Po co tu wróciłaś? – Matka trzymała lekko uchylone drzwi. – Jak ja mam teraz ludziom w oczy patrzeć?…

Po co tu przyjechałaś? Matka stała przy drzwiach, uchylając je tylko trochę. Jak ja teraz ludziom w oczy spojrzę? Nie jesteś już moją córką. Dopiero co plotki ucichły, z ojcem przez pół roku nie mogliśmy do sklepu wejść. Po co się tu zjawiłaś? No?

Kto tam, Haniu?

Twoja starsza córka przyjechała.

Zosia?

Ojciec otworzył solidne dębowe drzwi, aż zawiasy zadzwoniły.

Patrzył na córkę od góry do dołu. Zosi zrobiło się nieprzyjemnie.

Idź, gdzie chcesz, nie chcę cię widzieć. Tyle wstydu! I jeszcze z brzuchem…

Zosia milczała, patrząc z pod nadmiernie długiej, ciemnej grzywki z nadzieją. Myślała, że rodzice się ulitują i wpuszczą do środka. Nie miała już dokąd pójść. Zwolnili ją z pracy, gdy tylko zauważyli ciążę. Nie miała już czym zapłacić za pokój wynajmowany u starszej pani. Bez pieniędzy bez dachu nad głową. Nikt nie chciał zrozumieć jej położenia. Przeraziła się.

Zeszła z ganku, zatrzymała się, przytrzymując brzuch.

Nie rozmękczysz się matka odwróciła wzrok.

Ojciec zamknął drzwi do domu.

Zosia skuliła się, powstrzymując łzy. Mały w brzuchu wiercił się, wyczuwając jej napięcie. I tak właśnie wróciła do rodzinnego domu…

Za butami chruściela skrzypiał śnieg, jakby współczuł. Zosia zamknęła furtkę i spojrzała na oświetlone kuchenne okno, za którym zasłonięte były firanki.

W miejscowym sklepiku było ciepło. Zosia weszła i rozejrzała się. Nic się tu nie zmieniło. Po prawej lada z towarem i pani kasjerka, ciocia Zdzisia, po lewej szklane witryny i niebieska, zamknięta szafka.

Poproszę chleb Zosia odliczyła kilka złotych.

O, wróciłaś!

Nie podniosła nawet głowy, tylko powtórzyła:

Chleb proszę.

Masz. Chociaż właściwie nie powinnam, ale handlować to mój obowiązek…

Starsza kobieta podała jej bochenek i chciała coś jeszcze powiedzieć, ale drzwi otworzyły się i weszła młoda para.

Zosia próbowała schować chleb do torby, ale pachnący bochenek był zbyt duży, świeży, niemal wychodził poza torbę i zdawał się prosić, by go zjeść od razu.

Sprzedawczyni zaczęła obgadywać Zosię z nowymi klientami, dyskretnie wskazując na nią głową, ale Zosia już tego nie słyszała, spiesząc się jak najszybciej wyjść.

Śnieg znowu padał, wiatr ucichł. Zosia urwała kawałek chleba i zamknęła oczy. Chociaż o jeden problem mniej…

Za sklepem oparła się o zimną ścianę. Stała tak, jedząc powoli świeżą bułkę, zamknięta w ciszy. Pachniała domem, dawnym szczęściem, dzieciństwem…

Zosiu? rozległ się tuż przy niej znajomy głos.

Otworzyła oczy, zaskoczona.

Dzień dobry Zosia spuściła rękę z chlebem, rozpoznając w pani kobiecie babcię Wojtka.

Czemu się tu chowasz?

Spojrzenie starszej kobiety w kożuszku i ciepłej chustce zatrzymało się na brzuchu.

Nie mam dokąd iść, rodzice mnie wyrzucili.

A tam się nie ułożyło? skinęła głową w bok.

Zosia wzruszyła ramionami.

Chodź więcej nie pytała.

