W moim dziwnym śnie żadna z babć nie przychodzi po dziecko z przedszkola przy ulicy Jana Pawła II w Warszawie. Muszę płacić setki złotych za opiekę, a ja gotuję ze złości! Dziś znowu pokłóciłam się z matką, a nie chce nawet dzwonić do teściowej.
Mamy szczęście, bo dwie babcie moja i ta mojego męża żyją na pięćdziesięć metrów od przedszkola, ale szczęście to nie to samo co rzeczywistość. Obie stoją niewzruszenie, że nie odbiorą chłopca z przedszkola. Zrobiłabym to sama, lecz mój dzień pracy kończy się o 18:00, więc nie zdążę. Mąż, Jan, pracuje na zmiany w hucie w Katowicach i nie zawsze może. Dlatego musimy zatrudnić nianię, a to dodatkowy wydatek, który mocno obciąża nasz budżet domowy mimo że mamy babcie!
Moja matka, Helena, kończy pracę o 16:00 i codziennie przechodzi obok żłobka, wracając z biura. Teraz jej prywatne życie jest najważniejsze: po rozwodzie z moim ojczymem chce żyć po swojemu, relaksować się po pracy i nakładać maseczki, żeby wyglądać młodziej. Każdy weekend planuje wyjścia do kina, na wystawy, spotkania z przyjaciółmi. Syn swojej przyjaciółki zabiera jedynie w weekendy, bo twierdzi, że wnuk zakłóca jej medytację, biegając po mieszkaniu. Helena lubi doradzać mi w wychowaniu, ale jednocześnie kategorycznie odmawia udziału w opiece.
Z kolei matka Jana to już inna opowieść. Barbara nigdy nie pracowała, zawsze była gospodynią domową. Ma czworo dzieci, różnica wieku nie przekracza trzech lat, a Jan jest jej najstarszym synem. Wydaje się, że byłaby idealną pomocnicą, ale odmawia: Zajmuję się już własnymi dziećmi, a do tego mam mnóstwo obowiązków domowych gotowanie, sprzątanie, pranie, karmienie rodziny i sprzątanie po wszystkich. Jej młodsi synowie osiemnastoletni Michał i dwudziestoletni Łukasz są już całkowicie samodzielni.
Raz Barbara zabrała mojego syna i wyjdzie z twarzą jak po burzy. Twierdziła, że nie ma czasu, gdy przychodzi po wnuka, bo jej mężowie wrócili zmęczeni i głodni po pracy. Później powiedziała mi, że to ja powinnam zająć się dzieckiem, bo nie została uwolniona dla niej. W końcu stwierdziła, że nie możemy już liczyć na jej pomoc.
Koszty opieki mocno obciążają nasz budżet. Jestem rozszalała z powodu hipokryzji babć, które co roku przy świętach spotykają się z wnukiem, opowiadają, jak go kochają, i spierają się, kto kupił które prezent. Nie potrzebujemy prezentów, potrzebujemy prawdziwej pomocy.
Dlatego dziś musiałam zadzwonić do Heleny i błagać ją, by odebrała Kacpra z przedszkola, bo nie stać nas na nianię. Nie możemy liczyć na rodziców ani finansowo, ani pomocą. Teściowa Barbara nie chce wnieść grosza, bo jej domownicy jedzą na mieście, a pieniądze idą na jedzenie.
Nie wyobrażam sobie, jak wydostać się z tej sytuacji. Całe nasze zarobki znikają na jedzenie, ubrania i artykuły domowe, a jeszcze musimy płacić opiekunkę. Jak więc przywołać babcie, by w końcu nam pomogły?



