrzę jej w oczy.

Zostaję mówię.

No to wybierz nowy tekst odpowiada spokojnie.

Biorę teczkę, przyciskam mocno do piersi. Wchodząc na salę łapię się na tym, że nie tłumaczę się już nikomu. To mała, ledwo zauważalna zmiana, ale we mnie brzmi głośniej niż wszystkie oklaski świata.

Rate article
Fajna Tajna
Wyjść i powiedzieć