Ruszyła swoją drogą, podpierając się laską.

Zosia chwilę postała, westchnęła i powoli poszła za nią. W głowie miała pustkę, ogarnęło ją zmęczenie marzyła tylko o śnie.

Mały domek na skraju wsi pamiętała. Z Wojtkiem biegali czasem obok, na łąkę, do swojego sekretnego miejsca. Raz Wojtek zatrzymał się przy furtce i krzyknął:

Babciu, rano wpadnę!

Dzień dobry skinęła Zosia, by nie wyjść na niegrzeczną.

Babcia Wojtka widziała Zosię zaledwie kilka razy, ale zapamiętała ją dobrze. Po tym, co się wydarzyło, nie sposób było zapomnieć. Teraz Zosia marzyła tylko, aby cofnąć czas, zrzucić z siebie ciężar wstydu i jeszcze raz poczuć smak tamtych beztroskich pocałunków wrócić do młodości, radości

Dlaczego Kuba, kolega z gimnazjum, zwrócił na nią uwagę w dziewiątej klasie? Nie była najładniejsza, cichutka, nawet nie najlepsza w nauce.

Ale polubił ją, to przyjęła zaloty. Miło jest być ważną dla kogoś. Kuba był szczęśliwy, nosił jej tornister, odprowadzał do domu. Tak zaczęli się spotykać, początkowo jak przyjaciele, później wydawało się obu, że to już poważna miłość. Nawet o zaręczynach rozmawiali.

Rodzice młodych wprawdzie się śmiali, ale nie zabraniali.

Jak Kuba wróci z wojska, wtedy pogadamy, mówili.

Już nawet robili zapasy na wesele.

Z Wojtkiem Zosia poznała się przypadkiem jak błyskawica z nieba. W maju panował upał. Zosia wracała z miasta, jeździła pytać o studia. Kuba został pomagać ojcu, nie odbierał jej z przystanku. Od przystanku do wsi było kilka kilometrów.

Wysiadła i szła powoli. Było duszno. Za nią piętrzyła się burzowa chmura, przed nią zielone pole.

Grom uderzył tak niespodziewanie, że Zosia przestraszona zakryła głowę rękami.

Odwróciła się burza zbliżała się szybko, dzieląc pole na jasne i zasnute deszczem. Coraz bliżej podchodziła ściana deszczu. Do najbliższych zabudowań daleko. Nie wiedziała gdzie biec. Na drodze nie było nic poza polami. Duże krople już tłukły się po wyschniętym piachu kilka metrów dalej. Zosia wyjęła z torby worek, wrzuciła do niego sandały i rozciągnęła nad głową.

Deszcz był tuż-tuż. Słyszała z tyłu ulewę, ale nie miała odwagi spojrzeć za siebie. Przyspieszyła kroku, potem wybiegła. Ściana wody szybko ją dogoniła. W tej samej chwili poczuła czyjąś rękę.

Odwróciła się. Stał samochód, a młody mężczyzna ciągnął ją do otwartych drzwi.

Trąbię ci, trąbię, a ty nawet się nie obejrzysz! krzyczał młodzieniec przez zacinającą ulewę. Masakra, co za pogoda! Wystraszyłaś się?

Zosia skuliła się.

Chłopak zdjął z siebie koszulkę, rzucił ją na tylne siedzenie i wyciągnął z bagażnika bluzę.

Proszę, załóż sweter, nie bój się. Jestem ze Świebodzina, nie poznajesz mnie? Syn Kowalczyka, Wojtek zarzucił jej bluzę i usiadł obok niej.

Zaraz się ogrzejesz. Gdzieś tu mam jeszcze kurtkę, ale brudna Z autobusu wracasz?

Tak.

Ja akurat byłem w mieście po części, no, czemu się trzęsiesz? dotknął jej ramienia delikatniej.

Jak masz na imię?

Zosia.

Zofia… Piękne imię.

Czemu nie jedziemy?

