Nie tylko sąsiedzi
W małej wsi, gdzie latem ulice tonęły w zieleni, a jesienią w złotych liściach klonów, mieszkały obok siebie dwie rodziny. Od zawsze żyli zgodnie, pomagali sobie nawzajem. Ich dzieci już dawno dorosły i wyjechały do miasta.
Ale los bywa przewrotny u Jana zmarła żona. Wczesnym świtem, gdy dopiero świt malował niebo, pobiegł do sąsiadów, Zdzisława i Wandy, i głośno zapukał do okna.
Co się stało? wybiegł na ganek Zdzisław, jeszcze zaspany, zaraz za nim pojawiła się Wanda, narzuciła na ramiona chustę.
Moja Kasia, Kasia moja rozpłakał się Jan, usiadł na schodkach, a wokół panowała jesień, zimne i wilgotne powietrze
Co z Kasią? dopytywał Zdzisław. Co się stało, lekarza trzeba?
Już nie trzeba Kasia powiedział Jan ciężko, Kasia nie żyje.
Sąsiedzi nie zostawili Jana samego. Gdy jego syn z żoną przyjechali z Warszawy, do tego czasu służyli mu pomocą. Wanda podsuwała mu tabletki na uspokojenie. Po pogrzebie starali się nie dopuścić, żeby Jan został w domu sam. Zapraszali na obiad, kolację. Wieczorami Zdzisław grywał z nim w szachy.
Minęło pół roku. Jan stopniowo pogodził się z żałobą, nauczył się radzić sobie sam: gotował, sprzątał, prał. Syn z rodziną odwiedzali go czasem.
Pewnego sierpniowego wieczoru Jan siedział na podwórku u Zdzisława. Jak zawsze rozmawiali spokojnie, przesuwając pionki na szachownicy. Nagle Zdzisław osunął się na bok. Jan ledwo zdążył go podtrzymać.
Zdzisiu, co ci jest?! potrząsał go Jan, ale tamten nie odpowiadał. Wanda! krzyknął. W tej samej chwili Wanda pojawiła się z dużą miską ogórków.
Widząc co się stało, wypuściła miskę na ziemię, rzuciła się do męża. Zdzisław zmarł natychmiast. Lekarz stwierdził potem, że serce po prostu nie wytrzymało.
Jak to możliwe płakała Wanda. Nigdy na serce się nie skarżył.
Tym razem to Jan pomagał Wandzie. Zjechały dzieci z daleka, pochowali Zdzisława. Po wyjeździe krewnych Wanda ciężko znosiła domową ciszę i pustkę. W dzień jeszcze było łatwiej Jan wpadł, czasem pomógł ale nocami spać nie mogła, rozmyślała bez końca
Z czasem Wanda odzyskała równowagę, odwiedzały ją czasem dzieci i wnuki. Jan i Wanda oboje byli już na emeryturze, wspierali się wzajemnie. Jan przed laty uczył historii w liceum, Wanda całe życie pracowała w gminnej bibliotece.
Życie płynęło dalej, przyszła jesień. Każdego ranka Jan wychodził na podwórko z miotłą, zamiatał żółte i brązowe klonowe liście, potem wychodził na chodnik przed dom Wandy i tam też zamiatał, ale wiatr znosił zaraz nowe liście, a on wracał i uprzątał jeszcze u niej na podwórku. Tam tych liści było mniej.
Wanda obserwowała go zza firanki, uśmiechała się pod nosem.
Jan, ile można?! krzyknęła otwierając okno. Cała wieś już wie, że jesteś jedynym wojownikiem jesieni!
Podniósł głowę, odpowiedział z uśmiechem:
Jeśli każdy będzie czekał aż liście same znikną, to cały świat pogrąży się w chaosie. Trzeba je sprzątać, to i działam.
Ale te liście są piękne! Popatrz, jak lśnią! nie poddawała się Wanda.
Piękne, to fakt, ale śliskie można się poślizgnąć burknął Jan i działał dalej.
Otworzył furtkę i zamiótł ścieżkę aż pod same schody domu Wandy. Gdy podszedł bliżej, zobaczył jak otwiera drzwi i wychodzi z dwiema filiżankami.
Chodź, dziękuję, napijmy się herbaty z miodem postawiła filiżanki na stole w altanie, Jan usiadł naprzeciw niej.
Dlaczego dziś z miodem? Zwykle z cytryną pijamy zapytał zaskoczony, upijając łyk.
Bo dziś zimno, potrzeba nam rozgrzewki od środka uśmiechnęła się.
Oj, bardzo słodkie mruknął Jan. W naszym wieku trzeba na cukier uważać.
Pij, pij, zarządziła swym gospodarskim tonem raz na tydzień nie zaszkodzi.
No dobrze zgodził się Jan.
Wczoraj dzwonił mój wnuk, Antoś, i pytał:
Babciu, co tam robisz sama? Przyjedź do nas do miasta na stałe.
A ja mu powiedziałam:
Nie jestem sama, mam tu przyjaciela uśmiechnęła się do Jana.
Wziął łyk herbaty, by ukryć uśmiech.
Dobrze powiedziałaś, choć przyjaciel to tak skromnie brzmi
A jak lepiej?
Może towarzysz broni w walce z jesiennymi liśćmi roześmiał się, Wanda też nie powstrzymała śmiechu.
