Gdzie rozbrzmiewa muzyka

Dziennik, Warszawa, marzec

Zdążyłem ściągnąć płaszcz i wyciągnąć z torby teczkę z nutami, kiedy przykleili kartkę do drzwi sali. Pomyślałem najpierw, że coś o zasadach PPOŻ, a dopiero potem przeczytałem: Od pierwszego sala nieczynna. Remont. Czynsz podwyższony. Podpis zarządcy budynku i numer telefonu.

W środku już rozbrzmiewały znajome głosy. Ktoś ćwiczył oddechy, ktoś szukał okularów, ktoś żartował, że nam też przydałby się remont, ale żart nie chwycił. Nasz dyrygent, pan Jerzy Nowacki, stał przy pianinie z kartką w ręku, jakby mógł się z niej oderwać do innego, łatwiejszego świata.

Najpierw się rozśpiewajmy powiedział, głos miał spokojny, ale wyczułem w nim napięcie, jakby musiał się pilnować.

Zawsze rozśpiewywaliśmy się tak samo i to była nasza kotwica. Mmm, la-la-la, miękkie schodki w górę, potem w dół. Czułem, jak dźwięk zbiera mi się w piersi, jak przestaje być tylko mój, staje się wspólny. Odkąd przeszedłem na emeryturę i w domu nastała cisza, chór był dla mnie nie tyle obowiązkiem, co miejscem, gdzie nie znikałem.

Po rozśpiewce pan Jerzy podniósł rękę.

Sytuacja jest taka. Proszą nas przerwał, szukając słów po prostu stawiają przed faktem. Salę zamykają na remont. A czynsz idzie trzy razy w górę. Nie damy rady.

Jak to nie damy rady? odezwała się od razu pani Halina Zielińska, zawsze pierwsza do głosu. Przecież jesteśmy przy domu kultury. To nie prywatna inicjatywa.

Dom kultury przeszedł pod inne skrzydła odrzekł dyrygent. Dziś mi wyłożyli wszystko. Optymalizacja. A jeszcze dodali zerknął na kartkę, jakby szukał tam czegoś dla siebie że lepiej by wam było w domu siedzieć. Młodym trzeba.

Coś we mnie się wtedy podniosło i ścisnęło w gardle. Nawet nie żal, tylko taka sucha złość. Przypomniałem sobie, jak wieszaliśmy kiedyś szaliki na oparciach krzeseł, jak przy okazji urodzin ktoś przynosił ciasto, a w grudniu ustawialiśmy małą sztuczną choinkę obok okna i śpiewaliśmy głośniej, aż cieć przychodził niby sprawdzać kaloryfery.

Przeszkadzamy komuś? zapytałem, sam się dziwiąc, że głos mi nie drży.

Przeszkadzamy tym, którzy nas uważają za zbędnych odpowiedział dyrygent. Ale nie kłóćmy się z powietrzem. Zdecydujmy, co dalej.

Postanowiliśmy najpierw walczyć. Tak padło: walczyć, choć żaden z nas walczenia w urzędach nie umiał. Na drugi dzień razem z Jerzym i dwiema paniami poszedłem do urzędu dzielnicy. Zabraliśmy teczkę z pismem, listą członków chóru, kopią podziękowań za występy na festynach miejskich. Nałożyłem moją odświętną marynarkę i krawat, jak na rozmowie o pracę.

W sekretariacie pachniało kawą z automatu i papierami. Sekretarka, młoda i zadbana, nawet nie spojrzała.

W jakiej sprawie?

Chór Jarzębina powiedział Jerzy. Zamykają nam salę.

Proszę złożyć wniosek przez ePUAP odpowiedziała. Lub w urzędzie dzielnicowym.

Już wysłaliśmy wtrąciła pani Halina, podając jej kartkę. Podpisane.

Papierów nie przyjmujemy, wszystko przez system.

A jeśli potrzebujemy porozmawiać? zapytałem niepewnie. Opłaty przez telefon to potrafię, ale te wszystkie systemy to dla mnie drzwi bez klamki.

Proszę się umówić na wizytę. Najbliższy wolny termin za dwa tygodnie.

