Za co wyrzucono Pronię?

Maszyna podjechała pod pojemnik na śmieci. Na betonowy podest wylądowała wielka szara szmata. Sprzątacz, mrucząc pod nosem, ruszył podnieść ją, ale szmata okazała się żywa i oślizgnęła się za kontenery. Spojrzał w szczelinę między metalową ścianką a beczkami i ujrzał wielkiego szarego kota

Długo wyczekiwane, uwielbiane przez wszystkich lato dobiegło końca. Jego koroną był sierpień, tego roku wyjątkowo chłodny i deszczowy, liczył ostatnie dni.

Wczesnym rankiem do jednego z warszawskich podwórek wjechał elegancki samochód zagraniczny. Sprzątacz, zrywając opadające wcześniej niż zwykle, mokre od nocnego deszczu liście, od razu zwrócił na niego uwagę. Ten pojazd był mu nieznany, żaden z okolicznych mieszkańców nie miał tak szykownego auta.

Za przyciemnionymi szybami nie widać było wnętrza. Może przyjechali po któregoś z lokatorów pomyślał Michał, ale się mylił.

Maszyna chwilę stała, potem podjechała do kontenerów i zatrzymała się. Drzwi pasażera lekko się uchyliły, a na betonowy podest wpadła wielka szara szmata.

Co to za ludzie, że nie potrafią nawet wyrzucić nic w pojemnik, a tu jeszcze zostawiają takie bałagany pomyślał z irytacją sprzątacz i pobiegł sprzątać niepozorne śmieci. Samochód ruszył i odjechał, mijając mruknącego Michała przy wyjeździe.

Michał pospieszył na próżno. Szara szmata okazała się żywa i uciekła za kontenery. Spojrzał w szczelinę między metalową ścianką a beczkami i zobaczył dużego szarego kota. Siedział skulony ze strachu, drżąc.

Co to za bajzel? Dlaczego nasz podwórkowy świat przyciąga takie dziwne stworzenia? Najpierw ktoś zostawił małego szczeniaka, potem dwa kocięta. Dobrze, że ich pogodne domy je przyjęły. A teraz dorosłego kota wyrzucili. Kto potrzebuje takiego potwora, chyba tylko bezdomny. Wyjdź, nie bój się.

Kot nie podniósł głowy, jeszcze głębiej schował się pod siebie.

Wyjdź stąd, bo zaraz przyjedzie śmieciarka i przygniot cię kontenerami

Kot wciąż nie reagował, stał jak posąg w niewygodnej, ale według niego bezpiecznej pozycji strusia.

Zrezygnowany Michał odszedł. Jego praca wymagała odpowiedzialności i była na widoku. Musiał dokończyć sprzątanie i przejść do sąsiedniego podwórka.

Co to za ludzie mruknął starszy mężczyzna.

Tak więc duży szary kot, prawie brytyjskiej rasy, znalazł się w obcym podwórku, nagle pozbawiony dachu nad głową i wszystkiego, co mają zwierzęta domowe w przeciwieństwie do ulicznych wędrowców.

Kiedy przyjechała śmieciarka, kot w panice wybiegł z ukrycia i rzucił się na podwórko. Nie znajdując innego schronienia, biedak, nagle bezdomny, wpadł w trawę pod dużą ławką i tam się krył, pogrążony w gorzkich myślach.

W głowie kota wszystko się przewróciło. Rozmyślając o tym, nie mógł pojąć, dlaczego znalazł się tutaj i co ma zrobić dalej.

W głębi serca tliła się nadzieja: ktoś przyjdzie i zabierze go z powrotem. Lepiej żyć w domu niż tu. Więc postanowił pozostać w podwórku i czekać, bo inaczej przyjdą i go nie znajdą pomyślał zagubiony kot.

Halina Kowalska, po wydaniu córki Olgi za mąż, została sama w mieszkaniu na drugim piętrze typowego pięciopiętrowca. Olga mieszkała z mężem w tym samym mieście i często odwiedzała mamę.

