Chodziłam z moim mężem przez trzy lata zanim wzięliśmy ślub, a od dwóch lat oficjalnie jestem żonatą.
Michał mój mąż był moją pierwszą i jedyną miłością; innych mężczyzn nawet nie zauważałam. Za to on ach, był zazdrosny jak Gollum o swój pierścień. O dziecko staraliśmy się z rozsądkiem i z kalkulatorem przy cyklu. Oboje się cieszyliśmy, a kiedy test ciążowy pokazał dwie kreski, radość nie znała granic. Michał zawsze marzył o synu i był święcie przekonany, że tym razem los się do niego uśmiechnie. Przez całe te dziewięć miesięcy już wybierał mu imię najlepiej Zdzisław albo Bolesław, bo to męskie imiona z silnej linii.
Jego mina podczas USG, kiedy położna z uśmiechem oznajmiła: Córeczka!, była bezcenna Jakby mu zabrali kieszonkowe taki zawód! No i się zaczęło. Michał nagle zaczął snuć teorie o męskim nasieniu bo w jego rodzinie przecież tylko faceci się rodzą, on sam ma tylko braci, teść również samego siebie i braci, o żadnej ciotce czy kuzynce nikt nie słyszał. Tłumaczenie biologii, genetyki i tej całej kolei rzeczy miałam ochotę zakończyć podrzuceniem podręcznika do biologii prosto w jego stronę. Całą ciążę słuchałam tych docinek, że może jednak lekarz się myli, że na pewno będzie Zdzisław!, aż poczułam, że dziecko z tego stresu jeszcze się rozmyśli i jednak zostanie w brzuchu.
Urodziła się Maria blond włosy, niebieskie oczy, odbita moja buzia z czasów przedszkola. Michał, brunet o ciemnych oczach, patrzył na nią, jakby mu wręczono rachunek do zapłacenia za cudzą imprezę. Zaczął powtarzać coraz głośniej: A może to nie moje dziecko?. Teściowie podgrzewali atmosferę: Czemu taka jasna?, U nas takich jasnych nie było!. Miałam już dość tłumaczenia, że geny czasem lubią sobie pożartować i przeskoczyć jedno czy dwa pokolenia. Chciałam już wymyślić jakieś Maria produkt lokalny, 100% Polska jakość! i umieścić naklejkę na wózku.
Cztery miesiące upłynęły pod znakiem podejrzeń i fochów. W końcu zabrakło mi pary, żeby po raz setny tłumaczyć i udowadniać swoją niewinność. Aż tu nagle cud! Michał z dnia na dzień zamienił się w najczulszego tatusia, gotowego przewijać pieluchy i śpiewać kołysanki Chopina. Myślałam olśnienie! Nawrócił się, pokochał Marię i zaakceptował rzeczywistość, w której córka może wyglądać jak mama.
Wszystko byłoby jak z reklamy margaryny, gdyby nie urodzinowa impreza Marii. Zjechała się cała rodzina Michała, a każdy coraz wyraźniej zauważał, że no jednak wykapana matka. Teściowie szeptali, jakby Austria przegrywała z Polską na Euro. W pewnym momencie Michał trzepnął pięścią o stół i z niewzruszoną miną oznajmił: To moja córka, mam pewność! Zrobiłem test na ojcostwo!.
Wieczorem odbyliśmy poważną rozmowę. Michał wyznał, że gdy Maria miała cztery miesiące, bez mojej wiedzy zrobił test DNA. Wynik: 100% córka Michała. Chciałem się upewnić. Po tym wyznaniu poczułam się, jakby ktoś wsypał mi kilo popiołu do butów. Zamiast szczerego wyznania, dostałam kontrolę jak z Urzędu Skarbowego. Skoro mąż mi nie ufa, to jak mamy dalej żyć? Co będzie, jak znów coś sobie ubzdura? Za którymś razem może nie będzie miał ochoty słuchać wyjaśnień
Po tym odkryciu już nie widziałam w nim partnera. Owszem, córka jest jego, ale jego brak zaufania był jak kubeł zimnej wody. Powiedziałam mu: Dość. Chcę rozwodu!. Michał był w szoku większym niż matka, gdy zgubi portmonetkę na bazarku. Teściowie przekonywali mnie, że oszalałam, a tak się nie robi, bo to nie jest powód do rozwodu i że będę żałować.
Moi rodzice też nie do końca rozumieli, ale bez słowa przygarnęli mnie z Marią pod swój dach. A ja już wiem, że nie chcę spędzić życia przepraszając za coś, czego nie zrobiłam. Wolę wychowywać Marię sama, niż codziennie zastanawiać się, czy znowu będę musiała się przed kimś tłumaczyć.
I co wy byście zrobili na moim miejscu?