Burza idzie prosto na wieś. Przejedziemy tylko pod deszczem. Poczekajmy, zaraz się uspokoi.

Zosia przytaknęła, miało to sens. Czuła się niezręcznie.

Porozmawiali. Okazało się, że Wojtek pracuje z ojcem na gospodarstwie, matki nie ma od czasów podstawówki. Żyją sobie we dwójkę. Nie poszedł na studia, mówił, że lepiej tu, blisko natury, pracy pod dostatkiem.

Pod domem Zosi zatrzymał się i uśmiechnął na pożegnanie.

Od tamtej pory rozmawiali tak, jakby znali się od zawsze.

Z Kubą takiego braterstwa nie czuła. Nie było tej lekkości. Kiedy ją przytulał czy całował Kuba, nic się nie działo.

Cały wieczór Zosia chodziła zamyślona i uśmiechnięta. Matka zauważyła to i wypytywała, co się stało, ale cóż mogła powiedzieć? Od tamtej pory Zosia patrzyła za każdą przejeżdżającą samochodem na wsi może to on?

A zobaczyć go chciała Jeszcze i jeszcze przeżyć tę iskrę.

Kuba przychodził wieczorem, ale Zosia nie mogła już na niego patrzeć. Zebrała się na odwagę i powiedziała, że muszą się rozstać

Czemu to? nie rozumiał Kuba.

Ty idziesz do wojska, ja do miasta na studia. Rozstańmy się w zgodzie. Jak się życie ułoży, spotkamy się jeszcze powiedziała szczerze.

Nie zgadzam się! A kto na mnie zaczeka?

Po co ci to, Kuba?

Od gimnazjum za tobą chodzę A ty!

Zosia więcej z nim nie rozmawiała. Widziała jego gniew pierwszy raz w życiu i przestraszyła się jego spojrzenia.

Następnego dnia przed domem Zosi pojawili się rodzice Kuby. Była awantura. Mama Kuby krzyczała głośno, oskarżając wszystkich o wszystko. Zosia wyszła na podwórko, a potem poszła dalej, do lasu.

Chodziła długo, aż doszła do drogi prowadzącej do wsi.

Zosia! Zośka! usłyszała znajomy głos.

To był Wojtek. Machnął do niej ręką.

Przez chwilę się zawahała. Potem nie wytrzymała: najpierw ruszyła do niego, później pobiegła. Zatrzymała się tuż przy nim, patrzyli sobie w oczy.

Widziałem, że idziesz. Podrzucić cię?

Nie chcę. Awantura w domu, wyszłam…

Czemu awantura?

Rozstałam się z Kubą Myślę o tobie cały czas, rozumiesz?

Rozumiem. I ja o tobie. Od tamtej burzy nie mogę cię wyrzucić z głowy. Nie przychodziłem, bo mówili, że masz się żenić z Kubą.

Ale ślubu nie będzie.

Wojtek nachylił się i lekko pocałował ją w usta ciepło, delikatnie. Potem przytulił ją mocno.

Stali tak długo, przekonani, że wszystko się ułoży. Zosia wróciła do domu bardzo późno, gdy w kuchni matka właśnie gasiła światło.

Coś ty zrobiła, córko? Trzy lata się spotykaliście, a ty mu odchodzisz. Jak tak można?

Kocham kogoś innego. Naprawdę odpowiedziała stanowczo Zosia.

Co? do kuchni wszedł ojciec. Ja ci urządzę miłość! Teraz do matury siedzisz w domu.

Ale zatrzymać Zosi w domu nie zdołali.

Z Wojtkiem spotykała się ukradkiem, jak tylko mogła.

Zawsze w tym samym miejscu, niewidocznym z drogi.

Aż któregoś razu ktoś z sąsiadów zauważył ich razem, doniósł Kubie.