Były nie tylko matką i córką, ale i najlepszymi przyjaciółkami. Nie dzieliły się żadnymi tajemnicami, nieporozumieniami ani ukrytymi urazami, jak to bywa nawet w najbliższych relacjach.

Mieszkańcy, zauważając czystego, spokojnego kota, myśleli, że jest to pupil domowy, który po prostu wychodzi na podwórko pobiegać. Tak sądziła i Halina. Kobieta prawie zachwycała się, patrząc na dużego szarego piękniaka.

Gdy wokół nie było nikogo, kot dla lepszej obserwacji i bezpieczeństwa wspiął się na ławkę, na której od jesieni już nikt nie siedział.

Ludzie przechodzili obok, spiesząc się do swoich spraw, i nieliczni zwracali uwagę na ponurego lokatora ławki.

Tam nocował, bo nie miał gdzie indziej się podziać. Wędrówka w poszukiwaniu schronienia była niebezpieczna, gdyż w każdej chwili mogli wrócić właściciele tak myślał kot.

Jedzenie było trudne do zdobycia. Na podwórzu, dzięki sumiennemu sprzątaczowi, nie było żadnych porozrzucanych odpadów.

Utrzymać się można było jedynie tym, co znajdowało się w śmietniku, ale kot miał poważnych rywali wrony. Najedzone, pewne siebie ptaki z mocnymi dziobami przybywały w stadzie i zawsze pierwsze zajmowały się znalezionym jedzeniem.

Węgniąc w śmieciach, nie przestawały czujnie rozglądać się wokół. Spróbujesz się wpakować, a nie pomogą ci ani zęby, ani pazury, zakłują cię tak mawiały. Te sprytne ptaki budziły strach nawet u psów, które rzadko wędrowały przy kontenerach, a słaby, z każdym dniem, kot jeszcze bardziej cierpiał.

Po kilku tygodniach życia na ulicy, kot, który jeszcze kiedyś wyglądał przyzwoicie, tak się przemienił, że wszyscy dostrzegli, iż jest bezdomny. Rodzice, obawiając się, że wędrowny kot może być chory lub może podgryźć, surowo zakazywali dzieciom podchodzenia do niego.

Wbrew sprzeciwom niektórych mieszkańców, którzy nie chcieli mieć w podwórzu dzikich zwierząt, niektórzy powoli dokarmiali głodującego kota. Wśród nich była i Halina Kowalska.

Tak kot zamieszkał na podwórznej ławce. Jesień w pełni rozgościła się, obficie lając ziemię długotrwałymi deszczami, stopniowo przybierając szary odcień.

Nastrój kota idealnie pasował do pogody. Stracił ducha, rozumiejąc, że już nikt nie wróci po niego

Po usłyszeniu opowieści sprzątacza, wyrzucony kot zwrócił uwagę nieobojętnej dziewczyny, Stasia. Ona niejednokrotnie znajdowała odpowiedzialnych właścicieli dla bezdomnych czworonogów.

Obchodząc mieszkańców, Stasia próbowała zaadoptować wyrzuconego na zimę kota, lecz bezskutecznie. Ludzie z różnych powodów bali się przyjąć na własny próg wędrowca, wyrzuconego przez właścicieli z nieznanych przyczyn, i żadne namowy nie pomagały.

Po konsultacji z bliskimi, nie podjęła decyzji, a Halina, obawiając się, że nie poradzi sobie z dorosłym kotem, również się wahała.

Szczerze współczuła wędrowcowi, lecz nie mogła podjąć się tak odpowiedzialnego kroku. Nie wiedziała, że wieczorami kot, przełamując strach, wspinał się na klatkę schodową przy jej balkonie i zaglądał do przymocowanej do niej skrzynki z kwiatami.

Stamtąd długo patrzył przez okno kuchenne, wdychając przyjemne zapachy, czując domowe ciepło, którego mu brakowało i które teraz najbardziej pożądane. Po zadumaniu wracał na swoją ławkę.

Minęły dwa miesiące życia na ulicy. Nocą robiło się zimno, a mokry, zdesperowany kot, pogodzony ze swoim losem, siedział na ławce.

