Co ja teraz bez Ciebie? Co mam zrobić? Po co mi teraz żyć? Łzy spływały po jego policzkach, a w środku czuł się pusty, jakby w miejscu serca była czarna dziura.
Wojciech pokochał Klarę jeszcze w podstawówce. Miała rude piegi na nosie i drobną sylwetkę. Gdy zobaczył ją pierwszy raz, był w szóstej klasie i natychmiast zakochał się po uszy.
Klara była młodsza od niego o trzy lata. Uczyła się zawsze na piątkę, była wzorową uczennicą skromna, cicha, nieśmiała.
Co roku Wojciech czuł coraz większe przyciąganie do niej. Podglądał ją w czasie przerw, kiedy skakała z koleżankami na gumie na szkolnym podwórku. Leciutka, jak barwny motyl. Marzył, że pewnego dnia się z nią ożeni.
Kiedy wrócił z wojska, już tego samego dnia poszedł do Klary z naręczem kwiatów i poprosił o jej rękę.
Ojciec Klary był człowiekiem surowym, milczącym. Przez długi czas mówił z Wojciechem w osobnym pokoju, a potem, z lekkim uśmiechem, podał mu dłoń swojej córki.
Wesele było tłumne, pełne śmiechu, przyjechali nawet najdalsi krewni. Przez trzy dni trwały toasty i tańce. Oczy Klary świeciły szczęściem, a Wojciech pękał z dumy sądził, że trafiła mu się najpiękniejsza panna w całej wsi.
Po dwóch latach, z pomocą rodziców, Wojciech zbudował dom. Klara promieniała radością trzy miesiące przed narodzinami pierwszego dziecka przeprowadzili się do własnego kąta.
Urodziła się im córka, którą nazwali Dobrosława, na cześć babci Klary. Dziewczynka była silna i zdrowa, lecz poród był dla Klary wielkim wyzwaniem.
Cały rok po narodzinach córki Klara chodziła blada i słaba. Wojciech woził ją od lekarza do lekarza, ale ci tylko kiwali głowami i powtarzali, że potrzeba czasu, żeby wróciła do sił.
Gdy Dobrosławie stuknęło półtora roku, Klara dowiedziała się, że znów jest w ciąży. Lekarze sugerowali usunięcie ciąży. Mówili, że jest jeszcze zbyt osłabiona, a jeśli donosi dziecko, to może być bardzo ciężko.
Wojciech próbował przekonać ją razem z lekarzami, ale Klara była nieugięta.
Moje dziecko nie jest winne! mówiła, Nie pozbędę się go. Co będzie, to będzie wszystko w rękach Boga!
Ostatni miesiąc ciąży Klara spędziła w szpitalu. W domu za nią tęskniła córeczka, a Wojciech chodził jak we śnie, pełen niepokoju.
Czuł zbliżającą się tragedię. Niestety, jego obawy nie były bezpodstawne. Klara nie przeżyła porodu jej serce nagle stanęło. Ale na świat zdążyły przyjść cudowne bliźniaczki.
Wojciech był nieutulony w swoim bólu. Na cmentarzu patrzył na czerniącą się ziemię pustym, niewidzącym wzrokiem.
W jego oczach śmigały obrazy wszystkich chwil przeżytych z Klarą jej uśmiech, szczęśliwe dni, jej śmiech rozbrzmiewał mu w uszach, aż brzęczało. Wojciech padł na kolana i ryczał jak ranne zwierzę.
Co ja teraz zrobię, Klara? Jak mam bez Ciebie żyć? szeptał, a łzy ciekły po policzkach, w duszy tylko czarna dziura po dawnym sercu.
Po pogrzebie cały czas pił. Mocno, na czarno, bez opamiętania żeby nie pamiętać jej uśmiechu i głosu.
Rodzice Klary zabrali dziewczynki do siebie, bo uznali, że Wojciech nie podoła żałobie i nie będzie dla nich dobrym ojcem.
Na czterdziesty dzień od śmierci Klary Wojciech, znów zamroczony od alkoholu, zasnął w sieni. I śni mu się dziwny, nienazwany sen. Wchodzi do izby Klara w białym letnim stroju, włosy rozpuszczone, miękkie rude loki połyskują w porannym świetle.
Podchodzi do niego, głaszcze go po głowie i mówi znajomym, czułym głosem:
Wojtku, kochany… A wstyd Ci w ogóle tak się zachowywać? przymrużyła zielone oczy, grożąc mu palcem.
Dziewczynki za Tobą tęsknią, potrzebują Cię jak ja kiedyś. Jeśli mnie jeszcze kochasz, nie zostawiaj ich. Kochaj je, jak mnie kochałeś.