Kuba i Wojtek pobili się nad rzeką wszyscy o tym wiedzieli. Dwie babcie westchnęły z daleka, a inni stali i patrzyli, jak dwaj chłopcy kłócą się na wzgórzu.

Wojtek sam zszedł ze wzgórza, wszyscy to widzieli. Zachwiał się, zrobił krok, by nie upaść… a tam była już tylko przepaść

Jego ojciec, który dopiero dobiegł, zdołał jedynie krzyknąć. Zdjął buty i wskoczył do rzeki.

Zośka, biegnijmy do rzeczki! Kuba z Wojtkiem się pobili Wojtek wpadł do wody. Mówią, że już po wszystkim! zadyszana Anka nie przestawała machać ręką.

Zosia rzuciła konewkę, którą podlewała kwiaty, i pobiegła z przyjaciółką. Nad wodą zebrał się tłum.

Już wezwaliśmy karetkę słychać było z oddali.

Tu już nic nie zrobią. Policję trzeba. Kuba będzie miał kłopoty…

Gdy Zosia podchodziła, samochód pogotowia już odjeżdżał. Ojciec własnym autem zabrał syna do szpitala…

Nogi się pod nią ugięły, nie mogła iść. Usiadła na trawie.

Coś ty narobiła?! Zakochała się, a teraz jednego zabraknie, a mojego syna zabiorą! nad nią stała mama Kuby, ocierając łzy.

Nie, nie tylko to Zosia zdołała powiedzieć.

Wróciła do domu i rzuciła się na łóżko.

Coś ty zrobiła! matka wbiegła do pokoju. Jak mogłaś?! Co teraz będzie?!

Wysła matka na zewnątrz, szybko gdzieś poszła.

Zosia nie myślała długo. Spakowała parę rzeczy, dokumenty, troszkę pieniędzy i wyszła przez ogródek. Po godzinie siedziała już w autobusie do miasta…

Do małego domku na końcu wsi Zosia weszła z babcią Wojtka, gdy zapadał zmrok i śnieg kładł się na ścieżkach.

Nogi dają o sobie znać przed zmianą pogody powiedziała staruszka, siadając na ławce i zdejmując kozaki.

Pomogę zaproponowała Zosia, próbując się nachylić.

Nie trzeba. Bo potem się rozleniwię i w ogóle z łóżka nie wstanę. Muszę się ruszać. A ty kiedy rodzić masz?

W lutym.

Już niedługo Wojtka to dziecko? spytała patrząc w oczy.

Zosia nie odwróciła wzroku.

Tak.

Na pewno?

Jestem pewna.

No dobrze. Pościelę ci dziś, a jutro się zobaczy, co dalej.

Dom był malutki, dwa pokoje. Zapach kojarzył się Zosi ze szczęśliwszymi czasami nieraz Wojtek przynosił jej tu babcine drożdżówki.

Zosia długo nie mogła zasnąć, aż wreszcie na łóżku pojawił się domowy kot. Położył się przy jej brzuchu, rozciągnął i zasnął. Zosia chciała go odsunąć, ale nie miał zamiaru odejść, polała więc oczy i zasnęła.

Obudziła się wcześnie rano na zapach świeżych drożdżówek.

Z czym chcesz bułeczki z serem, z marmoladą, a może z kapustą?

Z marmoladą, proszę powiedziała, przytrzymując brzuch.

Wojtek nigdy nie mówił, jak masz na imię, babcia tylko, babcia… A ja Maria jestem, Zośka. Babcia Marysia zaśmiała się, zerkając z kuchni. No, zaraz już rodzić, tydzień został.

Czemu? Cztery tygodnie jeszcze.

Ach, urodzisz wcześniej. Córka się spieszy.

Skąd wiesz, że córka? nie mogła się powstrzymać Zosia.

Po sercu czuję…

Tydzień później, jak przepowiedziała Babcia Marysia, zaczęły się bóle porodowe. Pojechały do szpitala o świcie, a w południe Zosia trzymała w ramionach maleńką dziewczynkę.

