Przypadkowy telefon
Pan Paweł Janowicz? głos w słuchawce był zimny i urzędowy.
Tak, to ja. Z kim mam przyjemność rozmawiać?
Tu dyrektorka Domu Małego Dziecka. Za tydzień pana córka będzie miała trzy lata i będziemy zmuszeni przenieść ją do innej placówki. Na pewno jej pan nie odbierze?
Proszę poczekać, jaka córka? O jakim dziecku mowa? Mam syna, Wojtusia wyjąkałem w osłupieniu.
Nadzieja Pawłowna Szymoniak. To przecież pańska córka?
Nie, nie moja. Jestem Janowski. Paweł Janowicz Janowski.
Przepraszam westchnęła słuchawka cicho widać doszło do jakiegoś nieporozumienia.
Długie, monotonne sygnały dzwoniły mi w uszach, jakby ktoś walił w dzwon alarmowy. “Co za bałagan!” denerwowałem się. “Jakieś dziecko, mała, rozumiesz! Co oni mają za porządek w tych papierach?!”
Mimo to telefon utknął mi w sercu jak drzazga. Myślałem o tym, jak żyją te dzieci bez domu, bez ciepłej mamy, troskliwego taty, bez babć i cioć. U Wojtusia przecież było pełno rodziny, z dwóch stron, ciocie, wujki…
Ola, moja żona, od razu zauważyła, że chodzę przygaszony, odpowiadam nie wprost. Po tylu latach razem, po tylu wspólnych latach od podstawówki, nic się przed nią nie ukryje.
Wieczorem przy kolacji zapytała prosto, co się ze mną dzieje.
Jak ona ma na imię?
Kto? wystraszyłem się (skąd ona wie o tej dziewczynce? Może do niej też dzwonili?).
Nadzieja odpowiedziałem cicho. Nadzieja Pawłowna Szymoniak.
Aha, Nadzieja… Ja jestem Ola, a ona Nadzieja! podniosła głos.
No tak, Nadzieja Pawłowna Szymoniak.
Może mi jeszcze PESEL jej powiesz! krzyknęła.
Przecież ona nie ma żadnego PESEL-u, po co jej?
Uchodźczyni? trochę ciszej krzyknęła.
Kto uchodźczyni? kompletnie zgłupiałem.
Twoja Nadzieja? Może zameldować się chce? Mów, łajdaku!
Co mam mówić?! siedziałem jak rażony, kompletnie zapominając o kolacji.
I wtedy Ola zapłakała. Cicho, bez łez teatralnych, za to złością i rozpaczą, łzy spadały na rąbek fartucha.
Jutro wyjeżdżam do mamy.
Pamiętaj, Wojtusia ci nie oddam powiedziała i wyszła.
Ola, co z tobą? Po co do mamy?!
Myślisz, że będę wam tu służyła, tobie i tej Nadziei?! wściekła się.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak absurdalna jest ta sytuacja. Posadziłem ją na kanapie w kuchni i opowiedziałem całą historię z porannym telefonem.
Teraz Ola płakała już z żalu nad tą małą dziewczynką. Kobiety mają naprawdę wiele łez i wylewają je często i z byle powodu! A ja nie znoszę łez, zwłaszcza łez Oli, przerażają mnie.
O kolacji zapomniałem. Długo jeszcze rozmyślałem o wszystkim.
Obudziłem się w nocy Ola stała obok łóżka i grzebała w moim telefonie! Przez tyle lat razem nigdy tego nie robiła. Czyli nie uwierzyła… szuka dowodów zdrady. Było mi z tego niewyobrażalnie przykro, aż ścisnęło serce… Wtedy usłyszałem jej szept:
Paweł… Paweł… i dotknęła mnie ręką lekko.
Udałem, że się budzę.
To ten numer dzwonił? Stacjonarny?
Tak, ten odpowiedziałem odruchowo.
To śpij, śpij już Ola wyszła z sypialni i zabrała telefon ze sobą.
Łatwo powiedzieć śpij! Usnąć w takiej sytuacji… Usłyszałem, że włączyła komputer. Poleżałem jeszcze, po czym podszedłem do salonu.
Ola była tak zaabsorbowana, że nie zauważyła, gdy stanąłem przy niej. W pasku przeglądarki wpisała: “Dom Małego Dziecka”, nasza miejscowość.
Komputer pomruczał chwilę i wyświetlił informacje oficjalna strona, adres, numer telefonu, nawet zdjęcie budynku. Ola spojrzała na mój telefon.
Paweł, zgadza się!
Co?
Telefon! Numer się zgadza. To Dom Małego Dziecka!
Przecież mówiłem. A ty mnie sprawdzasz?
Ola westchnęła ciężko.
Nie sprawdzam, tylko upewniam się.
Ale po co?!
Paweł, ten dom jest przecież niedaleko jakby sama do siebie.
Po chwili dodała: Pojedźmy tam. Skąd mają twój numer, jeśli nie masz z nimi nic wspólnego?
O tym w ogóle nie pomyślałem. Może rzeczywiście warto pojechać, dowiedzieć się? Bo tak mnie będą z cudzymi dziećmi łączyć i wyjdzie z tego bałagan!
Tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Gdy w półśnie żona znów mnie trąciła, byłem już na dnie nerwów.
Paweł… Paweł…
Co znowu?!
Jesteś pewien, że nic nie było? Może… przypadkiem… dawna miłość? Spotkałeś ją po latach, wróciły uczucia, ona nic nie powiedziała, a dziecko zostawiła w szpitalu. Paweł?! No?!