Wojciech ocknął się nagle jakby w ogóle nie był pijany. Przez okno do izby wpadało ciepłe słońce i ogrzewało mu policzek.
Gdy tylko zaszło słońce, Wojciech poszedł do rodziców Klary ogolony, czysty, bardzo poważny, w oczach jakby lat pięćdziesiąt dojrzałości przybyło. Z milczeniem pocałował teściową w rękę, objął teścia mocno, zabrał dziewczynki i wrócił z nimi do domu.
Odtąd zaczęli żyć w czwórkę. Wojciech starał się być dla córek i ojcem, i matką. Nauczył się gotować, prać, łatać ubrania.
Warkocze zaplatał lepiej niż niejedna mama. W szkole chwalono dziewczynki, dobrze się uczyły i były grzeczne.
Jeśli ktoś je skrzywdził, Wojciech leciał jak jastrząb w ich obronie.
Sąsiedzi pytali go często:
Wojtku, czemu nie ożenisz się jeszcze raz? Przecież jesteś młody, przystojny i zdrowy. Spójrz, ile dziewczyn się za Tobą ogląda.
Patrzył na nich Wojciech zaskoczony i mówił:
Ja już dawno ożeniony.
Zobaczcie, mam w domu już trzy panny, po co mi czwarta? Nie podołam czterem…
Tak, żartami, niedospanymi nocami, suchym chlebem i ciężką pracą wychował Wojciech swoje dziewczyny piękne, mądre.
Gdy córki były już w liceum, do Wojciecha zaczęła przychodzić sąsiadka raz grzyby suszone przyniosła, innym razem śledzie. Wyraźnie się między nimi kręciła.
Wojciech widział, że nie da jej rady w inny sposób odprawić, więc wymyślił coś innego. Zaprosił ją na wieczór i zapytał:
Którą z moich córek lubisz najbardziej?
A ona:
Ja nie dla córek przychodzę! Jeszcze trochę i wyprowadzą się na studia. Przecież Ty nie zamierzasz całe życie być sam? Kocham Ciebie, nie Twoje dzieci!
Wojciech wyciągnął z kieszeni fotografię i podał jej.
Masz tu mój portret, kochaj mnie w domu, ile chcesz.
Sąsiadka wróciła do siebie z portretem, smutna i odrzucona.
Dziewczyny wyrosły, poszły na studia, lecz ojca nigdy nie opuszczały na weekendy i święta zawsze wracały wszystkie trzy, pomagały w gospodarce, w ogrodzie.
Później Wojciech wydawał córki za mąż. Z każdym przyszłym zięciem rozmawiał osobno, jak kiedyś teść z nim rozmawiał. Marzył, by trzy jego księżniczki były szczęśliwe.
Teraz dziewczyny były już dorosłe, każda miała rodzinę, dzieci, troski i obowiązki. Ale żadna ojca nie zapomniała!
W każde święto cały klan zjeżdżał do Wojciecha na wieś. Kochały go córki, wnuki i nawet mały prawnuk.
Gdy Wojciech obchodził osiemdziesiąte pierwsze urodziny, znów śnił mu się sen.
Stoi na polu, młody, prosty, szerokie ramiona, ciemne włosy. A naprzeciw wybiegła jego Klarunia!
W białej sukni, boso, a w jej włosach roiły się promienie słońca, połyskiwały jakby chciały się wydostać na wolność.
Wojciech otworzył ramiona na oścież, a serce w piersi tak mu bije, że aż drży. Spotykają się, obejmują, Klara podnosi na niego oczy i cicho mówi:
Wojtku, kochany mój, jak ty się spisałeś! Dziewczynki mają takie szczęśliwe życie. Wszystko widziałam, codziennie się za ciebie modliłam z góry rzekła cicho i delikatnie ujęła jego dłoń.
Chodź. Teraz już będziemy razem na zawsze.
I razem ruszyli przez soczystą, zieloną trawę.
Cała rodzina zjechała, by pożegnać Wojciecha. Córkom ciężko było się rozstać, ale każda wiedziała, że ich ojciec jest już tam, gdzie kochał całe życie być z ukochaną Klarą.
To prawdziwa historia jednego dobrego człowieka. Ojca przez duże O! Jego losy opowiedziała mi moja babcia.
Wszyscy we wsi go dobrze pamiętali. Zdarza się, że człowiek wybiera życie dla innych, a nie dla siebie. Niech odpoczywa w pokoju!
Napiszcie w komentarzach, co o tym myślicie. Polubcie i obserwujcie stronę, żeby czytać kolejne historie!