Dziękuję, Zosiu powiedziała babcia z uśmiechem, trzymając wnuczkę.

Za co? spytała wzruszona młoda mama.

Za prawdę. To Wojtkowa córka. Jego trzymałam, jak się urodził pamiętam dobrze. Ten krótki malutki palec u lewej stópki rozpoznałabym wśród tysiąca. On też się ucieszy.

Kto?

Wojtek, kto inny!

Jak to? Zosia podniosła się na łokciach.

Normalnie. Jutro mu powiem.

On żyje? On żyje? łzy popłynęły jej z oczu.

Nie mogła ich powstrzymać.

Nie wiedziałaś? Moja dziewczynko. Tak, żyje. Słaby, ale żyje przytuliła ją babcia.

Muszę do niego, babciu Marysiu, nie wytrzymam, wiedząc, że jest tuż obok. Jest we wsi?

Oczywiście, w domu. Ale córki żałuj. Ona teraz spokoju potrzebuje. Musisz trochę tu zostać, inaczej stracisz pokarm, a co wtedy? Teraz już wiesz nigdzie ci nie ucieknie zaśmiała się babcia.

Zosia nie potrafiła powstrzymać łez.

Niedługo potem wróciła z córeczką do wsi. Babcia poszła po ojca Wojtka i przyprowadziła go do domu.

No, patrz, jaka piękna. Katarzyna Wojtkówna! Dobrze brzmi?

Ojciec nie spojrzał nawet na Zosię. Tylko na dziewczynkę spojrzał i się uśmiechnął.

Na Wojtka ją zapisaliście? spytał.

Oczywiście. Popatrz na ten mały palec! babcia dumna rozwinęła pieluszkę, by pokazać malutki dziewczęcy palec u lewej nóżki.

Dziękuję, Zosiu. Za wnuczkę szczerze powiedział ojciec. Wojtkowi jeszcze nic nie mówiłem. Pojedziemy?

Tak. Jestem gotowa.

A, Zośka, twoi rodzice już wiedzą, że urodziłaś i mieszkasz u mnie pytali, kiedy mogą przyjść dodała babcia Marysia.

Jeszcze nie czas. Najpierw muszę porozmawiać z Wojtkiem.

Przy ganku Zosia na chwilę się zatrzymała. Ojciec Wojtka wszedł pierwszy do domu, zdjął buty, wziął wnuczkę na ręce i skinął na Zosię.

Szła ostrożnie, nogi odmawiały posłuszeństwa. W końcu zobaczyła go leżał na łóżku przy oknie, przeglądając coś w komórce.

Wojtku… wyciągnęła do niego dłonie.

I on do niej. Uśmiechnął się lekko, nie spodziewał się jej. Zosia rzuciła się do niego i popłakała.

No chodź, tato, przywitaj się z córką.

Jaką córką?!

Twoją! dumnie odparł ojciec. Katarzyna Wojtkówna, podoba ci się imię?

Babcia i ojciec z wnuczką wyszli do kuchni. Zosia usiadła przy Wojtku i ze spokojem wzięła głęboki oddech.

Nie wiedziałam, Wojtku, że żyjesz… Nie wiedziałam. Nikt mi nic nie powiedział. Ale teraz już nigdzie nie odchodzę.

Nie odchodź. Jestem szczęśliwy. Mam przy sobie ciebie i naszą córkę…

Bo w życiu, kiedy wszystko wali się i tracisz nadzieję, czasem los daje drugą szansę. Najważniejsze to nie rezygnować z prawdy, uczucia i własnej drogi nawet jeśli wszyscy wokół odwracają się plecami. To, co prawdziwe, zawsze znajdzie do nas drogę.

Rate article
Fajna Tajna
Po co tu wróciłaś? – Matka trzymała lekko uchylone drzwi. – Jak ja mam teraz ludziom w oczy patrzeć?…