Maksymilian, uczeń piątej klasy, zawsze zauważał Marię, swoją młodszą sąsiadkę. Jej długie, złote warkocze wirowały czasem jak promienie słońca na podwórku, a piegi rozsiane na jej policzkach migotały niczym gwiazdy na niebie. Często odprowadzał ją do domu, chroniąc przed chłopakami z kamienicy lubili czasem wystraszyć młodszych dzieci, jakby bawili się w chmury gnane przez podwórkowy wiatr.
Wszystko zmieniło się nagle, gdy nad rodziną Marii spadł cień: jej tata zachorował, przepływał przez szpitalne sale jak przez zamgloną rzekę, aż w końcu odszedł bardzo cicho i długo. Mama Marii nie potrafiła odnaleźć się po tej stracie, zanurzyła się w przemijające szklanki wódki, coraz częściej zapominała o codziennym życiu. Maria czasem siedziała głodna przy oknie, patrząc jak gołębie śnią o okruchach. W końcu przestała chodzić do szkoły na początku Maksymilian sądził, że to jakaś grypa, zwykłe nieobecności. Jednak gdy czas płynął, dni zamieniały się w miesiące, jego niepokój rósł niczym kasztan rozkwitający na placu.
Pewnego dnia zapytał mamę o Marię. Usłyszał szeptem, jakby w samym środku snu: Synku, Marię zabrali do domu dziecka. Maksymilian poczuł smutek, głęboki niczym stara brama katedry. Minęły lata. Jako dorosły wrócił do rodzinnego Wrocławia po odbyciu służby wojskowej. Pewnego popołudnia, wśród snujących się ulicznych świateł, zobaczył Marię przypadkiem. Szedł obok niej jej mąż, a pod płaszczem Marii rysował się okrągły brzuch jak księżyc tuż przed pełnią. Ich spotkanie trwało tylko chwilę, po czym czas znów zaczął płynąć, jakby przez zawiłe korytarze snu. Cztery lata minęły bez kolejnych spotkań.
Ponownie spotkali się, kiedy Maria wróciła do rodzinnego miasta. Była już samotną mamą; jej mąż zginął tragicznie w bijatyce na ulicy, pokonany przez własną słabość do alkoholu. Maria została sama z małym synkiem czuła się jak drzewo przyłapane przez nagły deszcz. Za każdym razem, gdy Maksymilian na nią patrzył, coś budziło się w nim, jakby serce zamieniało się w ptaka. Zrozumiał, że ich losy splatają się ze sobą, jak palce w modlitwie. Zarówno Maria, jak i jej syn potrzebowali go. Maksymilian wiedział, że ma do odegrania ważną rolę, więc oddał jej własne serce i czas, jakby wręczając jej garść złotych monet z napisem złoty. Tak właśnie się stało.



