Tydzień temu dowiedziałam się czegoś, czego w życiu bym nie przewidziała. Łaziłam sobie po krakowskim rynku klasycznie, bez celu aż tu nagle ktoś mnie klepie w ramię. Odwracam się, a to Iwona Stępień, szkolna koleżanka, której nie widziałam chyba od studniówki. Standardowa gadka: Co tam, jak leci, gdzie pracujesz, o zobacz, jak się zmieniłaś!. Iwona nagle mówi, że teraz robi za pielęgniarkę w domu spokojnej starości w podkrakowskiej wiosce. No to ja: O, super, pewnie ciężka, ale piękna robota. A wtedy ona z rozbrajającym luzem rzuca:
A Twoją mamę widuję tam w każdy ostatni piątek miesiąca.
Stanęłam jak wryta. Zamurowało mnie. Jak to? Co moja mama robi w domu opieki? pytam. A Iwona, jakby mówiła o kupowaniu bułek:
Nie wiedziałaś? Co miesiąc przynosi słodycze i soki dla wszystkich babć i dziadków. No, charytatywnie, bardzo sympatyczna akcja.
No i co ja mam odpowiedzieć? Trochę mi głupio, bo mama nigdy mi o tym nie wspomniała. Nie miałam o tym bladego pojęcia. Iwona pewnie już myślała, że żartuję, ale widząc moją minę, dodała:
Twoja mama jest strasznie skromna. Zawsze przyjdzie, przywita się, zostawi pakunki i znika.
Jak tylko wróciłam do domu, nie wytrzymałam i pytam wprost:
Mamo, czemu mi nigdy nie powiedziałaś, że co miesiąc jeździsz do domu spokojnej starości?
Mama zamiatała podłogę i tylko mruknęła spod oka:
A po co miałam mówić?
Nie dawało mi spokoju drążyłam dalej:
Bo to piękne! Bo to ważne… no i fajnie wiedzieć o takich rzeczach.
Odstawiła zmiotkę, spojrzała na mnie spokojnie i mówi:
Dobro się robi po cichu. Poza tym, Pan Bóg widzi, kto co robi i dla mnie to wystarczy.
I zaczęła swoją historię. Dwa lata temu, po śmierci dobrej znajomej, poczuła, że musi coś zmienić. Szła przypadkiem obok domu opieki, zobaczyła starszych ludzi na ławce, wstąpiła i zagadała do opiekunki, co by im się przydało. No i od tego czasu, każdego ostatniego piątku miesiąca, z pensji bierze trochę złotówek, kupuje soki, ciastka, paluszki, a czasem jakieś kosmetyki czy chusteczki nawilżane zależnie od budżetu.
Nie chciałam nikogo w to mieszać. Nie robię tego dla poklasku. Myślę, że pomaganie najlepiej wychodzi po cichutku, po swojemu.
I dodała jeszcze, nosząc talerze do zlewu:
Jak ktoś chce pomagać, to pomaga. Nie trzeba o tym opowiadać każdemu na prawo i lewo. Ja wiem, co robię i to mi wystarcza.
Całą noc nie mogłam przestać o tym myśleć. Moja mama zwyczajna kobieta, żadna tam bogaczka, a i tak co miesiąc dzieli się z nieznajomymi, choć sama nie zawsze wszystko ma. Byłam z niej niesamowicie dumna, ale zrobiło mi się też trochę smutno, że nigdy nikomu się nie pochwaliła i nikt jej nie pomógł.
Chyba w ten najbliższy piątek pojadę z mamą. Tylko jeszcze nie wiem, jak jej to powiedzieć, żeby nie myślała, że się wtrącam w jej sprawy.
Jedno wiem zobaczyć własną mamę robiącą coś takiego, po cichu i dla innych no, trochę mnie to w środku zmieniło.