Jaka miłość, Ola? Przecież od podstawówki jesteś jedyna. Cztery lata temu, sama pamiętaj, Wojtuś skończył trzy lata, ciągle chorował, do przedszkola chodził, ty wróciłaś do pracy i kto się wtedy nim opiekował? Ja! Przeniosłem się na zdalną pracę, bez końca lekarstwa, tabletki, dania pod zegarek, lekarze. Jaka kochanka, przecież padałem na twarz, zanim jeszcze dotknąłem poduszki!
Nie miałem nikogo, nie mam i nie będę miał.
To skąd w takim razie mają twój numer? Ktoś go podał nie ustępowała.
Sam sobie zadawałem teraz to pytanie. Przebiegłem w myślach wszystkie znajome, nawet te najmniej wiarygodne. Ale żadna nie pasowała. Niektóre już dawno wyjechały z Polski, inne ustabilizowały swoje życie, jeszcze inne w ogóle nie miały dzieci
Ale w życiu bywa różnie. Postanowiłem stanowczo odwiedzić Dom Małego Dziecka już jutro.
Przyjechaliśmy wcześnie, ale przed gabinetem dyrektorki siedział już gość chudy, jasnowłosy mężczyzna. Ubrany czysto, ale coś w nim było… zaniedbanego, nieobecnego. Nerwowo ściskał jakieś papiery, ręce mu się trzęsły, chyba nie tylko ze stresu
Za mną pan wchodzi powiedział zaskakująco basowym głosem.
Drzwi stanęły otworem i został wezwany do środka. Przez 15 minut zza drzwi słychać było spokojny głos, przerywany jego niskim pomrukiem.
W końcu wybiegł, rozczochrany i bez papierów. Zaproszono nas.
Dzień dobry przywitała nas sympatyczna brunetka w średnim wieku, stojąc przy oknie i podgryzając zausznik okularów. W czym mogę pomóc?
W sprawie wczorajszego telefonu wtrąciłem się żartobliwie.
Kobieta usiadła za biurkiem.
Wie pan, nie mam czasu na zagadki. Proszę jasno i zwięźle przedstawić problem.
Przypomniałem jej o wczorajszym telefonie (głos rozpoznałem od razu).
Ach, to… kobieta uśmiechnęła się półgębkiem i westchnęła ciężko. Przepraszam, to była pomyłka. Zadzwoniliśmy nie do tego Pawła.
Jak to nie do mnie, skoro to mój numer? Skąd go macie?
Proszę pana, pomyliłam się o jedną cyfrę. Numer powinien zaczynać się od 627, a wybrałam 637. To, że pan również ma na imię Paweł Janowicz, to czysty przypadek. Tak się złożyło. A ten właściwy Pawł Janowicz właśnie przed państwem wszedł…
Kto? zapytałem, choć już przeczuwałem odpowiedź.
Paweł Janowicz Szymoniak, ojciec dziewczynki.
Jeszcze raz przepraszam za kłopot, ale bardzo się spieszę. Do widzenia.
Na jej plakietce widniało: “Teofila Sienkiewicz, Dyrektorka”.
Ola też przeczytała i zapytała cicho:
Pani Teofilo, a ten Paweł Janowicz, zabierze małą?
Dyrektorka spojrzała na nas i po chwili westchnęła:
Nie, nie zabierze. Mama dziewczynki umarła, a Paweł Janowicz ma dzieci z różnych związków, razem siedmioro. W ciągu trzech lat zjawił się tu tylko dwa razy, i to pod naciskiem. Nadzi nie chce. Odpowiedziałam na wszystko? Do widzenia, państwo.
Oszołomieni opuściliśmy budynek.
Starsze dzieci właśnie spacerowały po placu. Ktoś bujał się na huśtawce, inny zjeżdżał ze zjeżdżalni, dwóch chłopców rozgrywało na ławce wyścigi samochodzikami.
Patrzyłem na nie i w końcu zrozumiałem, czego tu brakuje. Na placu zabaw panowała cisza. Wojtuś, gdy tylko wychodził na dwór, zaraz zaczynały się krzyki, śmiechy, wrzawa. A tu… cisza. Te dzieci nie śmiały się w głos, rozmawiały cicho, szeptem. Przypominały małych staruszków. Nie miały dzieciństwa, od razu stały się dorosłe.
One przetrwały w zimnie, w biedzie, bez zabawek, bez ubrań, bez miłości dorosłych, a czasem nawet przy brutalności.
Spojrzałem na Olę. W oczach miała łzy. Ich u kobiet nigdy nie brak.
Powoli ruszyliśmy w stronę bramy, gdy nagle ciszę przebił dziecięcy wrzask: Mamo! Wszystkie dzieci zwróciły się w naszą stronę. Prosto na nas, rozkładając ramiona, biegła dziewczynka w zabawnej czapce z pomponem. Mamo, mamo! krzyczała. Ja tu jestem!
Z całym impetem dziewczynka objęła Olę za nogi. Rozległ się taki płacz, rozdzierający serce, aż i mnie zakręciła się łza w oku.
Nadzieja, Nadka! nawoływała wychowawczyni, biegnąc po alejce. Próbowała wziąć małą na ręce, ale ta mocno kurczowo trzymała się Oli.
W końcu, ze łzami w oczach, udało się ją oderwać (wychowawczyni znalazła czekoladkę, to załatwiło sprawę) i opuściliśmy Dom Małego Dziecka niemal biegiem.
W aucie milczeliśmy. Ola trzęsła się cała, ja też byłem rozbity ręce drżały mi jak temu mojemu imiennikowi, musiałem zaparkować i chwilę się uspokoić.
Ola spojrzała w okno i wskazała sklep “Smyk”, tuż obok.
Bez słowa, w niemym porozumieniu, wyszliśmy z samochodu i ruszyliśmy razem trzymając się za ręce po lalkę i różową sukienkę.
Nasza Nadka będzie najpiękniejsza.



