Joanna pochodzi z małej miejscowości, gdzie kawalerka kosztuje dosłownie grosze. Kupiła takie mieszkanko, jednak jej mąż nie miał o tym pojęcia. Kiedy mąż wyjechał służbowo, urodziła się nasza córka. Przyszła na świat w zwykłym szpitalu miejskim, ale mężowi wmawiałam, że rodziłam w prywatnej klinice… I tak: pieniądze, które przysyłał mi na codzienne wydatki, wydawałam bardzo oszczędnie. Kiedy był w domu, lodówka pękała w szwach od mięsa, ryb i wszelkich smakołyków. Gdy wyjeżdżał, nadal skrupulatnie oszczędzałam.
Nigdy nie kupowałam nowych ubranek dla córki. Zawsze ktoś życzliwy coś podarował albo znajdowałam okazje na tanich portalach. W ten sposób udało mi się uzbierać na własne mieszkanie. Mama często przyjeżdżała z innego miasta, by zająć się wnuczką, a ja wymykałam się potajemnie do pracy. Mój mąż sam ponosi winę za to wszystko. Byłam dla niego idealną żoną wykonywałam posłusznie każde polecenie. Przecież ja ze wsi, on warszawiak, zawsze ustawiał mnie po kątach. W końcu zaczęłam się przygotowywać do ucieczki. Czułam, że w końcu straci nad sobą panowanie i to będzie mój koniec.
Zawsze kombinowałam z zakupami. Córce kupowałam kilka jabłek, a mężowi mówiłam, że kupiłam kilogram. Zbieranie potrzebnej sumy zajęło mi dwa i pół roku. Gdy znów wyjechał w delegację, spakowałam rzeczy, zabrałam córkę i uciekłam. Dzień wcześniej złożyłam pozew o rozwód. Mąż próbował nas odzyskać. Wciąż do mnie dzwonił, obiecując, że teraz już wszystko będzie dobrze. Bywały też telefony, podczas których groził, że nigdy się nie podda i zrobi wszystko, by nas odzyskać.
Wkrótce dowiedziałam się, że związał się z jakąś studentką. Jestem pewna, że ją także traktuje tak, jak traktował mnie. Nie zdradzałam męża. Te pieniądze, które odłożyłam, mogę uznać za zarobione. Przecież prawie głodowałam, żeby uzbierać potrzebną kwotę. I po prostu nie miałam wyjścia. Musiałam uratować siebie i moją jedyną córkę.