Po dwóch tygodniach tłumaczyli nam, że sprawa nie w kompetencji, właścicielem jest zarządca, a ten ma warunki komercyjne. Jerzy dopytywał, prosił choć na czas remontu, choćby na próbę. Odpowiedzi były szablonowe. Słuchałem i wiedziałem, że nas tu koncertem nie zrobimy każdy głos wygasa w suficie.

Próbowaliśmy dalej szkoła, biblioteka, dom kultury. W szkole pani wicedyrektor stwierdziła, że po lekcjach wszystkie sale są zajęte przez zajęcia dodatkowe, wymieniła je jednym tchem jakby się broniła. W bibliotece pani kierownik wpierw się uśmiechała, potem jakby sobie przypomniała o ciszy bibliotecznej i skargach czytelników. W domu kultury skierowali nas do podziemia, gdzie stały stoły do ping-ponga i czuć było wilgoć. Jerzy tylko rzucił:

Posadzimy tam głosy na dobre.

Najgorsze nie były jednak same odmowy, tylko te słowa jak łatki: grupa wiekowa, niecelowe, niezgodne z formatem. Urzędniczka zza komputera nawet na nas nie spojrzała:

Śpiewacie dla siebie? To próbujcie u siebie w domach.

Wyszedłem wtedy na ulicę i sam siebie złapałem, że idę za szybko jakbym uciekał.

W piątek przyszliśmy mimo wszystko pod dom kultury z przyzwyczajenia. Drzwi zamknięte, na szybie ta sama kartka plus świeża: Osobom postronnym wstęp wzbroniony. Stałem z teczką i nie wiedziałem, gdzie schować ręce. Jerzy omiótł nas spojrzeniem.

Nie rozchodzimy się rzucił cicho. Pójdziemy do biblioteki. Udało mi się na godzinę załatwić czytelnię wieczorem, jak mało ludzi.

A jeśli nas wyrzucą? spytała cicho pani Irena Sieradzka, na ogół najspokojniejsza.

To wyrzucą przyznał Jerzy bez wahania. Ale przynajmniej spróbujemy.

Do biblioteki mieliśmy dziesięć minut. Szliśmy jak klasa na wycieczce, tylko bez wychowawczyni. Czułem spojrzenia na przystanku jedni z ciekawością, inni z niezadowoleniem, jakbyśmy zajmowali za dużo miejsca.

W bibliotece powitał nas szczupły facet w swetrze.

Tylko cichutko speszył się od razu. Nie chodzi mi, żebyście nie śpiewali, tylko tu ludzie czytają.

Spokojnie zapewniłem.

Stanęliśmy między regałami, książki patrzyły grzbietami jak surowi sędziowie. Jerzy nie szukał pianina, tu nie było żadnych instrumentów. Dał ton cicho, półgłosem. Bałem się, że bez tej podpórki się pogubimy, ale stało się coś odwrotnego: zaczęliśmy słuchać siebie uważniej. Oddech sąsiada nagle liczył się bardziej niż klawisze.

Pierwsze minuty ludzie z czytelni zerkali na nas, ktoś się skrzywił. Kobieta w puchówce wyszeptała: I to jeszcze co? i zatrzasnęła książkę. Ale potem, gdy zaczęliśmy prostą, powszechnie znaną piosenkę, zapadła cisza inna niż biblioteczna cisza słuchająca.

Po próbie podszedł bibliotekarz i powiedział:

Rzadko tu mamy tyle życia. Ale następnym razem spróbujcie bliżej okna, mniej ludziom będzie przeszkadzać.

Jerzy skinął głową, jakby mu zaproponowano scenę.

Ale następny raz nie nadszedł. Przy trzeciej próbie szefowa wezwała bibliotekarza i oznajmiła przy wszystkich:

Już dzwonili. Ludzie się skarżą. To jest biblioteka, nie klub.

Stałem, patrząc na własne dłonie. Chciałem powiedzieć: To nie klub, to chór, ale zabrakło miejsca na te słowa. Jerzy podziękował i wyszedł razem z nami.

No i co? mruknęła pani Irena. Wstyd.

To zabolało mocniej niż siedźcie w domach. Bo to już było z naszych ust.

To nie wstyd odpaliła Halina. My po prostu śpiewamy.

Śpiewamy, ale przeszkadzamy przyznała Irena. Czyli zawadzamy.

