Mucha bzyczała cicho i przenikliwie na oknie. Włodek otworzył oczy. Promień słońca łagodnie ślizgał …

Mucha przy oknie bzyczała cicho i przenikliwie. Wojtek otworzył oczy. Promień słońca łagodnie sunął po poduszce i po jego piegowatym nosku. Uśmiechnął się i przeciągnął się na słodko. Pod kołdrą było ciepło i przytulnie. Trzeba było już wstawać, ale tak strasznie mu się nie chciało!

Mamo zawołał cicho. A potem głośniej: Maaaamo!

Mama weszła do pokoju, wycierając ręce o fartuch.

Już nie śpisz? Co tak krzyczysz? Podeszła do łóżka, pochyliła się i czule pocałowała go w zadarty nosek. Dzień dobry, synku! Wstawaj, łobuziaku!

Wojtek objął mamę za szyję. Pachniała mlekiem, chlebem i czymś jeszcze, smacznym i swojskim. Kiedy jeszcze mieszkali w Warszawie, to tata budził go rano do przedszkola. Robili razem rozgrzewkę, myli zęby, chlupali się wodą i śmiali się, a mama zrzędziła i poganiała ich. Ale potem wszystko się zmieniło.

Pewnego dnia tata nie odebrał go z przedszkola i siedział tam do późna ze stróżem. Mama przyszła dopiero nocą, cała zapuchnięta od płaczu, i powiedziała, że taty już nie ma i że teraz on jest głową rodziny. Co się dokładnie stało, Wojtek nie rozumiał, ale później od dorosłych dowiedział się, że tata zginął w wypadku, prowadząc cudzy samochód. Za tamten samochód źli ludzie zabrali im mieszkanie. Wkrótce musieli przeprowadzić się na wieś do babci.

Wieś była rozległa, rozciągnięta wzdłuż rzeki, kończyła się lasem. Przy tym lesie mieszkała babcia Anna, a teraz także oni z mamą. Dziadka już nie było umarł, gdy Wojtek był jeszcze malutki, więc teraz głową rodziny był właśnie on!

Mama i babcia pracowały w gospodarstwie. Wojtek już wiedział, że to taki duży dom, gdzie są świnie i krowy, a nawet konie. Mama pokazała mu wszystkie zwierzęta, kiedy zabierała go ze sobą do pracy. Jemu gospodarstwo nie spodobało się wcale. Tam tak śmierdziało! Zatykał nos, a mama i babcia śmiały się z niego…

Chłopiec wsunął nogi w zimne kapcie i w piżamie pobiegł za potrzebą na podwórko. Sierpniowy, niedzielny poranek owiał siedmiolatka chłodem. Zadrżał lekko. Tu i ówdzie zakrzykiwały koguty, gdzieś daleko szczekały psy. Babcia wyszła z szopy, zrzędząc pod nosem:

Znowu ktoś próbował wkopać się do kur? Niech mnie kule biją, chyba jakaś czupakabra się zalęgła

Niedługo już jesień pomyślał po dorosłemu, smutno i niespokojnie szybciej by do szkoły!” Serce zabiło mu radośnie na tę myśl. Już wszystko z mamą przygotowali na pierwszy września. A nowy tornister był taki wypaśny! Nauczył się czytać przez to lato, tylko z pisaniem szło mu gorzej

Na śniadanie była owsianka i racuchy.

Wojtek, dziś z babcią wybrałyśmy się na grzyby. Pójdziesz z nami, czy jeszcze jesteś za mały? mama uśmiechnęła się figlarnie i mrugnęła do babci.

No jasne, że z Wami! wykrzyknął Wojtek z buzią pełną gorącego racucha i zimnego mleka.

Do lasu ruszyli bliżej południa. Lasy w sierpniu były jeszcze zielone, choć w powietrzu czuć było koniec lata. Okazy grzybów pojawiały się co chwilę, ale mama uczyła, które można zbierać, a które to trujące muchomory. Kręcili się długo po lesie. Babcia zaszła daleko i nie odpowiadała na mamine Hej!.

Słońce już miało się ku zachodowi, kiedy mama powiedziała, że czas wracać. Duży kosz i torba były wypełnione po brzegi leśnymi darami. Wiaderko Wojtka ciążyło mu mocno, ale nie narzekał. Był przecież chłopakiem! Ale… las zaczął ich mylić. Nie wiedzieli, gdzie się kierować. Raz trafili na bagno, innym razem na zarośla nie do przejścia. Las plątał im ścieżki. Wołali babcię, lecz trzepot liści osiki zagłuszał wszystko.