Pewnego dnia Jan już pozamiatał liście u siebie i u sąsiadki, ale Wanda nie pojawiała się w oknie. Zaniepokoił się zawsze rano go witała. Wszedł po schodkach, zapukał, czekał. Po chwili drzwi się uchyliły zobaczył Wandę, trzymała się ściany, otulona w pled w kratę.
No nie Co tu się dzieje? Pomogę ci wziął ją pod ramię, zaprowadził do domu, posadził w fotelu, okrył pledem.
Patrzyła na niego z czerwonym nosem i zmęczonymi oczami.
Przeziębiłam się chyba
Ojej pokręcił głową Jan kto mi teraz przyniesie herbatę?
Zdjął kurtkę i odwiesił na wieszak.
Masz leki?
Są, tam na szafce
Podszedł, przejrzał tabletki.
I to wszystko? Idę do apteki, zaraz wracam.
Może nie trzeba, tym się podleczę wyszeptała.
Trzeba odpowiedział stanowczo Jan i wyszedł.
Wrócił szybko z siatką leków i kurczakiem na rosół ze sklepu. Zastał ją drzemiącą w fotelu.
Gdy otworzyła oczy, zdziwiła się, że już wrócił. Przeszedł do kuchni.
Po chwili w domu zaczął rozchodzić się zapach rosołu.
Oj, Jan, ty nawet gotować umiesz uśmiechnęła się, wiedząc zresztą, że gotuje sobie sam od lat.
Trzeba wszystko umieć na trudny czas. Jedz, rozgrzejesz się postawił przed nią miskę gorącego rosołu i pomógł jej wstać z fotela.
Spróbowała, zamknęła na moment oczy z przyjemności.
O rany, jakie to dobre dziękuję.
Nic się nie stało, musisz szybko wyzdrowieć. Bo mi nudno zamiatać samemu dodał, ukrywając uśmiech.
Dobrze, towarzyszu broni, obiecuję się sprężyć odparła z powagą.
Po tygodniu Wanda była jak nowa, uśmiechnięta, zdrowa. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poszli razem z Janem do niewielkiego parku nad rzeką, blisko ich domów. Oczywiście on był inicjatorem.
Liście szeleściły pod nogami.
Dość siedzenia w domu, wyciągnę cię na spacer, za długo siedzisz a ona się zgodziła.
Liście szeleściły radośnie pod butami, słońce, choć jesienne, jeszcze ogrzewało.
Wiesz, Janie, jesień jest piękna i bardzo ją lubię powiedziała Wanda.
Zgadzam się, szczególnie w dobrym towarzystwie.
Opierała się na jego ramieniu, szli powoli alejką zasypaną liśćmi, zostawiając za sobą dwie ścieżki. Rozmawiali i śmiali się.
Dzień później Jan zapukał do Wandy z nietypową sprawą.
Słuchaj, mam do ciebie prośbę
Jaką? zapytała z lekkim niepokojem.
Przeglądałem książki i nie znalazłem żadnej o pielęgnacji kaktusów.
O kaktusach? Przecież nie masz żadnych kwiatów w domu.
Jan spojrzał na nią figlarnie.
To na razie, za pleców wyjął mały doniczkowy kaktus. Dziś ci kupiłem.
I co ja mam z nim zrobić? Nigdy nie miałam kaktusów zaśmiała się.
Jesteś bibliotekarką, musisz znać każdą książkę, nawet o kaktusach!
No dobrze, przyjęła doniczkę, ale jeśli zakwitnie, stawiasz mi lody.
Umowa stoi!
Tydzień później przyszła zima, spadł pierwszy śnieg. Jan przyszedł do Wandy, znów coś ukrywając za plecami.
No co tym razem wymyśliłeś? zapytała z uśmiechem, widząc jego nieśmiałą minę.
Wiesz, Wanda, myślę sobie po co codziennie chodzę do ciebie Może już zostanę na zawsze Może pobierzemy się? wręczył czerwone róże, a jej policzki zaróżowiły się z radości.
Ojej, Janie, ile nad tym myślałeś?
Dużo bałem się, że odmówisz No jak będzie, zgodzisz się?
Zgadzam się. Już się do ciebie przyzwyczaiłam, a jak wyjdziesz, to mi cię brakuje odpowiedziała z uśmiechem, wsadzając róże do wazonu. Jak tu nie wyjść za mąż za człowieka, który przynosi taki bukiet!
Zimę przetrwali razem, przyszła wiosna. Pewnego ranka Wanda zawołała:
Jan, chodź szybko, twój kaktus zakwitł! Należą mi się lody!
No proszę, już nie wierzyłem. Chodźmy do sklepu, kupię ci lody Umowy trzeba dotrzymywać!
Szedł z Wandą przez wieś, rozważali, czy lepsze będą lody śmietankowe czy waniliowe. Jan spojrzał w niebo, świeciło wiosenne słońce, uśmiechnął się szeroko.
A ty czemu taki pogody duch? zapytała, patrząc mu w oczy.
Tak po prostu Myślę, że tworzymy świetny duet.
Tak, rzeczywiście odpowiedziała cicho.
Szli obok siebie, już dawno nie byli tylko sąsiadami i towarzyszami codzienności, a dwojgiem ludzi, którzy się odnaleźli pośród jesiennych liści, zimowych śniegów i wiosennego słońca. We dwoje jest po prostu dobrze samotność już im nie grozi.
Dziękuję za przeczytanie. Wszystkiego dobrego!