Szliśmy razem, a ja czułem jakby coś szklane się we mnie kołysało. Rozumiałem Irenę sam tęskniłem za starą salą, gdzie czułem się u siebie. Ale sala zniknęła i to trochę jakby ktoś wyrwał pokój z mojego życia.

Jerzy zatrzymał się przy wejściu do przejścia podziemnego.

Może tu spróbujemy?

Tu? Halina się rozglądała. Ludzie schodzili i szli, ktoś pchał siatki, z boku chłopak grał na gitarze.

Dobra akustyka rzucił Jerzy. I niczyja.

Miałem dłonie lodowate. Zawstydziłem się z góry, jakbym zaraz miał występować na szkolnym apelu, chociaż słów nie znałem. Ale Jerzy już stanął pod ścianą.

Jedną, tylko jedną. Zobaczymy.

Zaczęliśmy cicho, jakby testując głębokość wody. Przestrzeń odbijała dźwięk łagodnie, głosy robiły się mocniejsze. Ludzie przechodzili obok, ktoś się uśmiechał, ktoś udawał, że nie słyszy. Dziewczynka pociągnęła mamę za rękaw:

Mamo, patrz babcie śpiewają.

Matka miała zamiar ją odciągnąć, ale została. Widziałem, jak jej twarz się rozluźnia.

Nie wszyscy byli równie życzliwi. Mężczyzna w kurtce z siatą stanął i powiedział:

Co tu robicie? To nie sala koncertowa.

Nikomu nie przeszkadzamy odparł spokojnie Jerzy, bez nerwów.

A mnie to nie obchodzi machnął ręką. Śpiewajcie sobie w domach.

Czułem, jak mi broda drży, ale nie przestawałem. Patrzyłem na kafelki pod nogami i powtarzałem w myśli: Jak teraz przerwę, to już nie wrócę. Trzymałem się wspólnego dźwięku jak poręczy.

Ktoś po piosence zaklaskał. Najpierw jeden, potem drugi. Zupełnie inaczej niż na scenie raczej jak za to, że przez chwilę coś w tym przejściu się zatrzymało.

No widzicie triumfowała Halina.

Widzimy odpowiedziała Irena, choć uśmiechu nie było.

Po tygodniu wiedzieliśmy już, gdzie stać, żeby nie blokować przejścia, i kiedy jest najmniejszy ruch. Próbowaliśmy też w parku rano, gdy spacerowali z kijkami seniorzy i mamy z wózkami. Próbowaliśmy na korytarzu przychodni czekając na numerek, najtrudniej: ludzie nerwowi, kaszlą, przeklinają na kolejki. Ale, kiedy raz cicho zaśpiewaliśmy drobny utwór, kobieta z bandażem na ręce powiedziała:

Dziękuję. Choć na chwilę zapomniałam o wyniku badań.

Zapisałem to sobie jak maleńkie zwycięstwo.

Jerzy nazywał to śpiewaj tam, gdzie stoisz. Bez haseł i patosu tak po prostu wyjaśniał, dlaczego znowu się zbieramy przy przystanku czy w skwerze.

Przecież nie śpiewamy tylko dla siebie powiedział kiedyś, kiedy po próbie w parku pomogłem mu butelkę z wodą odkręcić. Niby proste, a chciało mi się płakać.

To dla kogo? spytała Irena.

Żeby miasto pamiętało, że ma jeszcze głos odpowiedział Jerzy. Żebyśmy my sami pamiętali.

Niby zwykłe słowa, ale poczułem, że dotknęły mnie do chrząstek. Przypomniałem sobie, jak po śmierci żony przez długie miesiące nie odbierałem telefonu, jakby głos był zbędny. A tutaj znów był mi potrzebny. I nie tylko mnie.

Aż przyszła kolejna próba w kawiarni w centrum handlowym, gdzie Jerzy załatwił godzinę w środku dnia. Właściciel, czterdziestolatek, przez telefon tylko rzucił: Śpiewajcie, ludzie posłuchają. Przestawiliśmy stoliki, ustawiliśmy krzesła w półokrąg. Płaszcz powiesiłem na oparciu, a teczkę położyłem na kolanach.

Pierwsze dwa utwory poszły dobrze. Parę osób nagrało filmiki, ktoś się uśmiechał. Zacząłem znów czuć się jak w sali prób. I wtedy podszedł ochroniarz.