Mama, nerwowo rozglądając się, przyklęknęła na trawie, bezradna. Minęło pięć minut. Wtem, za ich plecami, trzasnęły suche gałęzie. Z krzaków wysunęła się Baba Jaga. Autentyczna! Mama gwałtownie zerwała się na nogi.

Wojtek zamarł. Stara, pochylona aż do ziemi, kobieta zrzuciła z siebie naręcze chrustu i podeszła bliżej.

Co, wystraszyliście się? Nie bójcie, małych chłopców już dawno nie jadam! zacharczała, patrząc chytrze na mamę i pokazując bezzębne usta. Jej haczykowaty, brodawkowaty nos śmiesznie drgał.

Zgubiliście się, co? mruknęła niby pytając, niby stwierdzając fakt.

Czyje wy dzieci? Może Anki z końca wsi? dopytywała niby mimochodem i nie czekając na odpowiedź, znów zarzuciła chrust na plecy i ruszyła naprzód. Odwróciła się jeszcze, patrząc spod zmarszczonych brwi: No co tak stoicie, za mną iść!

Mama z Wojtkiem, podnosząc grzyby, posłusznie ruszyli za starą. Daleko przed nimi rozjaśniła się polana. Z oddali widać było ich wieś. Po drugiej stronie skraju lasu pojawiła się babcia Anna. Baba Jaga zachichotała ochryple, machnęła ręką i powlekła się, przygarbiona pod ciężarem chrustu, w kierunku wioski.

Dziękujemy wymamrotała mama, ale Baba Jaga tylko raz jeszcze machnęła ręką, jakby odganiała muchę, i pomaszerowała szybkim krokiem wśród traw. Podbiegła babcia.

Mamo, gdzieś Ty była! wyrzucała mama babci Annie. Zgubiliśmy się, dobrze, że ta stara babka nas wyprowadziła

Natalio, jak można zgubić się w tym lasku? Przecież w dzieciństwie tu chodziłaś!

Babciu, a to była prawdziwa Baba Jaga? zapytał zdziwiony i trochę jeszcze przestraszony Wojtek.

A skądże tam, Wojtuszku, to Popielucha, tak ją w wiosce nazywają. Ale złośliwa jak czarownica.

Wieczorem, przy kolacji, Wojtek niespodziewanie zapytał:

Babciu, a czemu ona Popielucha?

Sama dokładnie nie wiem, ale wołali tak na nią już jak była młodą dziewczyną. Mówią, że była pulchniutka, rodzina zamożna, gospodarstwo wielkie. Chodziła na ulicę z chlebem posmarowanym masłem i cukrem, jadła na ławce, a dzieciaki ze śliną w ustach patrzyły. Ale się nie dzieliła, za to nigdy nie miała koleżanek. Wielka była, zawsze z tym brzuchem do przodu szła. Chłopaki nazywali ją prosiakiem, wałkiem, krzyczeli za nią: Uważaj, bo ci pęknie brzuch, pępek się rozejdzie!

Ja ją pamiętam już jako dorosłą, miałam wtedy z dziesięć lat, a ona z trzydzieści. Wyszła za traktorzystę Grzesia, młodszego od siebie. Była porządna, nie chuda, ale i nie za gruba. Nie była pięknością, ale i nikt nie powiedziałby, że straszna. Tylko ten nos zawsze długi… Urodził im się synek.

Chłopczyk miał osiem lat, gdy przyszła powódź. Chłopy spuszczali drewno Wisłą, a dzieciaki biegały po pniach. Duzi, jak wpadli do wody, wychodzili, ale Popieluchy syn był szczuplutki, utonął, bale go przycisnęły. Trzy dni szukali, znaleźli w końcu w zakolu. Popielucha postradała zmysły, a Grześ zaczął pić.

Zimą znaleźli go zamarzniętego koło lasu, wracał z pracy, z kolegami wypił, zamieć go zastała. Mówili mu, żeby został w garażu, ale się uparł. Przysiadł na rozstaju i zasnęła go śmierć. Popielucha wróciła z lecznicy, niby już była normalna, ale stała się dziwna, odludna. Już pięćdziesiąt lat żyje sama, nikt jej nie odwiedza. Kózkę trzyma, leczy ludzi ziołami, kiedy ktoś prosi o pomoc.

