Mam już prawie trzydzieści lat i spotkałem ją w momencie, gdy najmniej się tego spodziewałem. To był wieczór, który nagle wraca do mnie w pamięci, jakby wydarzył się wczoraj, choć minęło już tyle czasu.
Byliśmy na prezentacji lokalnego pisma w Krakowie wydarzenie niewielkie, trochę przypadkowe. Przyjaciel zaprosił mnie, potrzebował pomocy przy rozstawianiu stołów i dźwiganiu kartonów, a ja, nie mając większych planów, zgodziłem się, licząc na parę złotych za pomoc. Wśród gości zauważyłem ją od razu: siedziała blisko sceny, notowała coś w czarnym zeszycie, telefon miała wyciszony i odłożony ekranem do dołu, a jej kawa już dawno wystygła. Nie sprawiała wrażenia osoby zainteresowanej towarzystwem, ale gdy zabierała głos wszyscy milczeli i słuchali.
Dopiero później dowiedziałem się, kim była. Pisarka, felietonistka, autorka tekstów do czasopisma i gazet. Miała czterdzieści lat. Wtedy znałem tylko jej spokój i pewność siebie. Nigdy nie podnosiła głosu po prostu nie musiała.
Po spotkaniu podszedłem do niej musiałem poprosić o podpis pod papierami. Spojrzała mi w oczy i zapytała:
Jak się nazywasz?
Kiedy odpowiedziałem, z uśmiechem dodała:
Zawsze tak wyglądasz, czy tylko wtedy, gdy jesteś zestresowany?
Zaśmiałem się głośno, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Powiedziałem, że nie mam pojęcia. Spodobało jej się to powiedziała, że lubi ludzi, którzy nie udają pewności.
Tak to się zaczęło.
Od tamtej pory zaczęliśmy wymieniać wiadomości. Początkowo ona pisała krótko, a ja dużo i często. Pytałem o drobnostki czym się zajmuje, gdzie mieszka, czy jeszcze się czegoś uczy. Niczego nie ukrywałem: mieszkałem z rodzicami, pracowałem dorywczo, zarabiałem niewiele, próbowałem “zaczynać”. Nigdy nie sprawiła, że czułem się mniej wartościowy, ale też nie obiecywała złudzeń. Od razu powiedziała:
Nie szukam związku. Jestem na innym etapie życia.
Mimo to zaczęliśmy się spotykać.
Zawsze u niej w mieszkaniu. Uporządkowane, ciche, pełne książek. Miała swój samochód, własny rytm, świat zorganizowany na własnych zasadach. Przychodziłem autobusem, czasami z poczuciem, że wchodzę w miejsce, które nie jest moje. Ona witała mnie bez pośpiechu, niczego nie obiecywała. Czasem gotowałem prostą kolację, innym razem otwieraliśmy wino i słuchaliśmy lekkiej muzyki. Dużo rozmawialiśmy o jej pracy, o pisaniu, o zmęczeniu tłumaczeniem się innym ze swoich wyborów.
Nigdy nie zostałem na noc. Nie odprowadzała mnie. Musiałem sam proponować spotkanie w weekend. Bywało, że zgadzała się, bywało, że znikała na dwa, trzy dni bo zamykała teksty, miała redakcyjne spotkania, wyjeżdżała. Gdy wracała, robiła to, jakby nic się nie wydarzyło. Bez tłumaczenia. Bez wymówek.
Pewnego wieczoru, siedząc na brzegu łóżka, powiedziała:
Nie zakochuj się we mnie.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Wymamrotałem, że nie jestem zakochany choć oboje wiedzieliśmy, że to tylko półprawda.
Chciałem więcej. Nie chodziło o obietnice, raczej o miejsce w jej życiu. Ona powtarzała, że nasze drogi są różne; ja dopiero zaczynam, ona już się ustatkowała. Nie chce być kotwicą, ani żebym traktował ją jako skrót do celu.
Nie mogę ci dać tego, czego chcesz mawiała.
A jednak zapraszała mnie znowu.
Po czasie zrozumiałem, że dawała mi jedyne, na co była gotowa: nieciągłe spotkania, szczere rozmowy, obecność bez zobowiązań. Przyjąłem to, bo wydawało mi się, że nie mam prawa oczekiwać więcej. Jak mógłbym mówić o wspólnej przyszłości, skoro nie potrafiłem zarobić na własne życie?
Za każdym razem, wychodząc z jej mieszkania, szedłem kilka ulic na piechotę, zanim wsiadałem w autobus. Czułem się jednocześnie pełen i pusty. Wdzięczny, że mogłem być z nią. Pusty, bo wiedziałem, że wracam do pokoju w domu rodziców, do mojego zwykłego, niczym nie wyróżniającego się życia.
Nigdy niczego mi nie obiecała. Nigdy mnie nie oszukała. A jednak bolało.
Wciąż ją widuję. Nie tak często, jak bym chciał. Czasem łudzę się, że kiedyś spojrzy na mnie inaczej. Albo że dojrzeję do tego, by czuć się przy niej silniejszy. Może po prostu w końcu się zmęczę byciem tym, który godzi się na niewiele.
Nie wiem Ostatnio obecność przy niej coraz częściej przynosi mi smutek zamiast radości.
Dlaczego?