Kto pozwolił? spytał rzeczowo.

Właściciel powiedział Jerzy.

My mamy reglament. Bez zgody administracji nie wolno uruchamiać wydarzeń. Zgłoszono hałas powiedzieli.

Ale my cicho wtrąciła Halina.

Cicho czy nie, westchnął ochroniarz mam nakaz przerwać.

Widziałem, jak Irena pobladła, zaczęła nerwowo zbierać nuty.

Mówiłam rzuciła, nie patrząc na nikogo wstyd.

Nie trzeba nachyliłem się do niej nie zrobiliśmy nic złego.

A ile jeszcze razy usłyszę, że nam nie wolno? odpowiedziała. Nie chcę, żeby patrzyli na nas jak na przeszkadzających.

Jerzy stał pomiędzy nami a ochroną, jak między dwoma murami.

Zróbmy tak zaproponował. Dokończymy jeszcze jeden numer i wychodzimy.

Niestety, od razu odciął ochroniarz.

Właściciel kawiarni wyjrzał zza lady, zagubiony:

No przecież zaczął.

Dostanie pan mandat skwitował ochroniarz.

Czułem w środku znów suchą złość, ale jeszcze wyraźniej zmęczenie. Dość już miałem tłumaczenia, że mam prawo oddychać i brzmieć.

Zebraliśmy rzeczy w milczeniu. Papier szeleścił, krzesła skrzypiały. Na wyjściu usłyszałem jeszcze: Szkoda, było fajnie. I to szkoda trochę mnie rozgrzało.

Na ulicy Irena powiedziała:

Ja już nie przyjdę. Przepraszam.

No tak odparła Halina z goryczą. Jak tylko trudniej to zaraz ktoś zmyka.

Daj spokój Halina uciszył ją Jerzy. Nie czas na to.

Patrzyłem za Ireną, jak odchodziła skulona do przystanku. Chciałem ją dogonić, ale nogi jak z waty. Każdy ma swój próg.

Wieczorem siedziałem długo sam w kuchni. Herbata wystygła, myśli kołatały: Gdzie jest miejsce. Uświadomiłem sobie, że my nie sali żałujemy, ale poczucia bezpieczeństwa, które ona dawała. Może po prostu potrzebujemy sposobu, by być razem nawet jeśli nie wszyscy będą się z tego cieszyć.

Następnego dnia zadzwonił Jerzy.

Panie Aleksandrze powiedział Mógłby pan wpaść do filii biblioteki dziecięcej na sąsiedniej ulicy? Nowa kierowniczka, rozmawiałem, trzeba wytłumaczyć, że nie będziemy przeszkadzać.

Poszedłem. Tam było jaśniej, rysunki dzieci na ścianach, na końcu stare, ale zadbane pianino. Kierowniczka z krótkimi włosami słuchała uważnie.

Wieczorami tu pusto przyznała. Dzieci do domów, nie ma zajęć. Tylko mam prośbę: śpiewacie nie za głośno i raz w miesiącu robicie otwartą godzinę. Dla wszystkich. Bez sceny, po prostu żeby można przyjść i posłuchać.

Jasne, możemy tak odpowiedziałem, a we mnie coś się prostowało.

I jeszcze dopowiedziała. Mama w waszym wieku, tylko narzeka, że nie ma gdzie pójść. Niech dołącza.

Wychodząc na ulicę, złapałem się na tym, że idę wolniejszym krokiem tym razem nie z wyczerpania, lecz z poczucia, że nie muszę już uciekać.

Jerzy zebrał chór w parku, by przekazać wieści. Przyszli wszyscy poza Ireną. Halina niemal nie odzywała się, jakby bała się uwierzyć.

To nie dom kultury zaczął Jerzy. Ale miejsce mamy. Raz w miesiącu godzina otwarta, reszta to próby.

A jak znowu nas wyrzucą? ktoś spytał.

To będziemy szukać dalej stwierdził. Teraz już wiemy, że możemy.

Podniosłem rękę.

A Irena?

Jerzy westchnął.

Zadzwonię, ale lepiej, żebyś ty też.

Wieczorem wykonałem telefon. Długo milczała, w końcu rzekła:

Nie chcę, żeby na mnie patrzyli jak…

Jak na kogoś żywego? przerwałem Niech patrzą. Ja chcę być żywy. Śpiewamy, nie żebrzemy.

