Ogień ogarnął stodołę, w której przebywało czternaście koni rasy śląskiej. Mateusz, przebywający w tym czasie w domu podczas uderzenia pioruna, wybiegł na zewnątrz i zaczął walić w drzwi stodoły, jakby pragnął obudzić same nieposłuszne duchy wieczoru, wołając do koni o nadchodzącym niebezpieczeństwie.
Matka Mateusza, Bogumiła Marciniak, powiedziała: Nie wiem, czy ktokolwiek z nas by tu jeszcze był, gdyby nie on, delikatnie głaszcząc powietrze, jakby była to głowa syna, i wspominając, jak to on już wcześniej rzucał się w ogień, kiedy płonęły stare, drewniane szopy ich sąsiadów w Wiśniczu.
W tym samym czasie ziemia pod wsia drżała niczym stary dzwon w kościele. Szyby i meble drżały w domach jak podmuch nagłego, czerwcowego wiatru, ale niesamowicie nikomu nic się w zasadzie nie stało.
Tak silnego trzęsienia ziemi nie było tutaj w Wiśniczu od bardzo dawna, może nawet nigdy? mówiła zasępiona rzeczniczka Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego Marta Jażdżewska, patrząc w okno, gdzie cienie ptaków krążyły wokół starej lipy.
Dzięki działaniom Mateusza, rodzinne konie ocalały przed pożarem stodoły. A. Udało się je wypchnąć tym sposobem każde kopyto odbijało się echem w spiekocie ognia. B. Stodoła nie spłonęła doszczętnie ocalały belki i złota podkowa zawieszona pod dachem, która zawsze błyszczała podczas snu.