Babcia zamilkła. Mama zaczęła sprzątać stół.

Rzadko los bywa dobry dla ludzi powiedziała zamyślona mama. Wojtkowi też zrobiło się żal Popieluchy.

Nastał wyjątkowo słoneczny wrzesień, dnie jeszcze ciepłe, poranki rześkie z przymrozkami, a powietrze czyste i jasne. Lasy zaczynały się stroić w rude i purpurowe barwy. Wykopali już ziemniaki. Wojtek chodził do szkoły, był dumny z pierwszego września i pani nauczycielki dobrej, ale wymagającej. Pamiętał to do końca życia, bo prowadziła go do klasy za rękę jako najmniejszego w szeregu.

Oceny pierwszakom nie stawiano, ale pani Olga Nowakowa wiecznie go chwaliła i powtarzała, że się stara, tylko musi więcej pisać, żeby nabrać wprawy. Poznał dwóch chłopców ze swojej ulicy Sławka i Kacpra, którzy chodzili do drugiej klasy. Wracali często razem, bo szkoła była po drugiej stronie wioski. Pokazali mu skrót przez nieużytek, który prowadził przez ogród Popieluchy. Czasem po niego przychodziła babcia albo mama.

Tego dnia Wojtek miał wyjątkowe szczęście. Pani wstawiła mu w zeszycie dwie czerwone gwiazdki i zapisała do biblioteki. Tam dostał książkę Czarodziejskie słowo. Humor miał świetny, więc sam wracał do domu przez śmietnisko pełne rupieci i starych puszek, wybierając ostrożnie drogę, żeby nie nadepnąć na szkło.

Nagle usłyszał dziwny dźwięk. Podniósł wzrok i zamarł. Przed nim stała cała sfora psów. Było ich mnóstwo. Chłopiec cofnął się, chciał uciec, ale było już za późno. Psy otoczyły go z każdej strony. Największa podeszła blisko, pochyliła łeb i odsłoniła zębiska. Wojtek wrzasnął, nie słysząc nawet własnego głosu. W tej chwili pies rzucił się na niego. Wojtek próbował zasłonić się tornistrem, ale rozwścieczone zwierzę porwało plecak i szarpało po ziemi.

Upadł, chroniąc się rękoma, ale czyjeś zęby wbiły mu się w ramię i chłopak stracił przytomność. Nie widział już, jak przez ogród biegnie zgarbiona Popielucha z łopatą. Przeskoczyła przez płot i zaczęła bić rozwścieczone psy. Psy, zaskoczone, na chwilę zwolniły, ale ich było za dużo, a krew już rozbudziła ich instynkt. Otoczyły staruszkę i leżącego chłopca, szykując się do ataku. Ale Popielucha jakby oszalała. Wrzeszczała swoim skrzypiącym głosem, wymachując łopatą. Największy pies rzucił jej się na zdeformowane plecy i wbił zęby w szyję. Tracąc przytomność z bólu, Popielucha runęła na chłopca, przykrywając go własnym ciałem i suknią aż do ziemi

O tej porze w wiosce było pusto. Dzieci w szkole, dorośli na gospodarstwach. Weterynarz i jego pomocnik wracali od powiatowego lekarza. Ustalali nową partię pasz i szczepień dla krów. Jadąc polną drogą dostrzegli zamieszanie w krzakach i usłyszeli warkot.

Krzysiu, skręć do ogrodu Popieluchy. Coś tam się dzieje!

Krzysiek sprawnie skręcił autem i podjechał bliżej. Widok zmroził im krew w żyłach. Sfora stała warcząca nad czymś. Wszędzie była krew. Rozrzucone zeszyty i książki, stare łachy pokrywały ziemię. Baba leżała twarzą w dół, ręka ogłodzona do kości. Pies stał na niej i próbował szarpać jej gardło. Obaj rzucili się do walki, bijąc zwierzęta wszystkim, co mieli pod ręką. Psy kąsały ich po nogach i rzucały się na piersi. Krzysiek chwycił zakrwawioną łopatę i na oślep walił w dziką sfory. Psy piszczały, szczekały. Wódz miał rozwalony łeb, krew strumieniami płynęła mu po pysku. Od wsi już pędzili ludzie z widłami i strzelbami, strzelając w powietrze. Wódz zawył, pokazał kły i pobiegł do lasu. Cała zgraja za nim.