Na listopadowe święta do Haliny przyjechała na nocleg córka z mężem Eugeniuszem. Halina przygotowywała przyjęcie, cały dzień krzątała się w kuchni gotowała pieczeń, sałatki, piekła ciasta i nakrywała stół. Rozmawiali i jedli do późnych godzin.

Znowu pada, a rano obiecano śnieg

Halina postawiła filiżankę herbaty na stole, odsłoniła zasłonę i cicho westchnęła, przyciskając ręce do klatki piersiowej. Na to spojrzał przerażony szary kot.

Sekunda, a on, pędząc w tył, prawie spadł z mokrego, śliskiego balustrady.

Co się stało, mamo? Dlaczego się tak przestraszyłaś?

Olga, na balkonie był kot, który zawsze siedzi na ławce. On też się przestraszył. Co jeśli spadnie

Jak się tam znalazł?

Wyszli na balkon i zobaczyli kota skulonego na ławce. Nie patrzył w ich stronę, jedynie trząsł mokrą sierść, starając się zachować odrobinę ciepła, które dostał z otwartej okienniczki.

Rozumiem. Wspiął się po klatce schodowej stwierdził Eugeniusz.

Co za odwaga. Musimy go nakarmić.

Stojąc w wilgotnym, zimnym powietrzu, wszyscy zamarzli i postanowili się ogrzać, postawiając na kuchence czajnik. Halina, zamyślona, siedziała przy stole. Córka nalała wszystkim herbaty.

Mamo, położyłam ci kawałek ciasta z różą, jak lubisz. Pij herbatę, póki jest gorąca.

Matka odsunęła zasłonę i ze łzami w oczach patrzyła przez okno.

Nie, dziękuję, już nie mogę tego dłużej wytrzymać.

Wzięła kawałek pieczonego mięsa i poszła do przedpokoju.

Zaraz wrócę powiedziała stanowczo Halina, zakładając stary płaszcz.

Kot nie sprzeciwiał się w jej rękach, a od podniecenia i zdumienia, graniczącego ze strachem, znów zamienił się w szarą szmatę z bezwładnie poruszającymi się łapami. Kobieta, przytulając mokrego, zimnego wędrowca, zabrała go do domu.

Nikt nigdy nie pytał Haliny, dlaczego tak postąpiła. Nie pytali, bo była jedyną z licznych lokatorów podwórka, która postąpiła właściwie, człowiecze.

Zdeterminowany kot spędził tydzień pod gorącą grzejalką. Nawet smaczne jedzenie nie było dla niego tak ważne, jak domowe ciepło. Nowa pani nazwała go Proń Przemysławicz, dodając mu nawet patronimiczne nazwisko.

Kot, wbrew obawom, okazał się prawdziwym dżentelmenem i zachowywał się niezwykle kulturalnie. Gdyby na świecie istniał idealny kot, to właśnie Proń Przemysławicz byłby jego wcieleniem. Uprzejmy, kulturalny kot stał się pełnoprawnym członkiem rodziny i powszechnie kochanym.

Czasem pani w żartobliwym tonie pyta swojego kota:

Proń Przemysławicz, za jakie przestępstwa został pan wyrzucony z domu i trafił na ławkę?!

Kot, który włóczył się kilka miesięcy, milczy. Nie ma ludzkiego głosu, a gdyby miał, mało prawdopodobne, że potrafiłby odpowiedzieć, bo sam nie zna przyczyny.

Proń mieszka w domu dobrej, troskliwej Haliny Kowalskiej już prawie dwa lata. Jest najedzony, rozpieszczony i szczęśliwy. Tylko gdy usłyszy podniesiony głos, nie mogąc przełamać strachu z przeszłego domowego życia, wielki, silny kot przytula się do podłogi i próbuje się schować.

Wszyscy, którzy znają tego dużego, szarego kota, tylko się domyślają. Za co wyrzucono idealnego kota, Pronia?

Rate article
Fajna Tajna
Za co wyrzucono Pronię?