Mam już dość, wszystko mnie męczy, odchodzę! Ile można!
Mam już dość, wszystko mnie męczy, odchodzę! Ile można! Dziecko, jej ciągłe zmęczenie, proszę, pomóż mi, pomóż mi… a ja chcę wyjść na spacer, jak dawniej! Chcę się kochać! Pracuję przecież!!! W końcu! Chcę wrócić do ukochanej żony, kobiety… Zamieszkam u kolegi, potem znajdę młodszą… ech… siedząc za kierownicą starego Fiata i myśląc, że dzisiaj padł ostatni akord ich małżeństwa, Bartosz nerwowo palił papierosa.
Ich historia była tak stara jak Wisła, a może i starsza. Poznali się w Krakowie, zakochali bez pamięci, pasja, zapomnieli o ostrożności i po kilku miesiącach ona pokazała mu dwa kreski na aptecznym teście.
Oczywiście, rodź, damy radę powiedział pewnie Bartosz, a wszystkie kobiety, dziadkowie i babcie zgodnie kiwali głowami tylko rodź, wszyscy pomożemy… Potem wesele, narodziny, szczęśliwe łzy: syn! I tyle… bajka się skończyła, żona zamieniła się w zmęczoną kwokę, nieuczesana, wieczny wrzask dziecka nawet w nocy, proszę, pomóż mi, pomóż mi jej nieodmienny refren… Gdzie podziała się jego dziewczyna? Rodzina szybko się wycofała, zostali sami ze swoim rodzicielstwem…
Nie jestem gotowy! powiedział dziś Bartosz Marioli i zatrzasnął drzwi przed płaczącą żoną z płaczącym niemowlęciem na rękach.
Pisk hamulców… przed samochodem nagle pojawiła się ciemna, zgarbiona postać.
Chcesz się zabić, czy co? wyskoczył z auta Bartosz i podbiegł do postaci.
Człowiek w szarym płaszczu wyprostował się, spojrzał smutnymi, starczymi oczami i szepnął:
Tak.
Nie spodziewając się takiej odpowiedzi, Bartosz zamilkł na chwilę.
Panie, pomóc panu? Pomoc się przyda?
Nie chcę już żyć.
No co pan, nie wygłupiaj się, zabiorę pana do domu, pogadamy, może jakoś pomogę? Bartosz chwycił staruszka za dłoń i ostrożnie poprowadził do samochodu.
Opowiadaj, ojciec Bartosz zapalił następną fajkę.
Długa historia.
A ja nigdzie się nie spieszę.
Staruszek patrzył długo na Bartosza, potem przeniósł wzrok na zdjęcie syna, które wisiało nad deską rozdzielczą.
Pięćdziesiąt lat temu spotkałem dziewczynę, zakochałem się od razu, wszystko potoczyło się błyskawicznie, zanim się obejrzeliśmy, była rodzina, dziecko, syn dziedzic. Szczęście, wydawało się. Ale chciałem, żeby wszystko było jak dawniej, miłość, namiętność, świeżość. Żona była zmęczona, małe dziecko, codzienność, praca, wszystko zrzuciłem na nią, nie pomagałem… w pracy znalazłem kobietę, zaczęło się między nami Żona się dowiedziała, rozwód i koniec. Rozstaliśmy się. Z tamtą kobietą nie wyszło, nie przejąłem się, zabawiłem się. A ona wyszła ponownie za mąż, wypiękniała, syn nazywał ojczymiego tatą, a mnie już nie.
I co pan zrobił? zapytał niepewnie Bartosz, paląc kolejną papierosa.
Ja? Bawiłem się dalej. Zostałem sam bez rodziny, bez żony, bez dzieci. Dzisiaj syn ma pięćdziesiąt lat, poszedłem go odwiedzić, nie wpuścił mnie, zatkał staruszek, moja wina. Powiedział: nie jesteś moim ojcem, idź się bawić gdzie indziej.
To gdzie pana odwieźć? Bartosz zniecierpliwiony klepał kierownicę.
Tu mieszkam, tu, jedź spokojnie, nie martw się o mnie… staruszek wysiadł i powolnym krokiem ruszył do blokowiska, które stało kilka metrów od szosy. Bartosz poczekał, aż staruszek wszedł do klatki, postali jeszcze chwilę, po czym ruszył dalej.
Wstąpił do supermarketu, kupił bukiet tulipanów.
Przepraszam, przepraszam klęknął przed płaczącą żoną, kiedy wrócił do mieszkania odpocznij, moja ukochana.
Wziął syna od Marioli, poszedł do drugiego pokoju, kołysząc go w ramionach, zaczął nucić chrypiącym głosem: Aaa, kotki dwa
Rozbawiony syn szybko zapadł w sen, nieśmiało położył rączkę na mocno bijącym sercu taty. Bartosz patrzył z wzruszeniem na dziecko: Chcę patrzeć, jak rośnie mój syn, chcę usłyszeć tata.
Znowu ratowałeś tonących? z uśmiechem przywitała stara pani Wandzia swojego staruszka. Ten, uśmiechając się, wieszał płaszcz na haczyku.
Tak, ratowałem. Trzeba młodym tłumaczyć stare prawdy.
Jak czujesz, kto potrzebuje pomocy?
Sam jej potrzebowałem w tym wieku…
Chodź na kolację, bohaterze, a pamiętasz, jutro idziemy na jubileusz syna żadnych tonących wieczorem, pani Wandzia spojrzała czule na męża.
Nie zapomniałem, to w końcu pięćdziesiąt lat naszemu synowi, naszej miłości. Jak bym mógł o tym zapomnieć? obejmując żonę, staruszek poszedł razem z nią do kuchni, uśmiechając się.


