Myślałam, że jeśli ktoś opowiedziałby mi tę historię, nie uwierzyłabym. Ale wydarzyło się to mojemu bratu, Pawłowi, i jego żonie, Małgorzacie. Wracali do domu po świętowaniu urodzin naszego dziadka na wsi pod Krakowem. Była jeszcze wczesna godzina, około siódmej wieczorem. Jechali drogą ekspresową, kiedy na poboczu zauważyli młodą kobietę. Machając rękami, próbowała zatrzymać samochód.
Małgorzata namawiała Pawła, żeby się nie zatrzymywał, bo to może być niebezpieczne. Paweł jednak zwolnił, żeby zobaczyć, co się dzieje. Twarz dziewczyny była cała pocięta i posiniaczona.
Szarpiąc się z łzami, powiedziała, że ona i jej rodzina mieli wypadek. Ich auto wypadło z drogi i stoczyło się do parowu. Mówiła, że jej mąż nie żyje, ale dziecko przeżyło, prosząc mojego brata, żeby je uratował. Wskazała miejsce wypadku.
Paweł wysiadł z auta, polecił kobiecie zostać z Małgorzatą i ruszył do wskazanej lokalizacji. Naprawdę znalazł tam samochód. Szybko zszedł do niego, nie zwracając na siebie uwagi, i wyciągnął z tylniego siedzenia chłopca miał może sześć lat.
Kiedy wrócił do samochodu, kobiety już nie było. Zapytał Małgorzatę, gdzie się podziała, ale ona tylko wzruszyła ramionami i powiedziała, że kobieta poszła za Pawłem. Paweł wrócił do wraku, chcąc ją znaleźć, i dopiero wtedy zauważył, że w przednich siedzeniach siedzą dwie osoby. Władek, głowa rodziny, siedział za kierownicą, a jego żona obok. Oboje już nie żyli. Jak więc kobieta mogła prosić o pomoc na drodze?
Ta świadomość wywołała u Pawła dreszcze. Uratowany chłopiec mieszka teraz w ich rodzinie adoptowali go. Paweł jest przekonany, że wtedy przemówił do nich duch. Czasem patrzę na chłopca i myślę, jak niewiarygodne są czasami wydarzenia, których doświadczamy.