Chwilę słyszałem tylko ruch powietrza po drugiej stronie.

Pomyślę dodała.

Pierwszą próbę w nowej bibliotece zaczęliśmy ostrożnie. Pianino lekko rozstrojone, Jerzy powiedział, że dobrze, bo trzeba słuchać dokładniej. Usiałem przy oknie, teczka na kolanach. Widziałem, jak ktoś zza drzwi podgląda, dzieci ciągną rodziców, starsza pani w chuście stoi nieśmiało. Przywołałem ją wzrokiem, weszła i przysiadła na brzegu krzesła.

Godzinę otwartą wyznaczyliśmy na sobotę. Reklamy wielkiej nie było tylko ogłoszenie przy wejściu i wiadomość w osiedlowej grupie: Chór 55+ śpiewa w bibliotece. Przyjdź posłuchać. Bałem się, że nikt nie przyjdzie i wtedy będzie szczególnie przykro. Jednak w sobotę pod drzwiami ustawił się tłumek. Znajomi, dzieci z rodzicami, nawet bibliotekarz z innej filii, który kazał kiedyś ciszej. Przyszedł też chłopak z gitary z przejścia, stał i się uśmiechał.

Koncertu nie było tylko Jerzy powiedział:

Zaśpiewamy, co dziś mamy w sercach. Jeśli ktoś chce się przyłączyć, niech śpiewa z nami.

Zauważyłem Irenę. Stała przy ścianie, w płaszczu, gotowa w każdej chwili wyjść. Podszedłem, dotknąłem jej rękawa:

Zdejmij płaszcz, tu ciepło.

Posłucham odpowiedziała.

Posłuchasz od środka wręczyłem jej nuty. Tu twoja partia.

Spojrzała na teczkę jak na most, przez który trudno przejść. Zdjęła powoli płaszcz i siadła obok.

Gdy zaczęliśmy, poczułem, że sala choć maleńka jest nasza. Nie dlatego, że nam pozwolono, ale bo sami w niej oddychamy we wspólnym rytmie. Ludzie słuchali nie z dystansem, a z zaciekawieniem. Inni szeptali słowa, jeszcze inni tylko zamykali oczy. W jednym miejscu coś się rozjechało, pianino lekko fałszowało, Jerzy tylko się uśmiechnął. Uświadomiłem sobie wtedy, że nie idealne brzmienie jest najważniejsze.

Po ostatnim utworze nie było owacji. Kilka osób tylko podziękowało. Chłopiec, może dziesięcioletni, podszedł:

Mogę do was dołączyć?

Halina zaśmiała się:

Jeszcze za wcześnie stwierdziła, ale już bez tej surowości. Przychodź słuchać.

Kierowniczka biblioteki podeszła do Jerzego:

Ustalmy tak środa i piątek po 18 sala jest wasza. W maju organizujemy osiedlowy festyn, możecie wtedy wyjść na zewnątrz i zagrać pod blokiem. Bez sceny po prostu być.

Jerzy kiwnął głową, choć na sekundę drgnęły mu usta. Odwrócił się niby poprawić nuty.

Po wszystkim został tylko nasz bałagan. Pokotem zbierałem kartki, zapinałem torbę. Irena podeszła.

Ja zaczęła i zamilkła.

Dobrze, że przyszłaś powiedziałem.

Przyszłam i pierwszy raz się uśmiechnęła, ostrożnie, jakby testowała nową minę. I nie wstyd mi.

Skinąłem głową. Wyszedłem na ulicę Warszawa ta sama: samochody, ludzie, śpieszne reklamy. Ale we mnie dźwięczało coś innego. Niezbyt głośno, nie dla wszystkich, lecz jak pewność, że jeśli masz głos i obok kogoś, kto z tobą oddycha, to miejsce się znajdzie. Nawet jeśli codziennie trzeba je sobie stwarzać od nowa.

To dzisiaj moja nauka: warto dbać o własny głos i o ludzi, którzy słyszą go razem z tobą bo wtedy choćby świat domy zamykał, zawsze gdzieś można zabrzmieć, choćby cicho.

Rate article
Fajna Tajna
Gdzie rozbrzmiewa muzyka