Popielucha jęknęła. I dopiero wtedy mężczyźni zauważyli, że pod nią leży ktoś jeszcze.

Krzysiek, dzwoń na pogotowie, baba chyba żyje.

Kiedy podnieśli Popieluchę i ułożyli na trawie, ujrzeli bladego, zakrwawionego chłopca. Też był nieprzytomny.

Słoneczny, jesienny promień sunął po poduszce i po piegowatym nosku Wojtka. Otworzył oczy. Białe ściany szpitala przytłaczały niego surowością.

Gdzie jestem? Świadomość powoli wracała do jego główki. Poruszył się.

Mama, siedząca tuż przy nim, rozpłakała się ze szczęścia.

Wojtku, synku, już się obudziłeś! i płakała z radości.

Bardzo bolała go zabandażowana ręka i ramię. Przypomniał sobie wszystko.

Mamo, czy psy odgryzły mi rękę? Już nigdy nie będę pisać?

Nie, synku. Nie odgryzły. Tylko poraniły. Zrobiono ci operację. Wesele przeżyjesz, ręka się zagoi zażartowała mama. Podziękuj Popielusze Przykryła cię własnym ciałem Śpij, kochany.

Popieluchę żegnano całą wsią. Psy pogryzły jej obie ręce i nogę. Serce starej kobiety nie wytrzymało na stole operacyjnym.

Następnego dnia, wściekli wiejscy chłopi, bez rozgłosu, wybili całą sforę. Licząc razem czterdzieści psich ciał. Zakopali wszystkie za wsią w wielkim dole. Pod lasem znaleźli nory z miotem szczeniąt. Rozdali je gospodarzom.

Wojtek opuścił tylko jedną ćwiartkę nauki. Ręka jeszcze sprawiała ból przy pisaniu, ale codziennie ćwiczył. Pani Olga Nowakowa chwaliła go, a koledzy uważali za bohatera!

Z mamą poszli na cmentarz i zaniosły Popielusze wielki bukiet kwiatów. Na tabliczce przykręconej do krzyża czytali, że naprawdę nazywała się Popielska Zofia Anzelmowna, a w dniu śmierci miała dokładnie dziewięćdziesiąt lat. Mama zapłakała.

Patrz, jak to życie się toczy. Dzięki ci, Popielucho! Za las za syna! Niech ci ziemia lekką będzie!

Gdy na szkolne jasełka na salę wbiegła przebraną Baba Jaga, Wojtek zapłakał i wybiegł. Zabolała go nagle ręka. Przypomniał sobie PopieluchęPo jasełkach, kiedy sala już opustoszała, pani Olga podeszła do Wojtka. Uklękła obok niego, tak by patrzeć mu prosto w oczy.

Czasem to, co nas boli, zostaje z nami na długo szepnęła cicho. Ale i dobre rzeczy zostają. Pamiętaj o Popielusze. Ona nie była tylko babą z bajki czy czarownicą ze strachu. Była odwagą.

Wojtek milczał dłuższą chwilę, ale potem, niemal niezauważenie, się uśmiechnął.

Wiosną, na skraju lasu, gdzie kiedyś wiódł skrót przez ogród Popieluchy, wyrosły przebiśniegi. Gęstsze niż gdziekolwiek indziej białe, drobne dzwoneczki pod sosnami. Wojtek często tam zaglądał po szkole. Wśród zielonej trawy i wiosennego zapachu ziemi czuł, jak cicho coś w nim kiełkuje. Ani żal, ani strach może nadzieja?

A kiedy później opowiadano, jak Wojtek został bohaterem, zawsze śledził wzrokiem, jak nieśmiało wiatr kołysze trawę, i cichutko dodawał w myślach imię, o którym w szkole już się nie mówiło. Tylko on wiedział, że prawdziwą bajkę napisało życie i że nie każda Baba Jaga jest zła.

Czasami, gdy nad łąkami unosiły się mgły i w cichym bzyczeniu much nad poduszką znów rozbrzmiewały echa tamtego lata, Wojtek przysięgał sobie, że nigdy nie zapomni ani Popieluchy, ani własnej odwagi. Bo dobro wraca, czasem w najbardziej nieoczekiwany sposób.

I że zawsze, kiedy ktoś się zgubi, trzeba spróbować być dla niego ścieżką przez ciemny las.

Rate article
Fajna Tajna
Mucha bzyczała cicho i przenikliwie na oknie. Włodek otworzył oczy. Promień słońca łagodnie ślizgał …